„Zasoby naturalne powinny być zużywane w taki sposób, by czerpanie natychmiastowych korzyści nie
pociągało za sobą negatywnych skutków dla istot
żywych, ludzi i zwierząt, dziś i jutro
”
papież Benedykt XVI

wtorek, 26 maja 2015

Paź i padalec

Kwiecień w tym roku, był (przynajmniej na południu) ładniejszy od maja.
W lasach i na ugorach pospolite kwiecie ruszenie. a pośród tego wszystkiego... motyle. Co prawda nie tyle ile bywa ich latem, gdy rozwinie się już drugie pokolenie ale i tak nie mało, a pośród całej tej czeredy...

A było to tak: Wybrałem się na rajd po okolicach Ciężkowic. Nie nastawiałem się na zdobycze przyrodnicze, gdyż miało to być przejście głównie krajoznawcze z między etapami wyznaczonymi zabytkami i miejscami pamięci narodowej - zobaczcie sami
Nawet nie miałem nasadki makro do aparatu, ani żadnych innych gadżetów które czasem używam gdy wybieram się na obserwacje przyrodnicze.
Tymczasem pomiędzy Ciężkowicami a Rzepiennikiem Strzyżewskim na przełęczy tuż przy cmentarzu wojennym. napotkałem Pazia.

 Paź królowej (Papilio machaon)

 zdecydowanie dziwna pora na takie spotkanie. Nawet ciotka wiki poucza że pazie to ciepłolubne stworzenia i w maju to i owszem, ale w kwietniu? 
Chociaż ten pojawił się w okolicy południowych stoków wzniesienia, na terenie dobrze nagrzewanym słońcem. Był pionierem, w każdej populacji jest część pionierów, i ... maruderów (to osobniki pojawiające się znacznie później niż główna część pokolenia).

 To takla polisa ubezpieczeniowa gatunku - w razie zmian klimatycznych, jeśli nadchodziło by ocieplenie, to właśnie potomstwo pionierów zacznie dominować główną część populacji, gdyż rozwijać się będzie w korzystniejszych warunkach. Za to w razie ochładzania klimatu, gdy osobniki pionierskie prawdopodobnie wygonią bezpotomnie, a "peleton" populacji będzie bardzo osłabiony, właśnie "maruderzy" zyskają przewagę. Prosty niezwykle skuteczny mechanizm zachowania gatunku - występuje także pośród ludzi, choć nasze zsocjalizowane do "bulu" szkolnictwo nie przyjmuje do wiadomości że są osobniki wcześniej i później osiągające gotowość szkolną na przykład (bo w grę wchodzi ogólnie dojrzewanie). Robespierre i Marks i Makarenko (świeć Lucyferze nad ich duszami) rzucili hasło że "ma być równo!!", a ich epigoni z MEN dali odzew: "i będzie równo!!!!"

 Jaki będzie los tego osobnika? 
Nie mam pojęcia, ofiarą kolekcjonerów raczej nie padnie, bo ich tu nie ma, a pięknoduchy z miast tu nie trafią. Jeśli znalazł swoją drugą połowę, to pewnie teraz doczekali się już sporej gromady jaj, z których wkrótce wylegną się gąsienice.
Równie dobrze jednak mógł paść ofiarą jakiegoś ptasiego messerschmitta, lub... przedniej szyby człowieczego samochodu... Niezbadane są wyroki owadziego losu.

 Jeszcze słów kilka o samym fotografowaniu - zdjęcia są jakości cokolwiek marnej - kwestia ostrzenia. Owszem motyl ten ma silne ADHD, ale i tak na dziesięć strzałów powinno dać się wybrać przynajmniej dwa przyzwoite i jedno całkiem niezłe...a tymczasem.
Na usprawiedliwienie dodam, że sam byłem po godzinie intensywnego wznoszenia a oczy miałem przyzwyczajone do blasku odlesionego terenu pół uprawnych, tymczasem motyl latał co prawda przy drodze, ale pośród drzew i co gorsza w miejscu gdzie raz była plama światła a tuż obok głęboki cień. W takich warunkach automatyka mojego aparatu po prostu zgłupiała, a na oczy i strojenie ręczne też nie bardzo mogłem liczyc - stąd taki a nie inny efekt. 

Kolejne spotkanie miało miejsce już na koniec ojej wędrówki, zszedłem z głównej drogi, zamierzając w kierunku kolejnego cmentarza ... a swoją drogą czy nie jest tak że nasze cmentarze i ich okolice to dla zwierzyny najlepsze miejsca do... życia?!  

Dalem się ponieść duchowi szlaku - zazwyczaj to On mnie prowadzi - gdybym szedł w/g rozumu, po poszedł bym przez współczesny cmentarz i prędzej rozdeptał gada niż zauważył (bo taka tam była konfiguracja terenu) jednak poszedłem inna drogą, wstąpiłem do Rzepiennika - kupiłem sobie pyszną drożdżówkę (po 13 km marszu przez górki i wąwozy - to już praktycznie każda jest pyszna, ale ta była pyszna obiektywnie). A potem już z drogi kierując się na wysoko sterczący pomnik, polnymi ścieżynkami dotarłem pod cmentarne wzgórze a tam:   

 Padalec zwyczajny (Anguis fragilis)

 Sznurówka leżała sobie pośród łąkowego zielska, wyraźnie czekając na słońce - no to znaczy żeby sobie długo poczekała, bo to od północnej strony wzgórz było i słońce tam zagląda tylko późnym popołudniem w czerwcu. Było na tyle ciepło że gad mógł się poruszać, ale na tyle chłodno że robił to wybitnie niezdarnie - nawet jak na padalca.

 Padalce to jaszczurki - co jednak nie przeszkadza ludziom prostym tłuc ich na równi ze żmijami czy zaskrońcami. Tak wiem Biblia mówi że Szatan w postaci węża nakłonił Ewę do grzechu (jak znam kobiety, to do złego specjalnie nakłaniać ich nie trzeba - no co innego do dobrego - tu to by cała diabelska przemyślność nie wystarczyła) i od tej pory nienawiść, rozdeptywanie głów, itp. 
Tu otwiera się pole dla kaznodziejów, wielu z nich to niezwykle światli ludzie, zajęci naszymi duszami, co oczywiście szanuję, ale gdyby tak podczas swych kazań, tak na marginesie od czasu do czasu wtrącili że to Szatan jest zły, a nie węże, że ta tradycja tępienia "plugastwa" to swe korzenie ma jeszcze w czasach Zoroastryzmu - więc przebrzmiałych już od prawie dziesięciu tysięcy lat i doprawdy nie ma powodu by nadal dzielić zwierzęta na "czyste" i "nieczyste", No to by mogło uratować życie niejednemu wężowi i padalcowi.

 
Zawsze zastanawiał mnie mechanizm środowiskowy który wpłynął na uwstecznienie u padalców kończyn, żyją praktycznie w podobnych miejscach co zwinki i żyworódki a jednak tamtym ani nie w głowie uwsteczniać sobie cokolwiek...? Być może to uwstecznienie to kwestia przystosowania do warunków które istniały miliony lat temu a to co obserwujemy dziś to ich efekt, no bo kończyny raz utracone raczej nie będą miały tendencji do powtórnego pojawienia się? Ciekawe - szukałem w literaturze, generalnie wszystko co jest to stwierdzenia typu - "przystosowanie do warunków środowiskowych" - no tyle to nawet ja wiem - ale mnie interesuje jakie to były warunki? Co takiego było w tym środowisku? Czy "poszły" śladami węży bo inne drogi ewolucji były dla nich zamknięte, czy może była to kwestia "ślepej uliczki"?
jak by ktoś znał publikacje na ten tatem - to niech zalinkuje. będę wdzięczny.

poniedziałek, 11 maja 2015

Czy Bursa był specjalistą od skażeń radiacyjnych?

Na pierwszy rzut oka pytanie brzmi całkiem bezsensownie - bo i co niby ma piernik do wiatraka? Ale...
Pozornie głupie pytania, są siłą napędową ludzkiego poznania. Gdyż...

Zresztą przemyślcie rzecz sami.

Andrzej Bursa - "pantofelek"


Dzieci są milsze od dorosłych
zwierzęta są milsze od dzieci
mówisz że rozumując w ten sposób
muszę dojść do twierdzenia
że najmilszy jest mi pierwotniak pantofelek

no to co

milszy mi jest pantofelek
od ciebie ty skurwysynie.
  

A teraz  podręcznik "Energia jądrowa i promieniotwórczość" Andrzeja A. Czerwińskiego

(od siebie dodam że LD 50/30 znaczy tyle że: mamy do czynienia z dawką letalną czyli taką która powoduje śmierć 50% osobników w czasie do 30 dni, a Sv - to Siwert, jednostka pochłonietej przez organizm dawki promieniowania, generalnie operuje się na setnych i tysięcznych częściach Siwerta, gdyż już jeden Siwert może oznaczać bardzo ostrą chorobę popromienną)


Tablica 11 Dawki LD (50/30) dla różnych organizmów 

Człowiek: 3 - 4  Sv
Małpa: 5 - 6  Sv
Osioł: 7,8  Sv
Szczur: 5,9 - 9,7  Sv
Zółw: 15  Sv
Ślimak: 80 - 200  Sv
Mucha: 800 Sv
Pantofelek: 3000  Sv !!!!!!!!      

 I jak tu nie wierzyć w ponad intelektualną zdolność opisywania świata przez poetów?
  

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Kto zjada ostatki... (uwaga na "słabe żołądki")

Człowiek szczyci się że jest ostatnim ogniwem łańcucha troficznego i że pozycję tę rzekomo zawdzięcza samemu Bogu, który to na niego go posadowił, jako stworzonemu "na wzór i podobieństwo"...
Nie chciał bym być brutalny ale to generalnie... no powiedzmy, dalece odległe od stanu faktycznego.
Moi przyjaciele Protestanci a także pewna część Katolików zdają się nie dostrzegać (wyparcie?) że ostatnimi w łańcuchu troficznym są zawsze reducenci, bakterie i grzyby. Zaś z punktu widzenia przeciętnego drapieżcy czy padlinożercy pomiędzy mięsem ludzkim a zwierzęcym nie ma żadnej różnicy - no może tylko taka że ludzkie (za wyjątkiem pobojowisk) jest trudno dostępne, lub zdobywanie go wiąże się z dużym ryzykiem.
Jak zatem jest z tym "wzorem i podobieństwem"? Wolę postrzegać je wyłącznie w warstwie duchowej, aczkolwiek nie ulega dla mnie wątpliwości iż, wszystko co dzieje się w warstwie "mięsnej" odbywa się ponieważ taki był "mind of God" (jak to doskonale ujął Albert Einstein).

Zapraszam zatem na ucztę ;-)


Podmiotem uczty są: trzy małe Śliniki wielkie oraz jeden Krocionóg, przedmiotem zaś resztki wieprza, wyrzucone za siatkę ogródków działkowych (pisałem już że działkowcy en masse to jedni z największych brudasów jakich znam?).
Kto zjada ostatki, bywa miły i gładki... prawda ? ;-) 


piątek, 10 kwietnia 2015

Potyczka z ekspertami

Dziś materiał gadany, możecie sobie spokojnie go odpuścić, ale ja musiałem się wygadać, bo diabli mnie brali.
W skrócie chodzi o to że eksperci twierdzą iż jest cacy, fajnie i nic nauki nie ogranicza a ja twierdze coś diametralnie innego. Poza tym niektórzy wygłaszają tezy z którymi się zgodzić w stanie nie jestem. 
Zatem oglądacie na własne ryzyko - ostrzegałem że będę przynudzał.


poniedziałek, 16 marca 2015

Neuroteologia

Brzmi dziwnie, prawda? Ilu z Was spotkało się z tym pojęciem wcześniej? Czego dotyczy?
A na to ostatnie pytanie postaram się odpowiedzieć ja.

Nauka jest nowa, praktycznie nowatorska, stała się nauka dopiero wtedy gdy rozwinięte techniki neuroobrazowania pozwoliły nam na śledzenie pracy mózgu, zmian w nim zachodzących oraz za jego pośrednictwem zmian w całym organizmie człowieka. skomplikowana sprawa. Naprawdę mnóstwo danych.
Jedno jest pewne - modlitwa MA duży wpływ na nasz mózg.
Jednak jeśli ktoś będzie chciał uznać to za dowód na istnienie Boga, to srodze go rozczaruje - to jest tylko dowód na to że modlitwa Ma wpływ na nasz mózg. cała reszta to interpretacja. Dla jednych może być to właśnie "dowód" na istnienie Boga, dla innych (vide Jerzy Vetulani) coś wręcz przeciwnego. Swego czau pisał on był nawet na swoim blogu na temat"wyspy ekstazy" jako odpowiedzialnej za przeszycia Św. Pawła w drodze do Damaszku, które zaskutkowały jego nawróceniem na Chrześcijaństwo. Zatem i ja tej kwestii nie rozstrzygnę. Choć wierzący jestem a nawet mistyczne przeżycia mi się zdarzają.

W czym rzecz jednak.

Tekstów na necie tyczących się wpływu modlitwy na funkcjonowanie mózgu jest stosunkowo niemało. Ja jednak zalinkuje jedynie ten z Rzeczypospolitej... czemu? Bo choć Hajdabomber rozsadził całą lubianą przeze mnie redakcję a na jej miejsce powołał... no mniejsza, powiedzmy zdecydowanie mniej znane nazwiska - to sentyment do tytułu pozostał oraz zaufanie co do rzetelności redakcji materiałów popularnonaukowych. 

Swego czasu, nie tak dawno temu, dr Andrew Newberg, neurobiolog z Thomas Jefferson University, przeprowadził szereg badań z pomocą technologii SPECT (tomografia emisyjna pojedynczych fotonów). Wyniki są... wielce ciekawe i nader niezwykłe. Aczkolwiek zgodne z przeczuciem osób modlących się, że modlitwa ma REALNE a nie tylko duchowe odzwierciedlenie w naszym życiu. Otóż w sposób jednoznaczny udokumentowano iż w mózgach osób pogrążonych w modlitwie dochodzi do zmian w co najmniej dwóch obszarach.

Pierwszy z nich to płaty czołowe - odpowiadają one za koncentrację i skupienie uwagi - rzecz jasna trudno sobie wyobrazić aby można było trwać w rozmodleniu bez skupienia uwagi i koncentracja (zatem sprawa cała zakrawa na banał) ale... No właśnie, ale jednocześnie dowiedziono iż zaledwie kilkanaście minut modlitwy (medytacji) zdecydowanie poprawia pamięć u osób starszych JUŻ dotkniętych początkowymi fazami demencji! !2 minut dziennie przez osiem tygodni i w efekcie zauważalna poprawa stanu zdrowia! mało? No to wyobraźmy sobie długotrwałe stany modlitewno medytacyjne praktykowane przez wiele lat.
I takie pytanie czy ktoś z was widział dotkniętego demencją mnicha, zakonnika lub ich żeńskie odpowiedniczki?
Prawda?!
Zmusiło do zastanowienia!
Wcześniej jakoś tak ten fakt umykał naszej świadomości ale teraz... no właśnie, z podziwem patrzymy na krzepkich dziewięćdziesięcioletnich mnichów ćwiczących Tai Chi czy zakonników o umysłowości młodej i świeżej, pamiętających jednak czasy tak dla nas odległe, że graniczące już z prehistorią... Patrzymy z podziwem i zazdością, a tu nie patrzenia trzeba ale naśladowania.

Ale to nie wszystko...
Jednocześnie zaobserwowano spadek aktywności w płacie ciemieniowym. czyli w tym rejonie mózgu, który pomaga człowiekowi zachować orientację w czasie i przestrzeni.Co to znaczy? Ano to, że rozmodlony człowiek, traci poczucie czasu, rozpływa się w uniwersum, dryfuje w kosmosie, zatraca poczucie siebie za to zyskuje poczucie bycia wszędzie. I znów problem bo dla jednych to dowód na to iż wszelkie wyznania religijne to samooszustwo naszego mózgu dokonywane na naszej świadomości, a dla innych... miejsce, swoista wtyczka bezpieczeństwa, którą Bóg tak skonstruował aby odłączała się w stosownym momencie, aby wynagrodzić nas za oddanie, wierność, modlitwę, (lubo za wszystkie te walory które towarzyszą np. mnichom buddyjskim)

Nie wiem, nie liczcie na podpowiedź... ale...
Czy bylibyście gotowi poświęcić jedną setna doby aby zadbać o wasz umysł, by za lat kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt nie sprowadził was do poziomu robiącej pod siebie, zaślinionej roślinki, która nie odróżnia własnych dzieci od personelu medycznego? No to policzcie sobie: 1/100 doby to 15 minut.
15 minut modlitwy, medytacji, mantrowania... Dużo czy mało? Warto czy nie warto?

niedziela, 15 marca 2015

Żeremia

Ślady bobrowania bobrów w granicach Tarnowa obserwowałem już wiele razy. czy to w okolicach Wątoku, czy w Mościcach na terenach przemysłowych. Zawsze były to jednak tylko ślady. Tym razem mi przyfarciło - co prawdy żywego gryzonia nie widziałem, ale za to było o metr od jego żeremi.  

Jakoś tak się złożyło że pola rędzińskie, taki czworobok małoforemny pomiędzy Ładną, ul. Lwowską, Wolą Rzędzińską a ul. Jana Pawła dotąd nie były przeze mnie spenetrowane. Nie wiem czemu, po prostu nigdy mi to nie po drodze. tym razem jednak zapakowałem Aurę w samochód, podjechaliśmy bliżej, zaparkowałem na parkingu sklepu sieci Merkury Market (dzięki za wyrozumiałość, z racji wzajemności dodam że mają tam wyposażenie domowe od materiałów budowlanych, poprzez meble, dywany, oświetlenie itp. - ceny przyzwoite, towar także - parę rzeczy już tam kupiliśmy i nie narzekamy). A potem ... w polaaaaaaa

A polaaaa wyglądają tak.

 A brzeziny tak...

 A w każdej brzezinie bagienko... 
(obecności rusałek zwłaszcza tych zwanych przez Sapkowskiego "nagopierśnymi", nie stwierdziłem)

 Za to Barszczu Sosnowskiego skolka ugodna.
Muszę tu latem podjechać i zrobić materiał na jego temat. 
I śmieci mnóstwo - bydełko miejscowe (bo obcy tu się nie zapuszczają) uczyniło sobie z tych miejsc składowisko śmieci.

 Ale nagle na jednym z podlanych terenów...!

 Ewidentne ślady bobrowania!

 Co prawda dojście z deczka utrudnione, bo ostrężyn i głogu mnóstwo a to mściwe i czepliwe draństwo jest, ale przedarłem się.
Zdjęcie pozowane, w rzeczywistości przebiło się przez spodnie i skórę na udzie, szramę mam do dziś.

 I już nader blisko - na brzegu widać ślady "stoczni" miejsca gdzie bobry wciągają do wody materiał budulcowy i... gałęzie na pokarm.

 Jak ładnie uklepały miejsce ogonkami?

 A oto żeremie w całej nadwodne okazałości.
 A wody na dobre dwa metry - wierzyć się nie chce, ale faktycznie tak wyszło gdy wtykałem tam gałąź.
Praktycznie żaden drapieżnik im tam nie zagrozi, no niedźwiedź by sobie poradził... 
Ale odkąd to niedźwiedzie na bobry polują?

 i żerowisko. Jeden taki konarek grubości mojego ramienia zabrałem do domu, pokazać chłopcom. Nie mogli się nadziwić kilkucentymetrowej długości pociągłym ciosom od bobrzych zębów - powoli kształtowali w sobie świadomość że prawdziwe zwierze to nie jest bajkowa figurka futrzaka tylko samobieżna dłutownica, mogąca odgryźć człowiekowi rękę (i słusznie, po cholerę ją wyciągał?)
- a ty się tato nie boisz?
- a czego mam się bać/
-że tobie też bóbr może rękę ogryźć!
- nie, bo widzicie, ja szanuję zwierzęta, na pewno nie wyciągał bym do nich ręki, nie próbował głaskać, łapać czy drażnić, a gdybym dostrzegł jakiegoś bobra podczas pracy czy zabawy, to na pewno zachował bym duży dystans. Więc nie mam czego się bać.

A na koniec jeszcze spiżarnia, już dość przetrzebiona, na szczęście wiosna i świeżego jedzenia będą miały pod dostatkiem.

Bobry jak wiadomo są... szkodnikami, tak orzekli rolnicy - rolnik wyrzucający śmieci do lasu nie jest szkodnikiem, szkodnikiem jest bóbr, budujący sobie dom. W telewizorni nie raz ten czy inny burak bądź  żona jego rzepa zawodzi zadając pytanie kto jest ważniejszy "człowiek czy jakiś tam zwierzak". Pytanie tyleż głupie, co... nader sprytne. Mało komu chce się iść w teren i zauważyć że owe "szkody" przez bobra czynione to w 90% przypadków podtopienie nieużytków które ostatni raz pług widziały za czasów Gierka, albo i to nie. A cały lament obliczony jest na wycyganienie od stosownych władz, możliwie wysokiego odszkodowania za "zatopione" łąki, zmarnowane uprawy itp.
Chłop potęga jest i basta, a już zwłaszcza jego... niewiasta!

piątek, 13 marca 2015

Kacze boje

Większość dostojnych obywateli, uważa kaczki krzyżówki za ptactwo, typowo miejskie, oswojone, obyte... cywilizowane wręcz. W sam raz, by w niedzielne przedpołudnie pociechy swe przyprowadzić, co by w kontrolowanych warunkach serduszka swe ku przyrodzie zwrócić mogły. Karmę, niczem jałmużnę ubogim, rozdawać.
- "O popatrz tu kochanie, tam widzisz tata kaczor i mama kaczyca a tam o małe kaczątka pewnie ich dzieci? Och cóż za urocza rodzinka, całkiem jak nasza..."

Co śmieszniejsze ta osoba bynajmniej tak odległa od prawdy nie była, jak jej się w sentymentalnych wzniosłościach roiło. Tylko że prawda o kaczkach krzyżówkach jest zgoła... bardziej podobna do prawdy o ludziach.

Są kłótliwe, awanturują się o byle co, są zazdrośnikami, namiętnie uprawiają zdrady małżeńskie, podkradają sobie co się da, słabszych traktują "z liścia", a przed silniejszymi korzą się lub uciekają...  całkiem jak ludzie.

Nie wierzycie?

Dunajec. Sromowce Niżne, tuż pod Trzema Koronami. Kaczki dokarmione przez turystów do bólu, zimy praktycznie nie ma, powodów do walk także a jednak...

 Sielanka

 Pierwsze starcie

 Zadyma się rozkręca

 "kocioł"

dobijanie pokonanego

I co nadal nie wierzycie, że kaczki krzyżówki są idealnym modelem stosunków międzyludzkich, w sam raz aby za ich pomocą uczyć dzieci jak to w życiu bywa...?

poniedziałek, 16 lutego 2015

Mysz spopcona jak... mysz

Zdarzenie miało miejsce jeszcze jesienią ubiegłego roku.Ot wracałem z pracy i nagle zobaczyłem kota, niosącego coś w pysku. Szarzało już, więc dokładnie nie widziałem, ale koty z zakupami w pyskach do domów raczej nie wracają... Za to nieraz znajdywałem zabite przez nie na okolicznych działkach czy nieużytkach ryjówki. W tym miejscu pragnę zaznaczyć że o ile koty objęte w Polsce ochroną gatunkową nie są, to ryjówki już tak, w moim wypadku była to ochrona czynna czyli... poszczucie kota kamieniem, tak by nie zrobiwszy mu krzywdy, skłonić go do porzucenia łupu. Tak się rzeczywiście stało, głośny stuko/zgrzyt kamienia o krawężnik, tuż obok futrzaka, spowodował że upuścił on zdobycz i odskoczył za ogrodzenie najbliższej posesji. Na krawężniku leżało mało buro szare "coś", rażone stuporem, wysztywnione ale... bez wątpienia żyjące. Powędrowało do kieszeni, a w niej do mojego domu. Nie była to ryjówka tylko mysz polna, co nie znaczy że straciłem niż zainteresowanie.


W domu oczywiście wywołała serię zachwyconych okrzyków radości typu "zabieeeeerz stąąąd to paskudztwo,mówę weeeeź TO stąd!"
Aczkolwiek np. Miłosz który kocha całym sercem wszystko co futrzaste był mnie hałaśliwy. Nawet mieli wspólne foto, które pewnie zostało usunięte "nieznaną" sprawczynię.
Po części zapoznawczej, mysz została wypuszczona do ogrodu, ku niemej rozpaczy Aury, trzymanej tak długo póki mysz nie osiągnęła zbawczej krawędzi ogrodzenia i nie zniknęła po drugiej stronie.

A teraz kwestia mysiego potu - mysz w przeciwieństwie do człowieka, konia czy owcy nie posiada gruczołów potowych, a ściślej mówiąc posiada ale nie takie. Współistnieją z gruczołami łojowymi, więc... poci się, nie pocąc się! Gdy podnosiłem ją z asfaltu była sucha, znaczy lekko wyśliniona, ale generalnie sucha. tymczasem już w domu, po wyjęciu z kieszeni przestawiała sobą widok przemoczonego tłumoczka. Jak to wyjaśnić?
Stosunkowo prosto, w tym przypadku kluczem jest przysłowie "spocony jak mysz" czyli spocony z emocji, z przestrachu. Trafne obserwacje. Zagoniona mysz zaszywa się w jakimś maksymalnie ciasnym zakątku, oddychając przy tym intensywnie. A ponieważ takie zakątki, zazwyczaj nie grzeszą dobrą wentylacją, przeto mysz  bardzo szybko staje się mokra od własnego oddechu, tym bardziej ze przerażona oddycha także bardzo szybko. Jednocześnie, wraz z łojem wyrzuca na powierzchnię włosów, substancje zgromadzone w skórze. Nie jest to toksyna sensu stricte, taka jak u niektórych płazów, ale będąc metabolitami, na pewno ma i zapach i smak nie najwspanialszy. Normalnie jest wydalana powoli, natomiast w przestrachu gwałtownie i ... na zdjęciach widać efekt. Tłumaczy to zresztą często obserwowany fakt, że koty nie zjadają myszy z którymi się "bawią". Prawdopodobnie dlatego że stają się one wówczas"niejadalne".

Ps. Nie martwcie się - porządnie umyłem ręce detergentami, nim dotknąłem... myszki. ;-)

wtorek, 3 lutego 2015

Wybuchające butle

Do nagrania tego materiału.... tak , tak znów filmik. Skłoniły mnie medialne rewelacje o budynkach wysadzonych w powietrze przez wybuchające butle z propanem-butanem - ponieważ to brednia, więc postarałem się wyjaśnić w czym rzecz.

Wybaczcie dykcję, szybkie mówienie (żebyście słyszeli mojego nauczyciele od historii - rozumieliśmy się jako jedyni w liceum)  i błędy.

Mad - jeśli to czytasz - "Trepologia" jest fajna, dzięki za podpowiedź, ale podczas działań na You Tubie, znalazłem moje stare konto Mac Blackera - to chyba przy nim zostanę.
Wszelka krytyka mile widziana. A teraz już zapraszam do oglądania.

W miarę możliwości poproszę o Suby - nic tak nie mobilizuje...
ps. następny materiał o starym poligonie w Tarnowie.

środa, 21 stycznia 2015

Koty vs. gender

Dzisiejszy wpis zabazuję na blogu Ernesta Piotra Kuchara z portalu Pogromcy mitów medycznych - czemu? Aby nie być posadzony o przeinaczenia - nie jestem lekarzem, mikrobiologiem ani neurologiem, ani biochemikiem - nie wiem, nie znam się, ja tu tylko sprzątam...

Ale zacznijmy tak kto jest największym wrogiem gender? No poza Chrześcijaństwem oczywiście (bo o Islamie to się one boją wypowiadać wprost)... Normalne kobiety! Kobiecość jest największym wrogiem zarówno gender jak i feminizmu - zacytujmy taki opis; "kobiety wydają się być bardziej inteligentne, czułe, bardziej społeczne i silniej trzymają się zasad." - brrrr koszmar... takie słowa dla gendermanek to niczym polanie diabła święconą wodą...

 Posłaniec Diabła się kłania...

 i choć niektórzy z nas czują się postawieni w  niezręcznej sytuacji...

To nie damy się znów wmanewrować w żadną magię.
Pisz o co chodzi...


Znów sięgam po cytat: "Kraje, (...) są bardziej "męskie", to jest charakteryzują się większymi różnicami między płciami oraz tradycyjnym podziałem na role męskie i kobiece w życiu społecznym oraz większą koncentracją na pracy, ambicjach i pieniądzach, a nie na ludziach i relacjach między nimi.
  
 Uparłeś się mnie wnerwić? 

Dla gendermanek to wizja piekła i Szatana...

Ty mi się Maciek od szefa odpie... znaczy, idź się z myszką pobaw.


No dobrze już piszę jak jest - otóż dość silnie występuje korelacja takich kobiecych kobiet, "męskich" społeczeństw, ciepłego klimatu i ... upodobania do kotów!

No teraz to już przegiąłeś...

Spokojnie już tłumaczę w czym rzecz

czekamy
To dajcie mi w końcu napisać o co chodzi! Stale się wmiałkujecie w wątek, to jak niby mam pisać składnie i po kolei?
No wiesz, ty to zawsze sobie winnego znajdziesz...

Jest też jeszcze inny czynnik: czynnik rzeczywiście sprawczy, lub też o zwiększonym prawdopodobieństwie bycia czynnikiem sprawczym. Taki mały organizm - Toxoplasma gondii. Znów sięgnę po cytat;

"jest jednokomórkowym pierwotniakiem, którego ostatecznym żywicielem są koty, oznacza to, że tylko w ich organizmach pasożyt może dojrzewać i rozmnażać się płciowo. Tak jak większość pasożytów, T. gondii ma złożony cykl życiowy, zamykający się w organizmie ostatecznego gospodarza. Jeśli znajdzie się w innym zwierzęciu, wędruje do mózgu i tak zmienia zachowanie gospodarza, aby zmaksymalizować swoje szanse na dostanie się do kota. Dla gryzoni, oznacza to, że po zarażeniu mniej boją się kotów i są bardziej aktywne, co ułatwia by stały się ich łupem. Ludzie mogą zarazić się pasożytami poprzez kontakt z ziemią skażoną odchodami zarażonych kotów lub poprzez zjedzenie zarażonego mięsa. Ale ponieważ koty w praktyce bardzo rzadko zjadają ludzi,T. gondii otorbia się w naszych ciałach. Mimo to, ewolucyjnie rzecz biorąc, nie ma powodu by powstrzymać pasożyta od wypróbowania strategii, która tak dobrze sprawdza się u innych gospodarzy np. wspomnianych myszy. ZarażenieT. gondii wywoduje chorobę zwaną toksoplazmozą, która objawia się zwykle łagodnymi objawami grypopodobnymi i jest naprawdę groźna jedynie w ciąży dla płodu oraz dla osób z obniżoną odpornością. Pasożyt jest szeroko rozpowszechniony, szacuje się, że może zarażać nawet połowę ludności świata. Naukowcy z Uniwersytetu Medycznego Karolinska Institutet w Szwecji odkryli, że Toxoplasma gondii może wpływać na nasze zachowanie bez zajmowania mózgu. Naukowcy ze Szwecji wykazali, że po zarażeniu, komórki odpornościowe w ośrodkowym układzie nerwowym, zwane komórkami dendrytycznymi zaczęły wydzielać neuroprzekaźnik GABA, który wywołuje uczucie strachu i niepokoju oraz stosowne zmiany zachowania. Osoby zarażone toksoplazmozą  znacznie częściej spotykamy wśród chorych na choroby psychiczne, takie jak schizofrenia, depresja, choroba afektywna dwubiegunowa i zespoły lękowe".

 No teraz to już masz przeje... miałczane
 To nie ja, ja jestem niewinny...

Zreasumujmy - mamy oto pierwotniaka, który z dużą dozą prawdopodobieństwa wpływa na zachowanie ludzi. Mężczyzn także oto ich opis "Mężczyźni zarażeni toksoplazmozą są mniej inteligentni, ale bardziej lojalni, oszczędni i o łagodniejszym usposobieniu". Opis postaw społecznych wywoływanych być może przez pierwotniaka Toxoplasma gondii jest tożsamy z opisem społeczeństw i postaw, uparcie zwalczanych przez gendermanki. 
Ale zastanówmy się, jeśli powyższa teoria zostanie potwierdzona, to cała socjologiczno, antyreligijna pseudofilozoficzna otoczka genderyzmu okaże się równie wartościowa jak przypisywanie powstawania łupieżu... kosmitom!
 Znudziłeś mnie, spadam stąd...

 Ale jeśli jednak pierwotniak tak naprawdę niczego nie modyfikuje? Jeśli owa korelacja jest fałszywa - poniższy model jest równie prawdopodobny; kobiety lubią koty, bo koty są łagodne (dla nich oczywiście), przymilne (ach ta kobieca naiwność) i w ogóle ...kociaste, więc mają je w swoim otoczeniu, co sprzyja zakażeniu toksoplazmozą. takie same kobiety promowały będą mężczyzn co prawda mniej inteligentnych (umiemy się maskować ;-) ) ale za to bardziej nadających się na ojców rodzin niż ci bardziej w typie maczo, lub vikinga. Razem z nimi tworząc społeczeństwa cokolwiek może bardziej rozchwiane emocjonalnie od szwedzkiego. ale za to zdecydowanie przyjemniejsze do życia niż tamto...

 Poszły sobie... ot pisanie po próżnicy.








czwartek, 15 stycznia 2015

Koty Black & White

Czarne i białe - czyli po Polsku czarne na białym (zapachniało seksem w kategorii interracjal ;-) ) - to zwrot którego używamy chcąc zaakcentować iż nic nie ma do ukrycia, bo i tak niczego ukryć nie można.
Zatem niczego ukrywał nie będę.

Niektóre osoby zarzucają mi iż nie lubię kotów, iż robię kotom krzywdę, lub nawołuję do nienawiści międzygatunkowej, że jestem kotofobem, że prześladuję koty ze względu na praktykowaną dietę, że nakłaniam do waśni na tle gatunkowym... itd.

Otóż stanowczo temu zaprzeczam - nie jestem kotofobem - jestem kotorealistą. Lubie koty, szanuję je a nawet umiem wydawać dźwięki które one interpretują w kategoriach godowych... Co nie znaczy że nie jestem wobec nich krytyczny. Otóż jestem, ale pisałem o tym tyle razy że kolejny nie ma sensu.

Black & White 


środa, 14 stycznia 2015

Nazwa ciekawsza niż grzyb

Grzyb to taki sobie... zwyczajny, jak grzyb, ani piękny, ani brzydki, ani niezwykle dobry, ani też trujący - ot grzyb.
Ale za to nazwy...
Ale wpierw bohatera naszego pokazać wypada.

 Pochwiak okazały Volvopluteus gloiocephalus

 Za to w Wikipedii jest podane aż 20 synonimów łacińskich - pod jednym z nich zresztą mi tego grzyba zidentyfikowano na Bioforum

 Przytoczny je zatem - kopia z Wikipedii:
  • Agaricus gloiocephalus DC. 1815
  • Agaricus speciosus Fr. 1818
  • Amanita speciosa Fr. 1818
  • Pluteus speciosus (Fr.) Fr. 1836
  • Volvaria gloiocephala (Fr.) Gillet 1876
  • Volvaria speciosa (Fr.) P. Kumm. 1871
  • Volvaria gloiocephala var. abyssinica Henn. 1891
  • Volvaria speciosa (Fr.) P. Kumm. 1871 f. speciosa
  • Volvaria speciosa var. gloiocephala (DC.) R. Heim 1936
  • Volvariella gloiocephala (DC.) Wasser 1988
  • Volvaria speciosa (Fr.) P. Kumm. 187) f. speciosa
  • Volvariella gloiocephala var. speciosa (Fr.) Bon 1993
  • Volvariella speciosa (Fr.) Singer 1951
  • Volvariella speciosa f. gloiocephala (DC.) Courtec. 1984
  • Volvariella speciosa (Fr.) Singer (1949) f. speciosa
  • Volvariopsis gloiocephala (DC.) Murrill 1917
  • Volvariopsis speciosa (Fr.) Murrill 1918




























 A żeby nie było  tak prosto to w dawnym piśmiennictwie polskim figuruje jako bedłka wytworna lub okazała...

Żeby z jednym grzybem, gdzieś na ruderalnych obrzeżach miasta tyle wydziwiania było... no wiecie państwo... koniec świata... ;-)

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Jurasic park numer kolejny

Tytułem tytułu - Jak wiadomo historia powtarza się często za pierwszym razem jako dramat a za drugim komedia. To samo można napisać o filmach, im dalej tym śmieszniej i głupiej.

Czas odkopać magazyny "aktualnych" zdjeć, by zrobic tam ciut przewiewu, nim kolejny okres wegetacyjny (który w zasadzie wcale się nie skończył - jak tak patrzę na swój ogród) zaowocuje nowymi zdjęciami. Niestety tej zimy ani "moich" wron siwych, ani myszołowów włochatych nie dostrzegłem - trudno, jest ewidentnie za ciepło i nie zlatują tu z północy. Za to miłośnikom myszołowów polecam jazdę nową autostradą Tarnów Rzeszów - będąc kierowcą (więc nie rozglądając się) bez trudu dostrzegłem kilka osobników - w tym jednego siedzącego wprost na słupku przy samej jezdni - wiadomo ptaki to nie wysocy  urzędnicy i swoją inteligencję mają, po co polować skoro wybudowano dla nich darmową stołówkę (co prawda są ogrodzenia ale widać za mało w stosunku do potrzeb jest przejść podziemnych dla zwierzyny i pcha się ona na jezdnie).

Ale wróćmy do wykopków - na pierwszy ogień (choć ten pierwszy to w zasadzie były poprzednie chryzantemy) rzucę moją przygodę ze zwinką.  Zwinka stara, doświadczona (ogon straciła na nauce, jak inni zęby i/lub wątrobę), agresywna. Aura dopadła ją na placu zabaw. Chłopcy szaleli na huśtawkach (mamy plac zabaw pod nosem, ale na Piaskowce jest nieco inna fauna i flora niż u nas więc zarządziłem wycieczkę właśnie tam). Tata dozorował to wszystko z cienia a Aura dozorowała nas. Nagle rozpoczęła intensywne ujadanie - takie wiecie skrzyżowanie wściekłości z ciekawością i rozpaczy z radością - psy to umieją ludzie nie, no może niektóre osoby znane z mediów podczas nagonek na inne osoby.

W każdym razie wiedziałem że coś ma, coś czego zjeść nie może, lub nie chce (bo jak je to się nie chwali), ale coś co jest z całą pewnością ciekawe także dla mnie - liczyłem na jakiegoś większego owada. Tymczasem w stercie rozkopanej nosem Aury liści wojowniczo rozwarła paszczę jaszczurka! Normalnie Jurrasic Park na żywo. Aura należy do psów z natury wojowniczych w stylu Papkinowskim, więc poza prezentacją postawy "silny w gębie" powstrzymała się od innych akcji. Chcąc jednak ochronić biednego gada przed dalszym stresem, kazałem Aurze "stulić dziób" a samego gada chciałem przenieść poza teren placu zabaw. A tu nagle - w Zwince obudziły się geny Tyrrano Zaura i...


Zostałem brutalnie oraz bezpardonowo zaatakowany!

A zwierzę szarpało się usiłując odgryźć mi palec!

Dobrze że aparat miałem z zanadrzu, bo stracił bym szansę upamiętnienia przygody, tymczasem Aura oddaliła się, pewnie przekonana że teraz ja (jako dominujący samiec), sam zjem nagonioną przez nią zdobycz. Nie zjadłem, ale nie chcąc sprawiać psu zawodu, powiedziałem jej że zjadłem ;-).