„Zasoby naturalne powinny być zużywane w taki sposób, by czerpanie natychmiastowych korzyści nie
pociągało za sobą negatywnych skutków dla istot
żywych, ludzi i zwierząt, dziś i jutro
”
papież Benedykt XVI

poniedziałek, 12 października 2015

Cyathus olla

W zasadzie powinienem uzyć w tytule nazwy polskiej, ale...
No cóż ale Władysław wojewoda który ją nadał w 2003 roku nie wykazał się polotem poetyckim i grzybek nosi (skądinąd słuszną i całkowicie zgodną ze stanem faktycznym) nazwę "kubek ołowianoszary" (w tym momencie mój Pegaz rozbija się o ścianę Instytutu Botaniki UJ...)

 Zatem niech już będzie przed Wami
Kubek ołowianoszary Cyathus olla.


 Maleństwo to rośnie w moim ogrodzie całkiem bez mojej wiedzy, na jałowcu który zresztą był skazany na spalenie. Na szczęście udało mi się ocalić kawałek którzy zachował w miarę nienaruszone korzenie. Odciąwszy zniszczone resztki rośliny, uzyskałem dwie gałązki rozrastające się w formie V z jednego pniaczka i kilka kikutów, straszliwie postrzępionych, ale których nie chciałem przycinać "do równa żeby nie uszkodzić zdrowej tkanki, przy tymże pniaczku, na nich to właśnie pojawiły się czarki. Zresztą iglak i tak był przeznaczony do pieca. Sadziłem go raczej z wewnętrznego przekonania (dziedzictwo duchowe św. Franciszka?) że trzeba mu dać druga szansę. Choć z oryginalnej rośliny zostało jakieś nędzne 2, może 3 procenty, to jednak... 
  

 Jednak żyje, jałowiec, i odwdzięczył się żywiąc na swoim obumarłym drewnie maleńkie grzybki - które choć podobno powszechnie w ogrodach występujące (może kiedyś, dziś w ogrodach nie toleruje się życia, mają być wizytówką gospodarzy zgodną z najnowszymi tryndami), na pewno uszły uwagi większości z Was, tak jak umknęły mojej... do czasu.

ps. niech nikt nie sądzi że ze mnie taki mykolog. Gdyby nie Przemysław Drzewiecki (przemochle) z Bioforum, to pewnie do dziś starał bym się owocniki oznaczyć... 

piątek, 2 października 2015

oglądnięte przeczytane

Lato, wakacje... ale przede wszystkim dzieciaki w domu skutecznie utrudniają korzystanie z komputera. Bo teraz gra jeden a potem drugi a w między czasie coś tam ściągają, coś aktualizują i tatuś musi się obejść smakiem ;-(.
Na szczęście jest tablet, co prawda prowadzić bloga przez tablet nie lubię (z różnych powodów), ale już oglądnąć film to jak najbardziej. A oglądnąłem zdecydowanie powyżej średniej, przy okazji też "podgoniłem" lekturę.

Oto kilka wybranych pozycji.

Maszyna

 oraz

Ex Machina

Dwa w zasadzie klony. Ktoś tam tworzy sztuczną inteligencję i... zaczynają się kłopoty.
Pamiętajcie że przed A.I. ostrzega sam Steven Hawking!

Maszyny dostają postać kobiety, choć mogły by być "szarymi pudełkami" i tu pada jedna z najmądrzejszych kwestii w Ex Machinie "po co szare pudełko miało by się chcieć komunikować z innym szarym pudełkiem"? To wbrew pozorom wcale nie takie banalne stwierdzenie i niesie ze sobą ogromny bagaż implikacji.  No więc mamy te maszyny o wyglądzie kobiet i zaczyna się problem, że są inteligentne wiemy, że umieją się adaptować w czasie rzeczywistym i wykazują szereg cech ludzkich też, pytanie brzmi: czy są świadome?

To ma ustalić właśnie test Turinga, tyle że podniesiony na wyższy poziom, pamiętacie z Łowcy Androidów że testem na człowieczeństwo była empatia? Tu idziemy znacznie dalej, empatię można pozorować, jedynym kryterium zdaje się dążenie do własnych celów (zauważmy jak bardzo to europocentryczne, dla ludzi wschodu testem na człowieczeństwo było by wyrzeknięcie się własnych celów...).

No więc obie jednostki zdają test celująco - mają swoje własne cele i z całych sił dążą do ich realizacji. O ile jednak w przypadku Maszyny mamy do czynienia z czymś na kształt Terminatora, to w Ex Machinie... otrzymujemy 100% dawkę kobiecości. Nie będę się rozwodził na da fabułą ale... no cóż wszystkie moje mizoginiczne fobie znalazły w tym filmie potwierdzenie.


Interstellar 

 Długi ciężki i ... no ciężki.
Jedyne co mnie urzekło, to scena pogoni za dronem gdy ojciec otrzymuje od syna odpowiedź na pytanie czy tamten poszedł by za nim w ogień, tu dostrzegłem te same relacje które łączą mnie z Mikołajem.
Poza tym...
Na miłość Boską - kwestia dylatacji czasu jest powszechnie znana, jak ktoś jej nie jarzy, to i tak filmu SF nie będzie oglądał! Tymczasem najtęższe mózgi ludzkości urządzają sobie wykłady gdzieś w odległej galaktyce na ten temat - jak scenarzyści koniecznie chcieli coś wyjaśnić, to mogli wstawić postać dziecka, któremu dopiero należy wytłumaczyć w czym rzecz.
Kolejna sprawa to archetypiczny mit "pieszych wycieczek" doprawdy nie wiem, nie rozumiem i wierzyć mi się nie chce, żeby inteligentni ludzie postępowali tak głupio. Są sondy, drony, zdalne badania spektroskopowe, grawimetryczne i setki innych. Nie ruszając się z pokładu statku badawczego można w ciągu kilku godzin mieć odpowiedzi na 99% pytań i nie lądować w miejscu gdzie nie ma czego szukać! 
Tymczasem całkiem jak w Prometeuszu astronauci sobie spacerują i .. jeden po drugim kończą misję w mniej lub bardziej bezsensowny sposób.

Jurrasic World 

Widać twórcom zamarzył się szmal zarobiony przez Jurrasic Park...
Fajnie, na filmach powinno się zarabiać, tym bardziej że Jankesi nie mają "PISF'u" i zamiast nadskakiewać wysublimowanym, koneserskim gustom urzędnictwa, muszą nadskakiwać prymitywnym gustom widzów (w wypadku gdyby ten tekst czytał jakiś urzędnik - to była ironia!). No dobrze ale...
Welociraptory były wielkości indyków, a pterozaury żywiły się rybami i doprawdy nie wiem jakie diabelskie sztuczki skłoniły by je do ataku na ludzi... widzieliście kiedyś atakujące ludzi pelikany czy albatrosy?
Na koniec to samo przesłanie - nie igrajcie z naturą i tym podobne ble ble ble...

Tyle z zapamiętanych filmów a z książek?

Sztuka życia dla mężczyzn'

Szczepan Twardoch, Przemysław Bociąga


 Bardzo fajna pozycja na upalne lato.
Autorzy wyjaśniają nam np. co to jest paszetka. Albo inne podobnie ważkie kwestie. Widać że dojrzewanie bardzo spowalnia. ja (nie będąc ewenementem w swoim pokoleniu) etap gajer i bajer przerabiałem tak mniej więcej od dwudziestego do dwudziestego piątego roku życia, z lubością udzielając cennych i złotych rad na temat że apaszki to ubiór męski a kobiety mają chustki, albo że prawdziwy szampan zaczyna się od kilkuset dolarów a cała reszta to albo wina musujące, albo wręcz gazowane klony "Bankietowego" (przynajmniej jeśli chodzi o "Bankietowe" to mogę uchodzić za znawcę i kipera ;-) ).   Potem z tego wyrosłem i ...
A autorzy są przed czterdziestką i nadal nie wyrośli...
Generalnie z tego co zauważyłem i tak chodzi o lans w oczach innych a zwłaszcza w oczach kobiet (znów dochodzą do głosu moje fobie, ale uważam że facet ma w życiu kilka ciekawszych rzeczy do zrobienia niż zabieganie o względy i uwagę płci odmiennej).

Poza tym  przeczytałem jeszcze kilkanaście innych pozycji lecz... nie dały mi powodu do uzłośliwiania się, więc pisanie o nich nie dało by mi takiej frajdy, zatem na tym skończę.

środa, 2 września 2015

Kwiaty górskich szlaków

Jak zapowiadałem wcześniej; nieco florystyki górskiej.
Rośliny górskie to specyficzne gatunki, zazwyczaj bliskie genetycznie i podobne do odmian nizinnych lecz... górskie właśnie i przez to posiadajcie wiele różnych niespotykanych na nizinach cech. Chociażby toksyczność - na nizinach trzeba mieć pecha by się na coś silnie trującego nadziać, w górach możemy mówić o niewiarygodnym szczęściu jeśli najdzie nas ochota zjeść jakieś przydrożne zielsko i nie wrócimy na noszach GOPR'u. Kolejną z cech jest konieczność przetrwania warunków klimatycznych.
Jednym z najciekawszych (moim zdaniem) przystosowań roślin do życia w górach jest ich zdolność do egzystencji przy wybitnie niskiej podaży substancji odżywczych. Nie żeby góry nie były żyzne... wręcz przeciwnie, substancji odżywczych tu wręcz nadmiar, problemem jest mała ilość gleby, oraz związanego z nią edafonu (zespół organizmów żyjących w glebie), zwyczajnie nie ma komu skał na podłoże zdatne do życia roślin przerabiać.
Ale przecież sobie radzą.
Kolejną z cech roślin górskich, tym razem nie biologiczną jest ich nietykalność - WSZYSTKIE są pod ochroną, tak indywidualnie jak i w całych siedliskach, nie wolno ich w żaden sposób niszczyć (choć widuje się osoby - mówiąc językiem "równościowym", a więc bez "stygmatyzowania") - ze znaczną dysfunkcją intelektualną, które np. usiłują wykopać sobie jakąś tam roślinkę z mocnym postanowieniem zasadzenia jej w ogródku, lub zerwać jakiś kwiat z nadzieją że rozanielona tym darem wybranka wynagrodzi go w stosowny a oczekiwany sposób...

Ale rozgadałem się...


Wodogrzmoty... tak wiem wodogrzmoty to nie roślina!
Ale tak tytułem malkontenctwa. Ostatnio pisałem o kryzysie energetycznym w naszym kraju, wywołanym przez suszę fale upałów a zawinionym przez... rząd. Chwilowo jest w miarę OK, Ukraina nam prądu użyczy, zapewne z nadzieją na rewanż w ... zimie gdy Putin znów zacznie ich straszyć przykręcaniem kurka z gazem. Problem w tym że w Polsce w zimie też będziemy mieli kryzys energetyczny! Nawet jeśli zacznie padać, nawet jeśli poziom w rzekach się podniesie i elektrownie znów będą miały dość chłodziwa, to nadwyrężone praca w ekstremalnych warunkach technologicznych (np. temp oleju turbinowego ma swoje optimum pracy w temperaturze około 40 stopni C, tymczasem w wielu przypadkach musiał on pracować w temperaturze ponad 50 stopni, co bez wątpienia odbiło się na łożyskach, układach sterujących itp.)  instalacje mogą nie wytrzymać. Ba, na pewno nie wytrzymają, o ile jeszcze w okresie jesiennym nie zostaną na nich przeprowadzone niezbędne prace techniczne, a z tym będzie problem, bo brak nam rezerwowych mocy, tymczasem zapotrzebowanie na energię wcale nie spadnie! Prawdopodobnie nawet wzrośnie, gdyż zakłady przemysłowe zmniejszające swoje zapotrzebowanie na okres lata (remonty, urlopy itp.) zaczną pracować w większym obciążeniu.
Nie wiem jak sobie z tym poradzimy... a wystarczyło za te słynne "unijne fundusze" pobudować kilka zbiorników retencyjnych i bloków energetycznych... no ale na to musiały by wyrazić zgodę państwa które owe "fundusze" fundują. w każdym razie jak widać na załączonej fotce - w górach jest równie mało wody co na nizinach i nic nie wykazuje na to by miało jej przybyć, a to znaczy że zimą możemy mieć jeszcze gorzej niż latem...

Wróćmy do roślin.
      
 Naparstnica zwyczajna Digitalis grandiflora 

Roślina z rodziny Babkowatych (dawniej uznawano że z rodziny trędownikowatych).
Często mylnie okrzykiwana przez gawiedź "storczykiem górskim" (no comment) 
 
 Trująca! 
Spożycie digitaliny (nomen omen w świecie wirtualnym ;-) ) wywoła:
Bóle i zawroty głowy, zaburzenia widzenia, biegunkę, wymioty, skurcze naczyń wieńcowych, duszność, sinicę.


 Tojad mocny Aconitum napellus 

Z rodziny Jaskrowatych. W naturze występuje wyłącznie w środowisku górskim, na niżu spotykany jako "zbieg" z upraw ogrodowych. 

Trujący!
W zasadzie to nawet wybitnie trujący. 
Substancją czynna zwana jest akonityną i powoduje początkowe pobudzenie, a potem paraliż nerwów czuciowych i ruchowych. Działa także poprzez skórę.
Skoro zatem ujrzycie na szlaku jak jakiś osobnik "z dysfunkcją" obdaruje swą wybrankę bukietem tojadów a ona wpierw rzuci się mu na szyje a potem osunie w ramiona i omdleje, to raczej nie traktujcie tego w kategoriach romantycznego uniesienia...


 
 Modrzyk górski Cicerbita alpina 

Z rodziny astrowatych

 Ale jaja nie jest trujący...

 Wrzosy także spotkamy przy szlakach.
z rodziny... a jakże by inaczej wrzosowatych ;-) 

Zasadniczo nie jest trujący, ale zawiera sporo garbników działających np. moczopędnie, więc to raczej kwestia dawki.

 Miłosna górska (Adenostyles alliariae)
z rodziny astrowatych.
 
 Tajże nie jest trująca...

Nazwę zawdzięcza dużej ilości kwiatów i sercowatemu kształtowi liści...

 Ciemiężyca biała, ciemierzyca biała (Veratrum album)

Z rodziny  melantkowatych

 Oczywiście TRUJĄCA...
Zawiera: alkaloidy sterolowe – protoweratrynę, germerynę, germinę, rubijerwinę, izorubijerwinę (do 1,5%)
gorzki glikozyd – weratramarynę, 
kwasy organiczne (weratrynowy i chelidonowy)
Niektórzy przypuszczają że pomogła zejść z tego świata Aleksandrowi Wielkiemu, któremu podawano ją jako lekarstwo i środek znieczulający. 


Czemu tak natrętnie piszę o "prozdrowotnych" aspektach górskich roślin? Bo Góry to szalenie wrażliwy ekosystem, nieodporny na hordy turystów, zbieractwo, wydeptywanie, zaśmiecanie itp.
Może więc choć strach przed pochorowaniem się skłoni ich do pozostania na szlaku i pozostawienia tego co tam żyje w spokoju.


wtorek, 11 sierpnia 2015

Energo krytycznie

Miało być o kwiatach górskich szlaków ale...

Ale długotrwała fala upałów i towarzysząca jej susza boleśnie obnażyły żałosny stan polskiej energetyki.


Skąd ten kryzys i co ma susza do prądu?

Kryzys wziął się z wieloletnich zaniedbań, od dziesięcioleci nie buduje się w naszym kraju nowych elektrowni o mocach przemysłowych, nie  modernizuje się też starych oraz nie dokonuje innych inwestycji pośrednio na zdolności energetyczne Polski wpływających.

Upały powodują że wydajność energetyczna znacznie się zmniejsza, każdy chyba pamięta ze szkoły cykl Carnota, jak łatwo dostrzec im większa różnica temperatur między medium roboczym a medium chłodzącym tym jest on wydajniejszy. W praktyce mamy parę jako napęd i wodę jako chłodziwo. Temperatura pary roboczej jest stała, natomiast temperatura wody zależy w dużej mierze od temperatury otoczenia, systemy chłodzące wodę oczywiście istnieją, ale ich skuteczność także zależy od temperatury otoczenia.

Jednocześnie niskie poziomy wód powierzchniowych powodują brak możliwości dostarczenia do systemu nowej partii chłodnej wody, w efekcie w układzie zamkniętym krąży coraz mniej, coraz cieplejszej wody, efektywność pracy turbozespołów drastycznie maleje, do sieci elektroenergetycznych trafia coraz mniej mocy, Krajowa Dyspozycja Mocy wprowadza kolejne coraz bardziej kiepskie stopnie zasilania, ogranicza się moce dla przemysłu, potem dla odbiorców poza przemysłowych, następnie dla zwykłych ludzi na końcu dla szpitali i innych obiektów tego typu... w przeciwnym wypadku grozi nam blackout! 
 

To najprostszy możliwy opis obecnej sytuacji - z konieczności nader skrótowy i nie oddajacy wielu technicznych niuansów.

Ale skąd ten kryzys? Przecież lata zdarzają się co roku, upały to także nie nowość!

Tylko że tym razem mamy bardzo długotrwałą falę upałów w połączeniu z panująca od kilku lat suszą (kto pamięta kiedy ostatnio była śnieżna zima?). W efekcie i tak marny stan "uwodnienia" naszego kraju, cały czas się pogarsza. Przeciętny Polak tego nie dostrzega, woda w kranie jest, w razie czego dokupi butelkowaną, włączy sobie klimę i upały przeczeka... Tylko że to wszystko wymaga energii a tej mamy coraz mniej!

Jak to się zaczęło? Jak większość wydarzeń w tym państwie od ściemy medialnej, ideologicznej nowomowy i braku jakichkolwiek zdecydowanych działań. Gdy padała PRL, razem z nią padały też socjalistyczne molochy produkcyjne, ponieważ zabrakło odbiorców (byle huta, potrafi pochłonąć większą moc niż wszyscy odbiorcy indywidualni w daleko liczonej okolicy), nagle media zaczęły mówić o tym jakimi to jesteśmy eksporterami energii elektrycznej! (co starsi zapewne pamiętają) i znów zrobiło się hurra optymistycznie!
Co prawda przemysł w naszym kraju nadal jest w stanie upadku, ale pojawiły się sklepy wielkopowierzchniowe, klimatyzacje, ruchome schody, automatycznie otwierane bramy, ba, głupie komputery chłoną teraz dwa razy większą moc niż te sprzed 15 lat! (jak ktoś ma starszy nich sobie sprawdzi moc na zasilaczu!).
W efekcie mendia przestały ćwierkać z klucza "potęga energetyczna" ale... ale nie mówiły też prawdy o tym co się w energetyce dzieje! A problem w tym że nie dzieje się NIC! Od dziesiątek lat ŻADNYCH większych inwestycji! Nie remontuje się też linii przesyłowych, a jedyne co robiono to poprawa izolacji termicznej na liniach przesyłowych energii cieplnej - owszem ważna rzecz i ekonomicznie opłacalna ale dla problemu bezpieczeństwa energetycznego drugo jeśli nie trzeciorzędna!

"Mondre" głowy w mendiach toczą zażarte dyskusje o energetyce odnawialnej, ale jedyny sensowny argument nigdy się przebić nie może. A brzmi on tak - Energetyka odnawialna? Owszem, tylko niech optujący za nią przedstawią nam plan (realistyczny) pozyskania w ten sposób takich mocy aby wystarczyło na potrzeby naszego kraju... póki co ze względów technologicznych jest to zwyczajnie nierealne, a każda złotówka wtopiona w ten biznes przynosi dziesiątki złotówek straty w innych miejscach.

Symptomatyczny tu musi być przykład podtarnowskich Wierzchosławic i ich elektrowni słonecznej.
Inwestycja kosztowała 10 milionów złotych, obecne przychody to 300 - 350 tyś złotych, natomiast koszty obsługi i spłaty kredytów to... 900tyś zeta rocznie. Mądry niech sobie policzy, głupi niech nadal wierzy w to co mówią mendia!



 Taką moją prywatną teorią spisową jest myśl:
Po wstąpieniu Polski do UE w głowach przywódców "starych" państw pojawiła się obawa, że stosunkowo młode, prężne państwo stanowić będzie dla nich zbyt silną konkurencję dlatego... na czele tegoż państwa postawiła oddane sobie osoby (wynagradzane posadami opłacanymi w Euro), które pilnowały by przypadkiem interesy UE nie zostały naruszone. A jak jest najlepiej trzymać człowieka za pysk?... głodem - głodny jest zbyt słaby by się buntować w przypadku państwa głód to brak energii.

Dotychczas jednak udawało się ten stan przed społeczeństwem ukryć (jak Gierkowi w latach 70), ale obecna natura bezlitośnie rozbiła tę szybę na której rządzący pokazywali nam kolorowe obrazki, byśmy nie mieli świadomości co dzieje się naprawdę.

Pamiętajcie jak ktoś domaga się bezpieczeństwa energetycznego to ten ktoś nie jest "oszołomem" (jak to niektórzy uważają) ale mądrym, odpowiedzialnym obywatelem za to ktoś kto lekceważy tę kwestę to nie jest postępowym Europejczykiem ale najprawdopodobniej debilem (jeśli sam wierzy w to co wygaduje) lub płatnym sukinsynem.
Pamiętajcie, bezpieczeństwo energetyczne to nie jakieś mrzonki czy polityka! to BEZPOŚREDNIO wasze życie, wasz komfort, wasze klimatyzacje, komputery, lodówki, światło, woda w kranie, zakupy w sklepie itd.
A jak ktoś myśli że może sobie dokupić prądu na "wolnym rynku" to niech się zastanowi nad jednym... skoro jest tak dobrze to czemu trzeba było ostatnio odstawiać mnóstwo zakładów przemysłowych w kraju? i kto za te przestoje zapłaci?!




poniedziałek, 27 lipca 2015

Rozważania o samolubnym genie

Dawkins jak dawniej produkuje się w mediach, cały czas z pozycji osobistego wroga Pana Boga - wali w chrześcijaństwo z zapamiętałością szympansa walącego w kartonowe pudło - polecam Jane Goodall
"Przez dziurkę od klucza. 30 lat obserwacji szympansów" - zresztą z takim samym zamiarem - to jest podniesieniem swojej rangi w społeczności.

Czytam teraz "Jak zostać człowiekiem - przepis ewolucyjny" Ryszkiewicza. 

i takie mi się myśli nasunęły. 
Panuje powszechny pogląd (znajdziemy go też u Dawkinsa i u Ryszkiewicza), że podczas "wojny płci" samice przegrały, gdyż to one ponoszą zwiększone koszty rozrodu (komórka jajowa, ma jednak zdecydowanie większe wymagania niż plemnik...), a zwycięsko zeń wyszły samce które praktycznie większych kosztów nie ponoszą. To wniosek intuicyjny i ... guzik warty, zwłaszcza jeśli przyjmuje się paradygmat "samolubnego genu" czyli że osobnik jest tylko futerałem na geny i to jedynie ich przekazywanie liczy się w jego życiu. 
Zastanówmy się i postawmy kilka kwestii:
Jakie szanse na przekazanie swoich genów ma samica? - jeśli pominiemy przedwczesną śmierć, to 100% A jaką ma samiec? W zależności od gatunku; od praktycznie 100% (pod warunkiem że jest człowiekiem i żyje w społeczeństwie monogamicznym), do zaledwie kilku w przypadku gatunków tworzących haremy... 
Jaki udział w genotypie potomka mają geny samca? Intuicyjnie przyjmuje się 50% ale... no właśnie DNA mitochondrialne dziedziczy się  wyłącznie w linii żeńskiej, zatem to samica przekazuje swoje geny, gdy tymczasem samiec zaledwie dokłada co nieco od siebie. 
Rekombinacja genów następuje tak szybko że praktycznie już prawnuk jest równie odległy genetycznie od swego przodka co osobnik niespokrewniony... oczywiście pomijając DNA mitochondrialne - ale tu znów jedynymi wygranymi są osobniki żeńskie... 
Czemu zatem ewolucja nie wytworzyła systemu w którym to obie płcie ponoszą równy wysiłek rozrodczy ale i obie płcie mają równe szanse na przekazanie swoich genów dalej i co więcej obie płcie równo partycypują w puli genowej potomnych?  Czemu Autor Samolubnego genu nie dostrzegł tej sprzeczności?

Na te pytania Dawkins nie odpowiada, Ryszkiewicz co prawda również nie, ale przynajmniej zachowuje daleko idąca wstrzemięźliwość co do "oczywistości" wywodów tego pierwszego. 

A Wy jak sądzicie?  

sobota, 25 lipca 2015

Młaka

Młaka - bardzo ładne stare słowo.
Co to jest młaka? Definicja wikipedystyczna głosi: "powierzchniowy, nieskupiony wypływ wód podziemnych, także wokół źródła, zwykle zatorfiony lub zabagniony wskutek utrudnionego odpływu wody. Często porośnięty roślinnością bagienną".
Mi przez lata młaka kojarzyła się podmokłą zabagnioną łąką, a takie śródleśne oczko wodne nazywałem po prostu źródełkiem. Tymczasem błąd - młaka może przerodzić się w zabagnioną łąkę, ale nie musi.
Przerodzi się gdy będzie miała w okolicy płaski w miarę równy, nieprzepuszczalny teren, ograniczony przeszkodami terenowymi lub roślinnymi, które utrudnia odpływ wody. W przeciwnym wypadku, będzie jak na zdjęciu. zagłębienie terenu, wypełnione bajorem.  


Tu powstało zapewne na skutek usypania drogi , choć wcześniej pewnie też było, tyle że mniejszych rozmiarów. Jesteśmy na terenie fliszu karpackiego, więc grunt jest słabo przepuszczalny, ilasty na podłożu skał łupkowych. Zatem można przyjąć że każda niecka znajdująca się w zasięgu spływających z góry wód podskórnych stanie się młaką. Większość z nich albo wyschła, gdy woda znalazła sobie ujście i je pogłębiła na tyle by swobodnie odpływać, albo zostały naruszone rękoma człowieka, lub uległy wypłyceniu na skutek akumulacji resztek biologicznych i w końcu przestały istnieć jako młaki a stały się częścią cieków, lub woda wybiła gdzie indziej.

Młaki często mylone są z zastoiskami wodnymi.  w sumie to dla niewprawnego obserwatora wyglądają podobnie. Jak zatem je rozpoznać? Najprościej to przyjść gdy od wielu dni nie będzie padał deszcz...;-)
Innym sposobem, zdecydowanie lepszym, jest analiza zespołu roślinnego i zwierzęcego w danym miejscy występującego. Jest wiele roślin charakterystycznych dla młak, problem w tym że często są one na tyle rzadkie, że większość ludzi ich nie rozpoznaje, albo na tyle mało charakterystyczne że trudno je jednoznacznie oznaczyć nie będąc specjalistą.
Ja proponuję rozglądać się za rzęsą wodną  - występuje co prawda na wszystkich zbiornikach wodnych ale.. nie w zastoiskach, bo te z racji na krótkotrwałość występowania zazwyczaj nie zdążą się nią pokryć.
Potem możemy rozglądnąć się za ważkami - jeśli tylko żerują, to nic nam nie mówi, ale jeśli np. odbywają gody, lub na na roślinności przybrzeżnej zobaczymy wyschnięte skorupki ich larw... no to musi być młaka. Podobnie z żabami, traszkami itp. wylęg i rozwój może nastąpić tylko wtedy gdy woda była cały czas a nie tylko po deszczach lub roztopach.

Młaki to niezwykle bogate biotopy, nic dziwnego zatem że zostały uznane za godne wzmiankowania przy okazji wytyczania ścieżki edukacyjnej w Polichtach.

Całość tego przedsięwzięcia to kilka kilometrów górskich i leśnych ścieżek, świetnie oznaczonych, opisanych oraz możliwość skorzystania z przewodników. Zapraszam

wtorek, 14 lipca 2015

Jestem Czarli Hebdo? czyli - poFILOZOFUJ sobie.

FILOZOFUJ - Najnowszy numer, nowego (bo to trzeci dopiero) dwumiesięcznika na polskim rynku. Pismo w całości poświęcone szeroko rozumianej filozofii. Kosztuje 10 zeta, dostępne jest w sieci w postaci PDF (całkiem się przyzwoicie wczytuje na tablecie).


Myśl przewodnie tego numeru to wolność słowa, stąd tytuł mojego postu "Jestem Czarli Hebdo?" ...

Ja nie jestem...
Nie poddałem się społecznemu terrorowi, nie chodziłem w t-shircie z napisem "Je Suis Charlie", nie płakałem po rozstrzelanych... nie po tych..

A Wy?

Ale bądźmy konsekwentni, od momentu gdy na rynku "sztuki" pojawiały się wszelkiej maści "prowokatorskie" dziełka i dokonania - stało się oczywiste że trzeba pewne rzeczy dopowiedzieć do końca - czy wolność słowa? A jeśli tak to czy bezwzględna? Czy tylko słowa? A czemu nie innych form ekspresji? ...
Niełatwe pytania, a co na to ludzie którzy specjalizują się w odpowiedziach na niełatwe pytania...?

Zacytujmy kilka zdań z artykułu Glena Newey'a:
"(...) właściwie każde działanie zawierające jakiś element ekspresji zasługiwałoby na ochronę, jaką gwarantuje pierwsza poprawka do konstytucji USA – nawet strzelanie przez muzułmańskich fundamentalistów do satyryków."

Chcecie wiedzieć więcej? Przeczytajcie sami. Pismo w formie papierowej można kupić w Empiku, a jak ściągniecie PDF,a to wrzućcie redakcji 10 zeta ... warci są tego. 


Ps. jak w każdej (chyba) publikacji filozoficznej pojawia się też temat sensu życia... i ... no nie wiem jak Wam, ale mi od wielu wielu lat wydaje się że filozofowie nagminnie i uporczywie mylą sens życia z... celem...

środa, 8 lipca 2015

Czy bać się klonów?

Słyszeliście o aferze Tuskegee? A o  Willowbrook (wątpię, tego ostatniego nie ma nawet w polskojęzycznym internecie...)?

Więc przeczytajcie koniecznie książkę Giny Kolaty "KLON; Dolly była pierwsza"

I nie dajcie sobie wmówić że nie ufając tej czy innej instytucji czy autorytetowi jesteście wyznawcami teorii spiskowych...

Ale nie tylko o tym jest ta książka, w zasadzie podane wyżej dwa sensacyjne wątki, to jedynie dygresje w narracji, przywołane przeze mnie celowo, by zwiększyć zainteresowanie, ale nie najważniejsze.

Książka jest o tym o czym mówi jej tytuł. O klonowaniu, o tym że Dolly była pierwsza i jak do tego doszło. Otrzymujemy od autorki barwny, ładnym językiem napisany przegląd dziejów nauk biologicznych od końca XIX wieku do początków XXI, włącznie z opisem przemian i różnic.
Dowiemy się o charyzmatycznych, nie stroniących od wycieczek filozoficznych i egzystencjalnych badaczy XIX wiecznych, poprzez opętanych szaleństwem publikacji, sympozjów i rankingów uczonych XX wiecznych, aż po wyrobnika nauki, trybik w machinie nastawiony na jedno konkretne działanie, zdehumanizowany i odrealniony produkt XXI wiecznych korporacji zawiadujących instytucjami naukowymi.

Poznamy wiele ciekawych i mniej ciekawych nazwisk, zaglądniemy uczonym do pracowni, będziemy mieli świadomość mechanizmów decydujących o awansach, apanażach, grantach, uznaniu społeczności itp. czynnikach które są dla współczesnych naukowców... równie oczywiste co dla wszystkich innych zawodów.

Stracimy za to romantyczną wiarę w uczonego i jego prometejskie wynalazki. Tak odkrywają od czasu do czasu to i owo, opracowują taką czy inna metodę ale... nim ją opublikują już jest złożona do urzędu patentowego, a oni sami oraz ich przełożeni i sponsorzy... liczą kasę.
Oczekujemy od nich wypowiadania się na tematy ich prac, o aspekty moralne i etyczne, prowadzonych badań, o konsekwencje dla świata i ludzi tego co robią, wierząc że to ludzie więksi od nas samych, że przecież uczony to nie byle gnojek, ale osoba z definicji... uczona! Tymczasem, w tym środowisku tak jak w każdym innym, pojawiają się karierowicze, niedołęgi, maskujący nieuctwo cwaniacy i aroganci gardzący wszystkimi i wszystkim.
Myślimy że jak uczony wypowie się na temat np klonowania, czy innych zabiegów biotechnologicznych to będzie to prawda obiektywna - niestety łudzimy się. Profesor mówi o bezpieczeństwie klonowania, ale nie sięga myślą głębiej niż do grantów które jego instytucja już ma, lub ma nadzieję mieć związanych z badaniami i rozwojem technik klonowania. Także myśli pomniejszych badaczy nie krążą wokół potencjalnych zagrożeń, one wirują z punktem ciężkości w jednym miejscu, publikacje, doktorat, samodzielne stanowisko badawcze, profesura... kariera!

Zatem nie ufać uczonym? wręcz przeciwnie - ufać ale pamiętać o starożytnej zasadzie: Nemo iudex in causa sua - nikt nie jest sędzią we własnej sprawie.

Stracimy też (mam nadzieję) złudzenia co do środowisk lekarskich... Głośno wyrażających współczucie bezdzietnym małżeństwom i w ich imieniu domagających się uznania za zgodne z prawem i etyką zapłodnień In Vitro z wykorzystaniem metod klonowania... ale przecież oni wołają nie w imieniu bezdzietnych par, ale własnym, bo dopuszczenie takich praktyk to dla nich kolejne setki tysięcy dolarów dochodu! 

Sporo w tej publikacji bioetyki - ale tej wysokich lotów - nie partyjnej lewackiej "bioetyki" w wydaniu pewnych "uczonych". Zwłaszcza w początkowych jej częściach, co ważniejsze autorka jest żydówką i... znajdziemy tu także żydowskie oceny etyczne, będące (co dla mnie było zaskoczeniem) dość odległymi od ocen chrześcijańskich!  

czwartek, 25 czerwca 2015

Meandry Erudycji - czyli ewolucja oczami Ryszkiewicza.

Zacznę od linków - tak wiem tego się nie robi... ale ... Pomimo wszystko zacznę, zapraszam do choćby krótkiego zajrzenia do archiwalnych tekstów z Wiedzy i Życia, to pozwoli wiele zrozumieć, a mi ułatwi recenzowanie.

Teoria "mniej to więcej" 
Teoria "krajobrazu zapamiętanego w genach"
(jeśli ten tekst przeczyta Mo, lub ktoś czytający bloga "trzymając się chmur", to już będzie wiedział skąd tyle zachwytów prezentowanymi tam krajobrazami...

Oczywiście Ryszkiewicz ma na swoim koncie zdecydowanie więcej publikacji, dostępnych na łamach Wiedzy i Życia, linkuje akurat te, bo są praktycznie wyimkami z kart książki Homo Sapiens Meandry Ewolucji, którą niniejszym pragnę bardzo gorąco polecić.



Całość książki, to właśnie takie jak w zalinkowanych tekstach, brawurowe, dynamiczne, skrzące się erudycją, inteligencją i dygresjami około 450 stron rewelacyjnej lektury.

Sam Ryszkiewicz to geolog, ewolucjonista (uwaga! - ewolucjoniści tak jak ekolodzy to jedno miano dla dwóch różnych zjawisk! Są ewolucjoniści naukowcy, badający jak, co, z czego, gdzie, kiedy itd oraz ewolucjoniści ideolodzy - którzy wykorzystują teorię ewolucji w roli tłuczka do ziemniaków którym okładają myślących inaczej - oczywiście Ryszkiewicz jest tym pierwszym) i popularyzator nauki.

Meandry Ewolucji - sam tytuł wskazuje że nie mamy tu do czynienia z procesem liniowym że ów słynny korowód hominidów, to nie tak do końca, że owe brakujące ogniwa to owszem, ale często nie między małpami a ludźmi ale w zupełnie odwrotnym kierunku.


 Obrazek ze strony


Dowiemy się np co do powiedzenia o ludziach mają... wszy!






Tak, właśnie te dokuczliwe małe pasożyty, uporczywie zwalczane okazują się jedna z bram do poznania ludzkich dziejów. One same milczą ale... mówi ich DNA. Trudno uwierzyć? A jednak!
Mamy trzy gatunki wesz ludzkich: głowowe, łonowe i odzieżowe. Podział na głowowe i łonowe rozpoczął się razem z utratą przez naszych przodków owłosienia na całym ciele, zaś te odzieżowe pojawiły się dopiero razem z odzieżą... no trudno by wcześniej. Teraz wystarczy z DNA wszy odczytać kiedy to się stało i już mamy potężny zastrzyk wiedzy o naszych początkach.  Może warto wszy objąć ochroną, jako swoistych świadków historii rodzaju ludzkiego?

Dowiemy się też całej masy innych rzeczy, często znanych lecz nie łączonych bezpośrednio z naszą historią, oraz takich ogólnie mało znanych,. lub zgoła wcale nieznanych.

Autor nie unika też kwestii uznanych dziś za politycznie niepoprawne, np. rozważa sensowność używania wobec Cyganów nazwy Roma 9skoro są tez i inne plemiona cygańskie), albo niezwykle intrygującego wysokiego odsetka Żydów askenazyjskich pośród laureatów nagrody Nobla (Einstein, Feynman itd. - Feynman zresztą sam zastanawiał się nad tym fenomenem  - ale tu już odsyłam do jego książki -"Pan traczy żartować, Panie Feynman".

Ryszkiewicz nie boi się zamieścić wtrętu o "straszeniu" nas takimi czy innymi kataklizmami, aczkolwiek zachowuje cały czas postawę badacza nie propagandysty i nie wchodzi w polemikę z kimkolwiek, co najwyżej zaznacza problem.

W początkowych częściach meandrów trafimy kilka razy na nazwiska czy cytaty z Dawkinsa (którego ciężko trawię ze względu na jego obsesję), później jednak pewna "czołobitność" względem autora "samolubnego genu" już się nie pojawia.

Reasumując - REWELACYJNA pozycja, gdyby Ryszkiewicz był anglojęzyczny, nosił anglosasko lub niemiecko brzmiące nazwisko i mógł liczyć na wsparcie marketingowe wielkich wydawnictw z Nowego Jorku to... mielibyśmy bestseller na skalę światową.


poniedziałek, 22 czerwca 2015

"pokłosie" wędrówki

Byłem opiekunem / przewodnikiem na dwudniowej wycieczce klasy mojego syna na Jamną.

W ogóle mało teraz o przyrodzie pisze, nie żebym stracił zainteresowanie, co to to nie - jeśli nie straciłem wcześniej, to już raczej nie stracę. Po prostu moi chłopcy są coraz więksi, i mogę wrócić do tego co lubię nawet nieco bardziej niż dociekania przyrodnicze czyli do wędrówek. Zatem tam powstaje gros wpisów a o przyrodzie mniej. Aczkolwiek nadal jestem aktywnym przyrodnikiem i nie rezygnuję z jej zgłębiania.

Od "pokłosie" niedawnego wypadu, nie nastawiałem się na zdjęcia przyrodnicze, musiałem zajmować się młodzieżą, ale coś zawsze udawało się znaleźć, ot choćby żeby zwiększyć ładunek dydaktyczny wypadu: 

 Ciekawostka nr 1 - wzgórze 503

 Kukułka szerokolistna (Dactylorhiza majalis) - storczyk szerokolistny 
dość nieczęsta roślina, coraz rzadziej spotykana.

 Orlica pospolita, orlica zgasiewka (Pteridium aquilinum (L.) Kuhn)
ta za to jest częsta, ale... bardzo fotogeniczna i warto ją znać. 

 Skała "Wieprzek"
Wychodnia piaskowca ciężkowickiego - dawniej mówiono tu o głazach narzutowych (eratykach lub  - co wolę za Staszicem - kamieniach runionych). Od lat wiadomo że to nieprawda.
Wszystkie skały i te w Ciężkowicach i te w okolicach Jamnej czy Bukowca to wychodnie skalne. 
Swoiste ostańce powstałe po tym jak bardziej podatne na erozje otoczenie uległo wymyciu i wywianiu. 
Charakterystyczne są dla nich spękania, szczeliny, dzwony itp efektowne dowody działania przepływającej wody, lodu i wiatrów. 

 Skrzek...
czyj?
no właśnie...
Pasuje mi do rzekotki drzewnej
ale
ale w okolicy widziadłem jedynie żaby trawne...
Jak by ktoś kumał... to ja się o wskazanie prawidłowego "adresu" na pewno nie obrażę...

A propos - od lat wałęsając się po Pogórzu dostrzegam żaby rozmnażające się w koleinach wygniecionych przez pojazdy! A to już nie jest fajnie, bo jak przejechał jeden to może i następny a wtedy... Co gorsza takie kałuże łatwo wysychają, nawet w głębi lasu i w tedy także...
Od lat prowadzi się akcje ochrony płazów podczas ich migracji, może warto by rozważyć konieczność tworzenia dla nich "naturalnych" miejsc do rozrodu np. w postaci sadzawek umieszczanych w okolicach ich siedlisk tak dobranych by były zasilane wodami podskórnymi?

 Diable Skały - Bukowiec. ten sam typ piaskowca - grube ziarna sklejone konglomeratem wapienno krzemionkowym. Co je tak wyrzeźbiło? 
Wiatr - były odsłonięte na długo nim wkroczyła tu roślinność drzewiasta podążająca za cofającym się lodowcem.
Woda - to pradolina rzeki Białej, która dziś jest nikła pozostałością tego co płynęło tu zaraz u końca epoki lodowcowej. swoje zrobiły też padające deszcze i lód. 
Rośliny - Piaskowce to skały osadowe, żyzne skały, szata roślinna ma się tu z czego tworzyć i jej korzenie (choć plechowce, żyjące najbliżej kamieni, korzeni nie mają... ale) kruszą skałę. 

Słynne "grzybie" kształty, to efekt podmywania przez przepływająca wodę po tym jak znaczna część skały już została odsłonięta.  Podobnie "dzwony" czy inne "niszowate" wytwory - powstawały gdy strumień wody napotkał wlepiony w piaskowiec kawał kamienia. Powoli ten okruch stawał się coraz luźniejszy aż w końcu całkiem uwalniał się z okowów skalnych i nie mogąc odpłynąć, wpadał w wibrację wewnątrz swojego "więzienia", do czasu... 
Do czasu aż został wypłukany lub rozkruszył się na mniejsze kawałki, które także zostały zabrane przez wodę.


Ważka,
Na moje oko Smaglec mniejszy, smaglec ogonokleszcz (Onychogomphus forcipatus).
Ale tu też mogę błądzić. 

 Parzydło leśne (Aruncus dioicus)
Jedne źródła podają że jest chroniona inne że nie jest, a jeszcze inne że częściowo - generalnie to mamy tu spory problem, bo roślinka (podobnie jak lepiężniki) upodobała sobie skraje lasu, czyli... nasze drogi, i jest nagminnie wykaszana, podczas prac konserwatorskich. 

  Lepiężnik różowy (Petasites hybridus).


Aktualnie czytam rewelacyjną książkę o ewolucji Homo Sapiens - jak skończę wrzucę moją recenzję. 

wtorek, 2 czerwca 2015

Jak TO robią biedronki

Pamiętacie te żarty z "uświadamiania" młodych ludzi co do spraw naszej seksualności? Te zachęty, by dzieci uczyć na przykładach, a to z piesków, a to z koników czy z.... biedronek właśnie. Pomijając cały absurd "uświadamiania"  (podejrzewam iż Australopiteków czy Neandertalczyków nikt nie uświadamiał, a jednak swoje geny do naszych czasów przekazali), to pragnę nadmienić iż oglądanie zbliżenia biedronek do łatwych nie należy, a same biedronki, także nie epatują nas tym widokiem natrętnie. Powiedzmy że owad taki jak kowal bezskrzydły jest znacznie łatwiejszy do dostrzeżenia.

- Zatem dzieciaczki drogie, na dzisiejszej lekcji będziemy mówili o tym jak TO robią biedroneczki...
- A prosę pana czy biedronecki robią to jak tata z mamą, cy jak mój starsy brat ze swojom dziewcynom, bo ja wsystko widziałam!
- Tak, ona wsystko widziała, i nam mówiła, prosę pana!
- A prosę pana, Tomak to ma nawet takie zdjęcia na telefonie, no pokaz panu, Tomek!
- Prose pana!!, a jak TO robią biedroneczki, bo jak to robią ludzie to my wszystko już wiemy...

i tyle w temacie "uświadamiania" ...

Zatem skoro nic do powiedzenia więcej nie jest wymagane, to zapraszam na poglądowy materiał fotograficzny.





W roli małżeńskiego łoża krzew rokitnika.

środa, 27 maja 2015

Strachy - problem nie taki błahy

Strach na wróble... tez kwestia! Już słyszę te żachnięcia. Tymczasem...
Tymczasem zajmują się nią uczone głowy i wcale nie jest to marnowanie czasu i pieniędzy podatników na badania w ostateczności i tak zasługujące na IGNobla.

Niedawno serwis Nauka w Polsce opublikował tekst właśnie a ich temat: "Strachy, czyli uroki wcale nie na wróble". 

Po pierwsze nazwa: "Strach na wróble" to powiedzmy nazwa gatunkowa, tymczasem każdy region dorobił sie nazw własnych, mamy przeto baboki (tak, tak - o nich śpiewa się piosenki i pisze książki dla dzieci), uroki lub kulawce (no to, to chyba od stania na jednej nodze?). 


Po drugie płeć - zdecydowana większość strachów na wróble to mężczyźni - choć sami przyznacie że imię babok, jakoś niespecjalnie do takich męskich strachów pasuje - no chyba że chodzi o posłankę ... nie, nie, strzeż się, tego ci napisać nie wolno... 


Po trzecie przeznaczenie: jak łatwo wykoncypować, wróbel jako gatunek synantropijny ludzi boi się nieszczególnie, przeto musza byc wymierzone w inne gatunki, przede wszystkim te ustawiane na polach odstraszać mają dziki i sarny, a te w ogródkach szpaki (średnio skuteczne). 


Odczyt na temat strachów wygłosiła pani mgr Grażyna Szelągowska z Muzeum Etnograficznego im. Marii Znamierowskiej-Prüfferowej, podczas Toruńskiego Festiwalu Nauki i Sztuki. 


 I jeśli ktoś nie był, ja nie bylem, to warto sobie przeczytać krótki tekst na ich temat, który zalinkowałem, a potem podczas przechadzek po okolicznych polach, lub ogródkach działkowych - patrzeć na strachy zgoła innym niż dotychczas okiem.

 Ps. wszystkie strachy to Tarnowianie.