Nie posiadam wykształcenia agrotechnicznego
- ergo czynności wykonywane przez grupę ludzi na
żonkilowym polu są dla mnie co najmniej tajemnicze.
Tak sobie roję, że to chyba zapylają kwiatuszki.
Pszczół jak na lekarstwo (za czasów NFZ),
pogoda raczej gorsza niż lepsza, w żadnym wypadku nie do oblotow,
zresztą w pobliżu ostatnie dwa ule które widziałem kilka lat temu rozpadły się w drzazgi.
czasami sobie marzę, że udało by mi się gdzieś tam pod górką, wydzierżawić kawałek gruntu i sobie pasiekę postawić...
ale to dopiero chyba na emeryturze, albo jak dzieciaki dorosną.
ps. jeśli ktoś wie co za zabiegi są tam przeprowadzane
jakoś tak było mi głupio włazić pośród nich z aparatem - nie mam w sobie tyle arogancji co Cejrowski)
i/lub wie że w żadnym wypadku nie jest to zapylanie to nich koniecznie napisze, bo ciekawość mnie zżera.