Otóż, dłuższy czas zbierałem pieczarki na "księżym polu" - znaczy na takim skrawku pola, łączki, nieużytku na którym w przyszłości stanąć ma nowy kościół. Póki co nie staje, więc łazi się tamtędy na skróty. A ja wyczaiłem że zagospodarowały się tam pieczarki - nie wiem jaki gatunek ale ludowo zwany podsadówkami, i wiele razy wracałem do domu z naręczem grzybków - w sam raz na zapiekankę. Niestety wszystko co piękne kiedyś się kończy i zostałem przyuważony, w efekcie wszystkie grzyby zbierają okoliczni mieszkańcy.
Jednak odkąd wprowadziliśmy się do domu z ogródkiem, nie ustaję w próbach zaszczepienia sobie w nim grzybów - mógł bym oczywiście kupić preparaty mikoryzowe, albo wręcz gotowe grzybnie i je rozsypać z trocinami (nie wiem jaki był by efekt, ale raczej niepewny), ale uparłem się zbierać grzyby w miejscach które czynią je niejadalnymi (pobocza ruchliwych ulic), albo robaczywe i rozrzucać je po działce w nadziei że zarodniki się przyjmą.
Jak do tej pory odnosiłem liczne acz połowiczne sukcesy... sporo grzybów mi się pojawiło, ale żaden z tych które "szczepiłem" (pieczarki, podgrzybki, borowiki, boczniaki).
Aż tu nagle trzy dni temu...
JEST!!!
Najprawdopodobniej przed Państwem:
Tadaaaaaammm!!!!!
Pieczarka łąkowa Agaricus campestris
I teraz tylko dwie kwestie...
1 - Co można zrobić z jednego owocnika....??? ;-( !
2 - Skąd się u licha wzięła akurat ta, skoro znosiłem miejskie (Agaricus bitorquis) i dwuzarodnikowe (Agaricus bisporus) - zwane także "sklepowymi?!!! ;-)