Samej akcji nie widziałem, usłyszałem tylko szumoterkot grubego krosowego bieżnika, wpierw po bruku, potem po asfalcie, a następnie ryk radości i jakieś słowa których nie zrozumiałem, ale odnosiły się do faktu że półgłówek w coś trafił. Zlekceważyłem zdarzenie, bo często widuję jak zjeżdżając z "Marcinki" rowerzyści celują np. w puszkę po piwie.
Dopiero w okolicach wiaduktu nad obwodnicą zobaczyłem Aurę trącająca coś nosem na asfalcie, podszedłem bliżej i już wiedziałem co oznaczał ten ryk kretyńskiej radości.
Debilkowatemu udało się trafić rowerem w młodego zaskrońca przemykającego ulicą. W tym miejscu asfalt ma szerokość na dwie ciężarówki, więc gnojek musiał faktycznie celować w węża.
Zaskrończyk miał tak 25 / 30cm długości, żaden wyczyn trafić i przejechać, każdy głupi by to umiał...
I w ten sposób herpetofauna okolic Góry Św. Marcina zubożyła się bezcelowo o jednego osobnika.
Próbowałem mu pomóc, podniosłem na tekturze z ulicy ale...Ślady kół trzy centymetry poniżej głowy i tuż przed ogonem nie dawały szans na przeżycie.
Ostatnie zdjęcie świadczy dobitnie - po żywym mucha nie ośmieliła by się tak dreptać.
Swoją drogą zdumiewa mnie to napięcie mięśni grzbietowych, po śmierci wąż wciąż unosi głowę.
Może wypatruje sprawcy? Ot tak, aby gdy tamten już w kalendarz się zawinie, w krainie wiecznych serpentyn, moc wziąć odwet?
Ps. Ta notka powinna się ukazać kilka miesięcy temu, ale czasu brakło, a potem zdjęcia gdzieś się w przepaściach twardego dysku zagubiły.