„Zasoby naturalne powinny być zużywane w taki sposób, by czerpanie natychmiastowych korzyści nie
pociągało za sobą negatywnych skutków dla istot
żywych, ludzi i zwierząt, dziś i jutro
”
papież Benedykt XVI

czwartek, 7 kwietnia 2011

Wczesna wiosna na Górze św. Marcina


Dziś już wszystko wygląda tam inaczej. Wczesna wiosna przeminęła, jest wiosna w pełni, ale warto powrócić do tych najpierwszych jej uśmiechów.
W tym roku śniegi zeszły znacznie przed okresem wegetacji, więc malowniczych zdjęć, z kwiatami przebijającymi białą pokrywę nie będzie.




złoć żółta (Gagea lutea)

Miejsce w którym rośnie ta roślinka, dziesięciolecia temu było ... bulą skoczni narciarskiej!
autentycznie! była taka w Tarnowie, był też wyciąg.
wyciąg był permanentnie rozszabrowywany, miasto raz łożyło na jego utrzymanie, innym razem nie, w końcu przestało wcale, jescze jakiś czas stał baraczek z napedem (teraz część parku linowego) i pachołek na górze, który służył za kołowrót dla wyciągu, potem i on zniknął - pewnie wylądował w skupie złomu ... może to i lepiej? .
A skocznia? Pamiętam jedynie drewnianą konstrukcję, niszczejącą, na którą trzeba się było spinać po butwiejących deskach.
Pewnego roku znikła całkiem, jedni mówili że się zawaliła, inni że ...
jakiś amator sportów ekstremalnych skoczył zeń ... na sankach.



zawilec gajowy (Anemone nemorosa)
Jeszcze bardzo nieśmiały



I jeszcze ogólny widok na piękną buczynę.
po lewej stronie kapliczka, a całość to założenie jeszcze średniowieczne, tam w dół taki prowadzi trakt, za moimi plecami są w ziemi relikty przed średniowiecznych grodzisk, w tym jednego naprawdę dużego, tędy schodzili w kierunku północnym,, potem tymi samymi ścieżkami chadzali wojowie z zamku i płoche dziewczęta, które zawsze się w okolicy zamku kręcą.




na moim blogu podróżniczym nowy post z serii Go to Hel

wtorek, 5 kwietnia 2011

czarne maczugi


kolejne ze znalezisk 'spacerowych" zapuściłem się z Aurą na tereny nie tyle dzikie co zdziczałe, i to zdziczałe za pośrednictwem człowieka, odgrodzone "od cywilizacji" siatką parku linowego, z mnóstwem wiatrołomów i wyrzuconych przez budowniczych parku resztek niewykorzystanego drewna. Słowem raj dla grzybów.

Nie miałem jednak czasu na dogłębna eksplorację terenu, tym bardziej że wypatrzywszy coś co wydawało się być którąś z pępóweczek, w sekundę po wyjęciu aparatu, na tym samym miejscu zobaczyłem rozwaloną Aurę pozującą do plenerowego zdjęcia, z grzybka nie pozostało nic co nadawało by się do identyfikacji bez użycia mikroskopu.
Za to moim oczom ukazała się kłoda pokryta wieloma maczugowatymi owocnikami.

Nie podejmuje się oznaczać takich znalezisk, po prostu brak mi na to wiedzy, posiłkuje się za to bioforum i proszę odpowiedź udzielił mi jak zawsze niezawodny
Piotr Grzegorzek
Pozwolę sobie ją tu przytoczyć w całości

"Próchnilec maczugowaty - Xylaria polymorpha na 80%. Druga możliwość to Xylaria longipes. Różnią się między innymi wielkością zarodników".


przy czym
"polymorpha" wygląda tak
a "longipes" - tak

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Anus externa


Szła banda "młodych, wykształconych z dużego (stosunkowo) miasta"...
szła i dumała o swoim bezsensownym życiu, braku perspektyw i w ogóle że piwo było za ciepłe a laski za zimne.
Zamiast jednak rozwiązać swój problem poprzez skok "na banię" z wiaduktu wiodącego nad obwodnicą, po drodze niszczyli wszystko co im wpadło pod buty: ławeczki, znaki drogowe, krzewy, drzewa i ... grzyby.

właśnie na jednym z takich odłupanych owocników dostrzegłem coś ciekawego.


Co to za grzyb? nie mam pewności, stawiam na lakownicę (Ganoderma applanatum)
tym bardziej że na bioforum nie wyprowadzono mnie z błędu, więc chyba w nim nie tkwiłem.

Zobaczyłem coś, co na moje oko wyglądało jak anus externa czyli ... odbyt obcego (wybaczcie)

zapewne miłośnicy kina SF się zgodzą, że skojarzenia miałem jak najbardziej gigerowskie
(H R Giger - twórca postaci i scenografii do Obcego ósmego pasażera Nostromo)

w zbliżeniu wygląda jeszcze bardziej ... obco.

A tak naprawdę?
naprawdę jak mnie poinformował Piotr Grzegorzek na Bioforum
najprawdopodobniej jest to reakcja grzyba na owady które w nim żerują.
Czy ja wiem, czy nie jest to ciekawsza i ważniejsza wiedza, od tej obcologicznej?

Z drugiej strony, gdyby jakiś Alien zechciał zrozumieć męki owych "młodych wykształconych" i położyć im kres, to ja ze swojej strony byłbym mu wyłącznie wdzięczny.

czwartek, 31 marca 2011

Rogacz i jego harem

Wracałem ze spaceru z psem. Północne stoki góry Św.Marcina dopiero nieśmiało budziły się ze snu zimowego.
jakieś mało chętne zawilce gajowe, dopiero dawały złudzenie że zakwitają, skoro się zielenią nawet pochwalić nie chciały, Złoć (jak sama nazwa wskazuje) żółta dopiero wypuściła kilka listków, niczym zwiadowców lub ... straceńców (a może to na jedno wychodzi?) . Trawa jedynie zieleniła się wokół zbiorników z wodą. Teren pielęgnowany, czyszczony i ... ogrodzony! świetne miejsce dla...

kątem oka dostrzegłem ruch i coś białego mignęło mi pomiędzy krzewami


Odbiegło na bezpieczną odległość i "schowało" się za drzewami - z punktu widzenia zwierzyny logiczna taktyka (nie biorąca wszakże poprawki na cwaniaczków z dwururkami) pozwalająca na zachowanie dystansu i pola obserwacji, które gwarantują jej czas na ucieczkę.


Ale wpierw na zaspokojenie ciekawości - co to za cudak tak przy siatce się gimnastykuje?

Niedługo sorek zrzuci poroże, kręcę się w pobliżu, może uda się znaleźć?


A to tak dla uśmiechu - dziełko nie moje, ale w pobliżu
wesoły troll


wtorek, 29 marca 2011

wystarczyła by mała chwilka i nie było by wilka...




Konkretnie mówiąc to mnie by nie było....
a było to tak.

Wybrałem się na spacer z psem północnymi stokami Góry św. Marcina, wzdłuż obwodnicy, ale w bezpiecznej (cichej) od niej odległości.

Po drodze fotografowałem różne takie ciekawostki


Pęknięcie kory i mchy


kwitnący podbiał


Drzewo jak ze "strrraszszsznyyych" filmów dla dzieci - takie co to konarami łapie niegrzecznych, chłoszcze tyłki i w ogóle zniechęca do oddalania się spod opieki dorosłych - nie wiem jak was, ale mnie to one nigdy nie straszyły...


a potem kanałem i już na "swoja" stronę obwodnicy

I tu się zaczęło.

Ponieważ zbliżał się termin w którym płazy zaczną wyłazić ze swych zimowisk, postanowiłem wydeptać sobie w szuwarach ścieżkę do wody, aby móc je obserwować, fotografować, miałem też nadzieję że pojawią się tam traszki, które niegdyś licznie na tych terenach występowały i sam w dzieciństwie często je łapałem ...
Raz przyniosłem do domu żeby pokazać mamie.
Nie spotkało się moje zwierzątko z należnymi mu zachwytami więc na drugi dzień przed szkołą odniosłem je na miejsce. Przygotowane terrarium miałem zamiar posprzątać i wynieść do piwnicy po powrocie.
Gdy wróciłem - mama kucała na stole, wniebogłosy krzycząc abym "znalazł to paskudztwo i wyrzucił, bo się rozlazło, i ona to mówiła, że ono się rozlezie po całym domu" ...

No więc spodziewam się że w tym zbiorniku traszki znajdę.

Gumowe buty i stare ciuchy dodały mi animuszu w wydeptywaniu, w końcu co się stać może, najwyżej się pochlapię błotem lub obiorę w strzępy nadbrzeżnych zarośli?

Otóż stać się mogło !

Bo to tereny dawnej cegielni były, czyli wydeptywałem brzeg, nie kałuży czy rozlewiska ale ... glinianki!
A glinianka tym się charakteryzuje że ... od razu robi się głęboko!

i się zrobiło!

Bardzo !

Gdybym popatrzył jak gwałtownie obniża się wysokość kłosów sitowia, to bym zorientował się że już nie stąpam po wypłaszczonym brzegu ale po lodzie, tyle że pokrytym grubą warstwą uschniętych łodyg i liści.

Nagle PLUM!
Rozrzucona podświadomie ręce palcami (potem bolały mnie połamane paznokcie jeszcze klika dni) kotwiczą się w lodzie. reszta po pachy tkwi pod wodą (co ciekawsze wcale nie czułem zimna!), nogi nie mają oparcia, pod stopami miękkie kłębowisko butwiejących zatopionych roślin ale .... na tym się stanąć nie da!
Pod woda jest wszystko i komórka w kieszeni spodni i ... aparat fotograficzny w plecaku. I tak mam szczęście że kurtka z goretexu i plecak (deszczo odporny) przez chwilę, w najgorszym momencie dały mi jakąś siłę wyporu, dzięki czemu nie zapadłem się całkiem.
Powtarzam sobie zupełnie durnie bo po angielsku "do not panic" ! Ale widać pomogło, zamiast się szamotać, tkwię w położeniu które wprawdzie nie poprawia ale tez i nie pogarsza mojej sytuacji.
lód jest kruchy ale wzmacniają go wmarznięte weń rośliny, czyli nie załamuje się ale ugina pod ciężarem mojego ciała - Aura biega koło, nie mogąc mi pomóc.
Sam pomocy nie wołam, bo to bez sensu, w pobliżu obwodnica, sam jej hałas zagłuszy moje krzyki, a do najbliższych domów kawałek drogi.

teraz już uważnie obserwuje w która stronę się kierować. Wnioskując z wysokości nadbrzeżnych traw, wnosze że nieco w bok od kierunku z którego przyszedłem, to najkrótsza droga do brzegu, najkrótsza nie oznacza najlepszej ale żadnego innego kryterium wyboru nie miałem.

Obracam się przerzucając ręce wokół przerębli którą otworzyłem.
teraz modlitwa bo nic innego nie pozostało i ... w drogę.
Wyrzucam przed siebie prawą rękę, wpijam paznokcie w lód, potem lewą, możliwie szeroko i wciągam się przed siebie. Tafla pęka, zanurza się, kompletnie bezsensownie martwię się o sprzęt foto...
Lód się zapadł, znów wiszę na rękach ale ... pół metra bliżej brzegu!
powtarzam operację, raz, drugi, trzeci, po drodze co i raz muszę torować sobie drogę przez utopione połamane gałęzie zawleczone tu wiatrem.
jedną rękę wtedy pozostawiam na lodzie jako kotwicę, a drugą zanurzam do wody i łamię lub podpycham pod nogi to co przeszkadza mi w dalszym posuwaniu się do przodu.

Wreszcie pod nogami czuję dno, muliste grzęzawisko, na którym nie odważam się stanąć, ale które dodaje mi otuchy. Jeszcze kilka wyrzutów ramion i ... szuwary znów mają trzy i więcej metra wysokości! Jestem na brzegu.
Pełzając na czworakach w zmarzniętym błocku wyśpiewuję pewny pod adresem Bogi i mojego Anioła Stróża, który kolejny raz okazał się nielichym rutyniarzem ;-)


To na zdjęciu to ślad mojego przejścia ... z wody.

Ociekając wodą, mułem, błotem, oblepiony resztami roślinności, ponad kilometr zasuwam do domu, wzbudzając po drodze powszechne zdumienie...
i tak całe szczęście że znam skrót. Bo "za drogą" to było by dziwowisko na całą dzielnicę!
w domu jestem tuż przed pierwsza po południu, szubko się rozbieram, wskakuje pod gorący (po lodowatej kąpieli, każdy jeden wydaje się gorący) prysznic, ubieram w suche czyste (w miarę) ciuchy. Te które miałem na sobie rozwieszam na ogrodzeniu i płukam wodą ze szlaucha (bo do pralki takiego syfu przecież nie wsadzę).
Jeszcze tylko ugotować obiad - zjeść i ... muszę iść do pracy.
Ależ to rozkosz ubrać ciepłe, rozchodzone, tak przyjazne i miłe buty trekkingowe!
dopiero w pracy opuszcza mnie adrenalina. Dwa papierosy jeden po drugim pozwalają mi pozbyć się natrętnych myśli, co by było gdybym zrobił krok dalej, tam gdzie lód nie był już wzmocniony roślinnością?

Bałem się zapalenia płuc - nie dostałem nawet kataru
Bałem się o sprzęt - komórka i aparat odzyskały życie po kilku dniach leżenia w stanie rozkręconym na kaloryferze.
Tym samym wystawiam laurkę pochwalną firmom LG (komórka) i Fuji (aparat)
stworzyliście państwo ŚWIETNY SPRZĘT!

poniedziałek, 14 marca 2011

Polowanie na myśliwego


"wszyscy leżymy w rynsztoku
ale
niektórzy z nas patrzą w gwiazdy"
Oscar Wilde

Autor "Portretu Doriana Graya" i "de profundis" zwany przez swoich współczesnych
Lordem Paradox'em
jak zwykle trafił w sedno.

Orion zawsze był moim ulubionym gwiazdozbiorem, pierwszym którego nauczyłem się rozpoznawać. To wobec niego określam położenie innych.
Wiele razy polowałem na niego z aparatem -
każdorazowo bezskutecznie.

Wcale nie jest łatwo utrafić ze zwykłej hybrydy gwiazdy - raz że celuje się "na ślepo" w określony obszar nieba a nie w konkretny obiekt, to jeszcze trzeba dobrze dobrać czas - automat wysiada, dobierze sobie poblask gdzieś z ziemi - i ustawić ostrość.

Ogniskowałem "na maxa", czas ustawiłem też "na maxa" - czyli 3"
Za statyw posłużył mi słup sieci energetycznej, któremu akurat "dziury" ustawiły się w jednej linii z gwiazdami ...
i wyszło jak poniżej
wiele bym dał (gdybym miał) za sprzęt o lepszych parametrach.
jaśniejszym obiektywie, dłuższych czasach naświetlania itp.
albo za statyw z pozycjonerem ... bajer prawda?

ale nie mam, i wyszło jak wyszło - w sumie to nawet zadowolony jestem.



Oznaczając gwiazdy posiłkowałem się programem Stellarium

podobnie jak "wizualizując" gwiazdozbiory
Celowo nie zamieściłem całego zrzutu a jedynie fragment zbliżony do wycinka nieba z fotografii, aby zaostrzyć apetyty na całość programu.
To darmówka ściągnięta z sieci, intuicyjna, leka, o świetnych (dla amatora) możliwościach - choćby zmiany daty, czasu, kontu patrzenia oraz - zdefiniowania położenia obserwatora)

Ja gorąco polecam
Stellarium strona domowa

Patrzmy w gwiazdy, choćby po to by nie musieć patrzeć na naszych towarzyszy z rynsztoka.

czwartek, 10 marca 2011

Patrol przy obwodnicy


Jeden z moich ulubionych szlaków przeganiania psa.
Tereny zdziczałe, odkąd nitka obwodnicy odcięła je od miasta,
nie ma tu spacerowiczów, straży miejskiej i innych nieproszonych istot, które utrudniały by mi wariackie zabawy z psem.
A i Aura lubi te tereny szalenie i zazwyczaj wpada tu w euforię, goniąc wkoło z radosnym ujadaniem.
Przykucnięta, wyciągnięta w cwale z ogonem wyprostowanym w kierunku ziemi, sadzi ogromne susy miedzy kępami stepowych traw, resztkami sadu owocowego i samosiejek.
Nie ma tu też dzikiej zwierzyny (o tej porze dnia) więc nikomu nie zrobi krzywdy, ani nawet niem postraszy.




Ot i owe resztki sadu z "drabiną jakubową",
ciekawe czy jakiś Sanderus połakomi się na jej szczeble ? ;-)



a tuż przy samej obwodnicy, uschłe drzewo, malowniczo dekorowane hubiakami (Fomes fomentarius (L.) J. Kickx f.) ... najprawdopodobniej - ewentualne wątpliwości proszę zgłaszać, zostaną uwzględnione.


Jak już pisałem na tym blogu nie raz,
obwodnica Tarnowa, jest dziełem ludzi o niskiej wyobraźni i
bardzo niskiej świadomości przyrodniczej.
no zabrakło "tfurcom" myśli, by zrobić przełazy dla zwierzyny,
ewentualnie ubzdurało się że zwierzyna "do miasta" chodzić nie będzie.
A zwierzyna i tak przełazi, tyle że często ryzykuje, próbując przebiec przez jezdnię, co przy szybkościach tam rozwijanych stanowi dla niej śmiertelne zagrożenie (o tym też pisałem).
z radością więc dostrzegłem, że sarny okazały się mądrzejsze od projektantów drogi i ...
wykorzystują przepusty wodne, którymi odprowadzane są opady i topniejące śniegi z północnych zboczy góry Św. Marcina.

prawdę powiedziawszy ja także je od dawna wykorzystuje, nie bardzo wiedząc czemu mam nadkładać kilometrów tylko dlatego że jakiemuś "szkolonemu" zabrakło wyobraźni.



Kanał jest stosunkowo obszerny,
lekko pochylony z łatwością pokonuje te kilkadziesiąt metrów.
U wylotu mnóstwo śladów wskazuje na mądrość jeleniowatych.

Aura
Nie była by sobą, gdyby nie odezwały się w niej atawistyczne ciągoty.
nie wiem skąd, ale dorwała skrzydło padłego gawrona i jęła opychać się padliną.
Ilość pokarmu jaki jest w stanie w siebie upchać ten pies wydaje się nieograniczona.
Zresztą, tu chyba nie chodzi o głód, bo nawet przekąski firmy pedigree nie są dla niej na tyle atrakcyjne (a noszę je przy sobie) aby skłonić ją do porzucenia "zdobyczy".
na szczęście czuje respekt, więc okrzyczana nie ucieka (zatem nie muszę wariacko ganiać za nią z kijem, bądź ciskać kamieniami w bezsilnej rozpaczy - jak to często obserwuję u innych spacerujących z psami w podobnych okolicznościach), przywiera do ziemi, kurczowo zaciskając szczęki.



spokojnie podchodzę, delikatnie palcami rozwieram jej pysk, żeby nie spowodować ran ani nie uszkodzić zębów, wyrzucam padlinę hen, psa biorę na smycz i ... częstuję przekąską.
Ciekawe co sobie wówczas myśli...
"Podły Pan, sam później zje to smakowite skrzydełko, a mi daje jakieś suszone przemysłowe świństwo w zamian..." ;-)
Posted by Picasa

wtorek, 8 marca 2011

kto rano wstaje ...

Poranny spacer.
10 kilometrów do przejścia.
kijki
i aż godzina dwadzieścia minut czasu.

Na samo przejście w sumie w sam raz, ale z fotografowaniem ...
pod koniec trasy musiałem już silnie naciskać, żeby nie spóźnić się do pracy.

Trasa, bardzo peryferyjna - rampa kolejowa, stara kolejowa rampa wojskowa, wokół Zakładów Mechanicznych, przez most kolejowy, a jakże ... wszystko po kolei - (choć w zasadzie za rządów Grabarczyka można by mówić PO kolei) , potem wałem, przez ogródki działkowe i już Mościce, między blokami, do Chemicznej i wreszcie na miejscu.

Jak wychodziłem było jeszcze szaro - dla tego nie mam zdjęć z wcześniejszych przejść - bo nie bardzo było co robić ... mrok.
Słońce pokazało się mniej więcej w połowie szlaku, czyli gdy byłem w okolicach mostu kolejowego nad Białą ... tak celowałem.

Zakole Białej, powstałe w ubiegłym roku podczas powodzi, na szczęście w tym miejscu do zabudowań jest spory szmat placu, więc woda szkód większych nie wyrządziła, ale wcześniej w okolicach Krakowskiej, już napędziła stracha, salon samochodowy i market spożywczy sporo by ucierpiały. w kazdym razie zeszłej przedwiosny w tym miejscu rzeka była prosta.


No i doczekałem się (tak wiem zdania nie zaczyna się od "no i" ani od "ino" ... ino co z tego?) .
Słoneczko wstaje tak jak zaplanowałem ... myk polega na tym że wstaje o pięć minut za późno, więc do pracy pójdę potem prawie biegiem. A tu jeszcze trzeba do kiosku po sobotnią "Rzepę" wskoczyć i organizm wściekle domaga się dużej ilości łatwo przyswajalnych kalorii.


Kilka minut później jestem już na wysokości "pleców" Zakładów Mechanicznych, to ostatnie zdjęcia, aparat ląduje w plecaku a ja podkręcam tempo.

Obserwacje przyrodnicze takie sobie - gawrony, sikory, kosy i drozdy. słyszałem bażanta, widziałem tropy zajęcy i lisów...

W pracy jestem "na styk".


środa, 2 marca 2011

Dziki miot

Oszczeniła się suka...
Jóż jakiś czas temu, nikt o tym nie wiedział, póki psiaki nie zaczęły wyłazić z legowiska.
"o głupi kundlu, gdybyś w norze siedział
nigdy by się o tobie makro nie dowiedział"
(Mam cichą nadzieje że Mickiewicz nie naśle na mnie z zaświatów ducha Towiańskiego w ramach zemsty za denną trawestację...)

No więc się oszczeniła, miejsce znalazła wymarzone, Pod kolektorami z para technologiczną, wprawdzie ciśnienia w rurach są spore (9, 17 i okresowo 40 atmosfer) ale nie zagrażają one psom bezpośrednio, za to mają ciepło i miękką wysuszona ziemię w której łatwo jest wygrzebać norę.
nawet w najsroższą zimę, temperatura spada tam zaledwie do poziomu kilku stopni poniżej zera - co oczywiście świadczy o wykonawcach tych kolektorów i pośrednio o "gospodarskim" myśleniu administrujących nimi ludzi - ale to już mniejsza.




Psiaki mają tam świetne miejsce...

Ale dobro psiaków to nie wszystko.
jeszcze na jesieni ma tych terenach sporo było lisów, zajęcy i bażantów. Tudzież mnóstwo wszelkiej maści myszowatych oraz kuny.
w tej chwili bażanta, lisa czy zająca nie uświadczysz.
maleństwa pewnie na łowy nie ruszają, ale wydeptany śnieg dobitnie świadczy o zasięgu ich oddziaływania - prawdopodobnie polowała suka.

Będzie źle jak małe dorosną i zaczną się kręcić bliżej ludzi, suka jest zbiegiem z pobliskiego gospodarstwa ale szczeniaki to "dzikusy", znając przedstawicieli mojego gatunku, najprawdopodobniej zaczną walić w nie kamieniami,. posądzając o zamiary zagryzienia i wściekliznę.

Cóż robić, powiadomiłem już tarnowski oddział
Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami.

Ps. tego czarnucha to sam bym chętnie zaadoptował ... cóż aura miała by mi to za złe, a i Marzenka pewnie by nie pochwaliła. w schronisku będą miały szanse na znalezienie domu.

wtorek, 22 lutego 2011

Hipoteza Gaji

Jest rok 1987
Brytyjczyk, pracownik NASA James Lovelock
publikuje Hipotezę Gai - nazwę zaczerpnął z mitologi greckiej w której Gaja był uosobieniem Matki Ziemi.
Postulowane przezeń myślenie, sprowadza się do poglądu, iż życie na ziemi, we wszystkich swych przejawach dąży do zachowania na naszej planeci optymalnych warunków dla siebie.
mówiąc prościej - Gaja żyje i tak powoduje żyjącymi stworzeniami od pierwotniaka pantofelka do Baracka Obamy (nawet) aby swymi poczynaniami czynili ją jeszcze piękniejszą, jeszcze bardziej zdatną do życia.

Nie będę ukrywał iż jest to hipoteza przemawiająca do mnie najcelniej.

opowieść która przedstawię poniżej narodziła się w toku dyskusji na jednym z zaprzyjaźnionych blogów

El - do - Rado

ale snujmy naszą opowieść.

Dawno
Dawno
temu
w naszej
galaktyce


Była sobie planeta, niezbyt wielka, nie całkiem mała.
Planeta była niebiesko zielona, i choć nie jest to najgustowniejsze zestawienie kolorów
to jednak podobała się sobie.
Była wspaniałą cieplarnią, bańką życia w bezdennej pustce kosmosu.

Bogata w Dwutlenek węgla atmosfera chroniła żyjące na niej stworzenia, przed chłodem, dostarczała roślinom pożywienia i zatrzymywała wodę tak aby nigdy nie cierpiały z pragnienia.

Gaja była szczęśliwą planetą.

Ale była też młodziutka, nierozważna, z zapałem trwoniła dobra którymi obdarzył ja wybuch Supernowej sprzed miliardów lat.

Nie zważała na to że pokolenia żyjących na niej organizmów, nie oddają powierzonego im depozytu. oddychają, chłoną cenny dwutlenek węgla i umierają robiąc miejsce następcom.
Ale umierając opadają w głębiny oceanów, lub przysypywane są tonami mułu i piachu,
niesinymi przez rzeki nawadniające ziemie.
Gaja była bogatą panną, furda dla niej taka rozrzutność. Cieszyły ją narastające pokłady szkielecików, z których mogła tworzyć cudowne architektury gór wapiennych.
A że z ciał trylionów stworzeń wytwarzała się ropa naftowa i gaz? To i cóż?
Spoczywały gdzieś w głębinach skorupy, nikomu nie szkodząc...
na razie!

Planeta cieszyła się też z koryt i delt rzecznych, z obszarów namorzynowych i podmokłych bagnisk. Cieszyła się widząc drzewa o przekroju wielu metrów i pędy paprotników o powierzchniach liczonych w metrach kwadratowych.
Cóż że waliły się w wodę, cóż że ta woda i muł odcinały dopływ tlenu, że umarłe rośliny nie butwiały?
Ziemia była bogatą planetą.
Na razie!

Ale przyszły wielkie wymierania. Starczyło że słońce, wielki brat Gai nieco zmieniło swoją aktywność.
Te wspaniałe zwierzęta, te bujne rośliny ginęły, znikały gatunki i całe rodzaje, odchodziły w pamięć skamienielin.
Bogactwo dwutlenku węgla uwiezione zostało w skale.
A Gaja nic na to nie mogła poradzić.
Ochronna warstwa dwutlenku węgla, stała się cienka, nie chroniła już przed nadmiarem słońca, nie zatrzymywała przy powierzchni ciepła, nie gwarantowała obfitych i częstych deszczy.
Gaja zaczynała marznąć!


Po wielokroć jej skronie przykrywała warstwa siwizny, na krótko zmniejszana wybłaganymi u brata wzrostami aktywności słonecznej.
Lody skuwały coraz to większe połacie, gniotąc bezlitośnie ciało Ziemi, zamrażając oceany, zabierając z powietrza bezcenną wodę, odrzucając na powrót w kosmos promieniowanie cieplne podarowane Gai przez jej brata.

Postarzała Planeta ze smutkiem patrzyła na lichą przetrzebiona szatę roślinną która jej jeszcze pozostała, z żalem oglądała ostatnich przedstawicieli wymierających gatunków zwierząt.

Cóż mogła uczynić?
Proces zlodowacenia zdawał się być nieodwracalny.
wkrótce lody miały pokryć Ziemię aż do równika, wszelkie życie oparte o fotosyntezę przestało by istnieć, przetrwały by wyłącznie eksperymentalne hodowle organizmów żyjących w głębinach oceanów dzięki chemosyntezie.
Była zrozpaczona.
minie miliard lat, nim pokłady węgla wypiętrzą się na tyle by podpalić je piorunem.
trzeba setek milionów, nim pod pokładami ropy naftowej i węgla utworzą się szczeliny tektoniczne, dzięki którym będzie je można wyrzucić znów do atmosfery przy pomocy wulkanu.
Wszystko wydawało się beznadziejne

I wtedy wzrok jej padł na pewien organizm, ani piękny, ani mądry, ani dostojny. w zasadzie organizm który biorąc pod uwagę swoją komiczną nieporadność i brak przystosowania do czegokolwiek poza lenistwem nie powinien był przetrwać ... Ale trwał!

Gaja postanowiła dać mu szansę.
A on ją wykorzystał!
W ciągu setki tysiąca lat z padlinożernego zbieracza resztek, przekształcił się w konstruktora, zdobywcę, eksploratora i eksploatatora.

Wiedziony lenistwem zapragnał wykorzystać dla swoich celów siłę innych mniej inteligentnych istot, Ale i tego było mu mało. Do pracy zaprzągł siły tkwiące w ogniu i parze.
dopiero teraz poczuł prawdziwą moc, zrozumiał że kształtować może oblicze całej planety.
W poszukiwaniu energii zapuścił się kilometry pod powierzchnię Ziemi, wywiercił (niczym dentysta w bolącym zębie) kanały którymi uwolnił doskwierająca Gai ropę.



Do atmosfery znów powrócił upragniony przez rośliny dwutlenek węgla,
zrobiło się ciepło.
Rośliny rozpoczęły bujniejszą wegetację, z radością asymilując przywrócony im gaz.
asymilując odparowywały wodę, miliardy ton rozpoczęły cyrkulację nawadniając pustynne dotąd obszary.
Pod osłoną CO2 znikły czapy siwizny, podniósł się poziom wód, gwałtownemu rozwojowi egzystencji roślinnej, towarzyszył też gwałtowny rozwój życia zwierzęcego.
W pospiesznym tempie Gaja powoływała do życia nowe gatunki, które zasiedlały powstające nisze ekologiczne.

I żyli długo i szczęśliwie...
I ja tam byłem miód i wino piłem...
Happy End

Ps.
I wszystko w zasadzie było by OK, gdyby człowiek, bo to on jest tą karykaturą małpy, nie wynalazł z nudów dwóch podgatunków - Homo Politicus i Homo Ekohistericus
które to dwie karykatury człowieka - który sam jest karykaturą małpy - robią wszystko aby zniweczyć wysiłek pokoleń.

środa, 16 lutego 2011

Kiełkują mi




Powoli zaczynam organizować sobie przydomowy ogród.
jeszcze nieśmiało, bo czeka nas ocieplanie i tynkowanie i robienie nawierzchni
... ale powolutku już coś sobie do posadzenia szykuję.

Mahonię pospolitą "ukradłem" babci
zeszłego roku, zrobiłem odkład jednej z gałęzi,
jesienią dostrzegłem że puściła korzenie,
więc urwałem go i przeniosłem do siebie.

Mahonia pospolita, mahonia ostrolistna,
ościał pospolity (Mahonia aquifolium (Pursh) Nutt.)

Zimowała w piwnicy, w dobrze nasłonecznionym miejscu,
bez przesady ciepłym, ale i bez mrozu.
wkrótce po przeniesieniu uschły jej wszystkie liście i zamarł spory kawałek pędu.
Ale w połowie stycznia dostrzegłem maleńkie zieleniące się plamki na dwu końcach tego co zostało w ziemi.
Dziś to już wyraźne krzepkie kiełki, których na razie nie rozdzielam.
powędrowały do osobnej doniczki, i wraz z ustąpieniem lutowych mrozów
wyniosę je na pole (do niewtajemniczonych - dla Galicjusza "pole" to tyle co dla Kongresowiaka, czy Poznaniaka "dwór").

po skończonych robotach, znajdę dla niej miejsce już na stałe.

Nieco inaczej jest z drugim kiełkiem.
Sam nie wiem czy to
Oliwnik wąskolistny, czy może ... magnolia?
No nie wiem,,bo do jednej skrzyneczki wsadziłem pozyskane na drodze zbieractwa
(przecież mówiłem że koczownik ze mnie i zbieractwo jest tym zajęciem, które poza koczowianiem lubię najbardziej ;-) )

Osobiście stawiam na Oliwnika.
choć i oliwnik i magnolia są dwuliścienne, a tylko tę cechę póki co udało mi się zaobserwować.

Nawet nie wiedziałem że rośnie u mnie w pobliżu,
dopiero kolega zainteresowany pozyskiwaniem wszelakich roślin miododajnych
(ma pasiekę i naprawdę pierwszorzędny miód)
wypatrzył go kiedyś z autobusu.

Jesienią poszliśmy tam z Aurą i nazbierałem całą kieszeń nasion.
większość trafiła do Aleksandra (tako zowie się ów pszczelarz znakomity)
ale kilka zostawiłem sobie.

także w połowie stycznia ... coś się zazieleniło
i pojawił się on.

Oliwnik wąskolistny (syn. oliwnik zwyczajny) Elaeagnus angustifolia L

Prawdopodobnie w tej samej skrzyneczce wraz z wzrastająca długością dnia, zaczną pojawiać się nowe kiełki - ale ten zawsze będzie pierwszy.

Ps - gdyby się okazało że to jednak magnolia ... nie omieszkam poinformować

środa, 9 lutego 2011

rozmarznięty

Znaczy jeszcze zima, ale już nawet przenikliwie zimny wiatr,
podczas wieczornego papierosa na werandzie
- taki głupi zwyczaj, palenie rzuciłem
tylko tego jednego jedynego wieczorem przed snem
nie umiem sobie odmówić
- nie jest taki zimny i przenikliwy jak dwa miesiące temu.
Sporo w tym fizjologii - organizm się przystosował - co ciekawe
mimo takich postępów w wiedzy medycznej,
wciąż mechanizm aklimatyzacji nie jest do końca poznany.


czy ten okaz mniszka ma jakieś szczególne
przystosowanie fizjologiczne?
pewnie tak!
W końcu albo rozmarzł po zasypaniu śniegiem,
(choć przechodziłem tamtędy, gdy nie było śniegu
i nie pamiętam bym go wcześniej widział),
albo tak szybko się rozwinął
wykorzystując kilka dni ciepła.

Tak czy owak ciekawy przypadek.
Przypatrzę mu się dziś.

Świerszcz dla Nikodema

Jak obiecałem Nikodemie.
Po prawdzie w tle słychać zarówno buczenie aparatury energetycznej - (stosowne badania wykazały iż żadnego pola elektromagnetycznego tam nie ma i w ogóle jest to krynica zdrowia, na pytanie czemu zatem kasują się dyskietki, przenoszone w kieszeniach koszul, czy fartuchów "badacze" stwierdzili że zapewne są "złej jakości" i same się kasują...)

Poza tym słychać rozmowy moich kolegów.
ale za to świerszcz dał koncert jak się patrzy.

zwłaszcza druga cześć nagrania to prawdziwy owadzi Heavy Metal

Niestety blogger nie obsługuje plików audio a AVI ma 75 MB (choć jest całkiem czarny bo nagrywałem nie zdejmując osłony z obiektywu).

no to posłuchajmy


Tak na moje ucho słuchaliśmy

Świerszcza domowego (Acheta domesticus Linnaeus, 1758)

ale całkiem spokojnie mogę się mylić

Ps. nie wiem jak zrobić żeby grało na tej stronie, bez przerzucanie nas do Wrzuty - jak ktoś wie...niech powie.

wtorek, 8 lutego 2011

Szron

Dni są ciepłe, celowo nie pisze "już", bo by to sugerowało że nadchodzi wiosna - jeszcze nie nadchodzi.
Po prostu dni są ciepłe i tyle, takie ruchy mas powietrza.
Ale rankiem świat obsypany jest miliardami kryształków szronu.




Lubi e oglądać szron z bliska, zapominam wtedy o przenikliwie "rześkim" powietrzu.
Celowo nie ubieram się cieplej, za kilkadziesiąt minut słońce stopi szron, ogrzeje ziemie i mnie.
Po co mam się wtedy przegrzewać?
Cieszmy się szronem, niedługo już zniknie na wiele miesięcy.





wtorek, 25 stycznia 2011

Pielgrzym

Pielgrzym stanął tu w 1984 roku...
i stoi...twarda sztuka, ani drgnie.
choć ten pielgrzym spod św. Krzyża,
to się ponoć przemieszcza
w kierunku szczytu,
a jak się przemieści, to się ziści koniec świata.
jakiś czas temu harcerskie Czarne Stopy
obwiązały go linami, coby koniec świata powstrzymać.
Dziś już o linach nikt pod Św. Krzyżem nie pamięta.
Powieści Szmaglewskiej to zamierzchłe dziwactwa
dla wychowanych przy pomocy SMSów debili zwanych "młodzieżą".

Za to Tarnowskiego Pielgrzyma mocować linami nie trzeba - zabetonowano go na amen.
Choć mamy tu w Tarnowie fajną drużynę harcerską i w razie czego, można na nich liczyć nie mniej niż na Czarne Stopy.
Pielgrzym na szczyt nie dojdzie.


Stoi sobie zawzięcie na przecięciu południka 210 E z równoleżnikiem 500 N
przywieziony tu z nieodległej Poręby Radlnej a wcześniej przywleczony przez lodowiec ze Skandynawii w plejstocenie

Eratyk
(tak się ładnie z łaciny takie kamyki nazywają)
ten jest różowawym odłamkiem skały określanej jako granit rapakiwi
W języku fińskim rapakivi znaczy "zgniły kamień".

Zastygła w grubych ziarnach, na ogromnej głębokości,
w straszliwym ciśnieniu i przerażającej temperaturze magma.
Przed milionami lat osiągnęła powierzchnię ziemi, by tam zostać zgniecioną i pokruszoną w procesach erozyjnych związanych ze zlodowaceniem.

No cóż ale na erozję to nawet harcerze rady nie mają

niedziela, 16 stycznia 2011

Wyrwane ze snu


Nagłe, przedłużające się ocieplenie spowodowało wyrwanie ze snu i rozpoczęcie wegetacji wielu gatunków istot żyjących wokół nas.
Na pewno dla ptaków, czy ssaków, jest to okres korzystny, wyższe temperatury i niższe zapotrzebowanie na kalorie konieczne do utrzymania stałej ciepłoty ciała pozwala im unikać śmierci z wyczerpania czy wyziębienia.
Roztopy w znacznym stopniu zmniejszają presję człowieka na mniej zagospodarowane partie terenu, gdyż znacznie maleje ruch turystyczny, ustają roboty terenowe i tylko na sztucznie naśnieżanych stokach szusują jeszcze amatorzy białego szaleństwa.

Ale to także ogromne zagrożenie dla innych bytów. Swą wegetację wznawiają grzyby, i to nie tylko zimówki, dla których przymrozki to okres najlepszy do rozwoju i którym one na pewni nie zaszkodzą.

Te napotkałem na Górze Św. Marcina. Ładniutkie, zdrowiutkie...tylko jakoś ich mało, żeby się najeść, a jedynie pobudzać sobie apetytu bez szans jego zaspokojenia, to ja nie lubię.

Pewnie szukając bardziej zdecydowanie, w innym częściach lasku, natrafił bym na bardziej obfite stanowisko, ale...
No właśnie
roztopy
zamieniły teren w iłowata paciarę

Za to poszperałem nieco w wiatrołomach z ubiegłych lat i ...
Natrafiłem na ślinika zajadającego grzybka.


Tak na moje oko to jest to ślinik szary (Arion circumscriptus)
zajadający ucho bzowe (
Auricularia auricula-judae)


Całość scenki miała wielkość około 10 milimetrów i wymagała użycia nasadki makro, zastosowałem też maksymalną przesłonę f:8 i lampę błyskową.
Zdjęcia robiłem "z ręki" - co przy czasie 1/125 sekundy świadczy że całkiem niezły ze mnie snajper skoro nie poruszyłem.

Ciekawe czy ślimaczek zdąży się zakopać, nim znów nadejdzie fala chłodów, czy grzybki zdążą wydać zarodniki?
Z drugiej strony - przecież takie nagłe ocieplenie, to w naszym klimacie nie jest żaden ewenement. Przyroda świetnie sobie z tym radzi - kiedyś pisałem post o "ryzykantach" czyli tych roślinach które rozpoczynają wegetację wczesniej od ionnych, ryzykując przemrożenie w przypadku nadejścia kolejnej fali chłodu, ale i mając nagrodę w postaci zdobycia cennego terytorium jeśli mrozy nie nadejdą.

środa, 29 grudnia 2010

skoczkowata nimfa

Zazwyczaj z nimfami mamy skojarzenia nieco bardziej erotyczne...ale trudno entomologia tak określa stadium rozwojowe pluskwiaków i nic na to nie poradzimy.
No to mamy nimfę.
Z tego co wiem, to nawet z okazem w łapkach trudno było by doświadczonemu entomologowi wskazać gatunek.
Więc na dzień dzisiejszy wiemy
że to nimfa Aphrodes sp.

A skoro Aphrodes należą do rodziny skoczkowatych– Cicadellidae
no to już wiemy czemu ta nimfa jest skoczkowata.

Wypatrzyłem ją pośród roślinności ruderalnej, takiego typowego chwastowiska, prawdę powiedziawszy wcale jej tam nie szukając. Ot przypadek bo polowałem na jednego z modraszków.
Zresztą nie nacieszyłem nią ani obiektywu ani oka, bo nader szybko umkła pod liście i...ślad po niej pozostał wyłącznie na matrycy.

wtorek, 28 grudnia 2010

Gwiazda zaranna


Wenus
bo o niej mowa.
Druga od słońca planeta naszego układu.
Jest trzecim pod względem jasności ciałem niebieskim widocznym na niebie, po Słońcu i Księżycu. Jej obserwowana wielkość gwiazdowa sięga −4,6m i jest wystarczająca, aby światło odbite od Wenus powodowało powstawanie cieni. Ponieważ Wenus jest bliżej Słońca niż Ziemia, zawsze jest widoczna w niewielkiej odległości od niego.
Tyle Wikipedia

Dla mnie Wenus to towarzyszka powrotów zimą z nocnej zmiany i świadek drogi na zmianę poranną.
Widzę ją jadąc rankiem w autobusie jak zerka na mnie z nad stoków góry św. Marcina.
Spokojnie mógł bym się kierować tylko nią i idąc na przełaj dotrę bezbłędnie pod sam dom.

Tym razem jednak szedłem do pracy.

Planowałem sesje zdjęciową spod domu, ale zawsze na przeszkodzie stawały warunki pogodowe - zachmurzenie sprowadzało szanse wykonania udanych zdjęć do zera.
A jak przyszła ładna, mroźna przejrzysta pogoda to...musiałem iść.

No więc zrobiłem zdjęcia z dachu elektrociepłowni

na dach wychodzi się tak...


A potem już można cieszyć oczy.