„Zasoby naturalne powinny być zużywane w taki sposób, by czerpanie natychmiastowych korzyści nie
pociągało za sobą negatywnych skutków dla istot
żywych, ludzi i zwierząt, dziś i jutro
”
papież Benedykt XVI

sobota, 7 czerwca 2014

Ogniczek który nie parzy

Ot leśny spacer z psem. Schodzimy akurat z Góry św. Marcina w kierunku na Skrzyszów i Lasek Kruk (zielony szlak) wchodzimy w leśne parowy, wypłukane deszczami w ilastej leśnej glebie i nagle pac!
Coś wali mnie w okular lewy.

To coś opada na liście babki na ścieżce i jest bardziej skonfundowane kolizją ode mnie. Małe czerwone i ... nie znam nazwy.

Sięgam więc po aparat i
 Ogniczek większy (Pyrochroa coccinea)

W domu już bez większych problemów przy pomocy forum entomo  (to nie mój wątek) ustalam kto zacz. 

Hmmm - chciał bym jeszcze pofotografować, ale natrętne chordy, hardych, chytrych i chciwych mojej krwi komarów skutecznie mnie odpędzają. Stąd zresztą rozmazanie tego drugiego zdjęcia, jakaś wredna samica usiłowała mi wkłuć się w brzeg powieki... ona przepłaciła to życiem, ja "zerwanym" zdjęciem.

wtorek, 27 maja 2014

przemiana

Przemiana z greki metamorfoza - brzmi pięknie. Najpiękniej brzmi i kojarzy się metamorfoza gąsienicy w motyla.... ba motyl to stworzenie poetyckie. Tymczasem płaz... przyziemne w sensie dosłownym, ba niekiedy nawet podziemne a zimowa pora to zgoła poddenne - no to czy to może być piękne?

W dzieciństwie każdą wolną chwilę spędzaliśmy z chłopakami na tzw balach - było to mygło dużych pni drzewnych ułożone na podmokłym placyku obok "Kopyciarni" (zakład produkujący jak sama nazwa wskazuje m/in. obcasy do butów). Pniaki te wyżłobiły w gruncie nieliche zagłębienia, a w zagłębieniach zbierała się woda w której.... kwitło życie (dziś to teren zabudowany... garażami!). Żaby, traszki, złotobrzeżki, tubifeksy, dafnie... marzenie akwarysty.

To wtedy pierwszy raz dostrzegłem przemianę kijanki w żabę - niesamowite!

Odkąd się przeprowadziłem nieodmiennie staram się znaleźć miejsce gdzie w okolicy składany jest skrzek i dorastają kijanki. Przez dłuższy czas bez powodzenia - albo nie było w nich żab, albo wysychały, lub też brzegi miały porośnięte trzciną i zabagnione, nie żebym się bał ubłocić... natomiast w grę wchodziło bezpieczeństwo kijanek - łatwo mogłem spowodować uszkodzenie zwierzaczka, więc odpuszczałem sobie.

W sukurs przyszła mi jednak Góra św. Marcina. Ten duży kompleks łupków jest jak gąbka nasiąknięta wodą - nawet w największe susze, zawsze coś zeń podsiąka - więc na skraju pól uprawnych i drogi zawsze są kilkunasto - kilkudziesięcio centymetrowe niewysychające kałuże - żabie mateczniki.

Tak więc znalazłem:

 Całe stadko uwijało się w mętnej, ilastej wodzie. 

Co jak co, ale wprawę w podbieraniu kijanek mam od dziecka.

 Płazik przez moment próbuje ucieczki a potem.

 Wczepiwszy się w mój palec zastyga w stuporze, mogę focić go bez obawy że zwieje - tyle że jedną ręką. 

 Mam cichą nadzieję że to nie jest ilustracja "zmierzchu płazów"
ps, ten samochód w tle to nie mój - to jakaś "żabcia" podjechała pod Górę św. Marcina na spotkanie ze swoim "żabolem" 

 Jeden wóz został tu, drugi pojechał w górę i skrył za krzakami - co robili nie wiem - zakładam że nie były to rozważania na temat metamorfozy żab...

   Tak na moje oko to Żaba trawna (Rana temporaria)
Wsunąłem rękę do wody, po chwili płaz niepostrzeżenie puścił i schronił się w zbawczym błocie i roślinności. Może mu szczęście dopisze i za jakiś czas będę obserwował jak jego kijanki przechodzą przeobrażenie? 

wtorek, 20 maja 2014

Z mrówkami na pieńku

To nie jest reklama jakiegoś chemicznego świństwa do eksterminacji mrówczej populacji...

Zdjęcia i obserwacje to plon wczesnowiosennego spaceru po Zawadzie - tylko że zapodziały się w niewłaściwym folderze i dopiero przypadkowo odnalazłem je dziś.


Czy wiecie że mrówki mają jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy węch pośród owadów?Posiadają cztery, do pięciu razy więcej receptorów węchowych niż reszta insekciarni.


Geny mrówek wytwarzają 400 białek służących jako receptory zapachów, tymczasem np. jedwabniki tylko 52. muszki owocowe 61, Komary od 70 do 150 kilku, zaś pszczoły 174.
Dane pochodzą z serwisu Nauka w Polsce 


Skąd zatem ten tytuł?
To proste, z tego pieńka robiłem zdjęcia okolicy...

niedziela, 18 maja 2014

Kanał

A propos kanałów... największy "kanał" jest z kanałami telewizyjnymi. Kiedyś np. z kanału TVN dowiedziałem się że jest coś takiego jak "tylna część pleców", a ostatnio z kanału Polsat z programu prowadzonego przez Kingę Rusin iż dopełniacz liczby mnogiej od zająca to ... "zająców" ... aż zajęczałem...

Kanały pod obwodnicą Tarnowa, to swoisty ekosystem, nikt by się tego nie spodziewał lecz właśnie taki się wytworzył w sposób zupełnie naturalny.  Czynnikiem podstawowym jest dopływ czystej świeżej wody ze zboczy Góra św. Marcina. Ponieważ zdecydowana cześć dawnych gospodarstw rolnych na tych terenach działa na "pół gwizdka" lub całkiem zawiesiła działanie ograniczając się do skoszenia łąk w wymaganych terminach i wzięcia dopłat unijnych, w wodzie tej nie ma chemii. Jednocześnie kanały te stanowią dla wielu zwierząt (i niektórych ludzi) wygodny sposób przechodzenia pod obwodnicą. Wprawdzie zagrożeniem są śmieci wyrzucane z przejeżdżających aut (kolizji ze ścianą betonową życzę z całego serduszka), lecz one zazwyczaj pozostają na pasie zieleni.

 Rów melioracyjny odprowadzający wodę z kanałów

Poniżej kanały właściwe

 Nartnik i jego cień 

 Kijanki
Jak widać na załączonym obrazku żaby posiadają pewne mechanizmy adaptacyjne, regułą jest iż wracają one składać ikrę do zbiornika w którym same się wylęgły. To nader sensowne przystosowanie (unikanie ryzyka, złożenia skrzeku do zbiornika który wysycha), było skuteczne przez wiele milionów lat, aż pojawił się człowiek. Przekształcenia terenu które spowodował, odcięły płazy od miejsc rozrodu, lub w ogóle zlikwidowały owe miejsca.  Całkowicie sztywny mechanizm reagowania, doprowadził by do wymarcia populacji na danym terytorium. Tymczasem płazy nauczyły się wykorzystywać miejsca alternatywne.Zapewne ze sporymi stratami, gdy złożyły skrzek w niewłaściwym miejscu, lecz też z szansą powodzenia w miejscach właśnie takich jak ten kanał.



Pijawka końska - tak stawiam - hirudologiem jestem marnym, nikt mnie o pijawkach w terenie nie uczył, więc i ich rozpoznawanie to czysto teoretyczne domniemania. Tu domniemam właśnie pijawkę końską gdyż jak sama nazwa wskazuje... nie pije ona krwi końskiej 
(bo zdechła by w tym kanale z głodu, gdyż koni tu nie ma).
Jest natomiast drapieżcą, żywi się kijankami, owadami, dżdżownicami - a tego akurat nie brakuje). 
Ta na zdjęciu jest wyrośniętą sztuką, choć książki mądre podają że liczą do 100 mm długości to ta na moje oko miała ich więcej.  

na koniec film. Zwróćcie uwagę na drobne jakby kawałki trawy przemieszczające się w drugą stronę niż nurt wody! 

  
Prawda że fajne? 
To larwy chruścika. 
Dorosłe chruściki przypominają motyle, lecz nimi nie są. Stanowią osobny rząd.
Pokuszę się o zaliczenie ich do rodziny Phryganea - ale to także z mojej strony spekulacje. 
W następnym ujęciu chruściki zażerające kawałek rośliny, a może jakieś żyjątko pod nim ukryte? 
Potem pijawki. 

Ciekawe jak przetrwały ostatnie nawałnice? 
Musze iść i sprawdzić.

czwartek, 8 maja 2014

Jaja mu zzieleniały !

Od razu rozwiać pragnę trwożliwe domysły - nie mam na myśli żadnego stworzenia typu ssak, zwłaszcza dwunożny.

Kosy to ptaki cudownie umilające nam wiosenne zmierzchy i noce.
Jeśli coś pamiętam z pielgrzymki przedmaturalnej do Częstochowy, to głównie, odśpiewany ku chwale nadchodzącego dnia, koncert kosów w Alei Najświętszej Marii Panny... (no jeszcze to że jednym pociągiem wracali ludzie z pielgrzymki, metalmanii, kibice po meczu, oraz wypuszczeni do rezerwy... ależ to był cyrk...)

Na gniazdo natknąłem się całkiem przypadkiem, otóż szedłem z Tarnowa do Tuchowa przez Porębę Radlną  i pomyślałem sobie że równie dobrze jak szlakiem, mogę przejść też boczną ścieżką - jak się okazało ścieżka prowadziła donikąd a w zasadzie całkiem w drugą stronę, więc musiałem pójść na żywca.

I po drodze coś wyfurczało w korony drzew prawie tuż przede mną. Pewnie nigdy bym do tego drzewa nie podszedł, ale skoro wyfurczało, to znaczy ze coś tam jest - a skoro jest... no i było!

Ukryte w rozłogach korzenia gniazdo kosa

A w nim pięć ślicznie zielonych jajek. To stosunkowo rzadkie znalezisko, kosy zazwyczaj nie gniazdują na ziemi, skoro tu się zdecydowały, to pewnie miały pu temu ważny powód. W okolicy domów ludzkich poza plebanią nie ma, to pewnie i kotów też, a jak nie ma kotów, kun czy lisów to lęg mają bezpieczny.

W każdym razie naprędce oddaliłem się od gniazda. w chwile potem już z oddali za pomocą lunety obserwowałem powracającą do jajek samiczkę.



poniedziałek, 5 maja 2014

Jeśli szukasz jeleniego...

To znajdziesz grzyba.

 Drobnołuszczak jeleni (Pluteus cervinus (Schaeff.) P. Kumm.)

Przyznam szczerze iż  nazwa jeleni jest mocno intrygująca - pozostałe bowiem nazwy w języku polskim bedłka, daszak rumieniak czy zwyczajnie łuskowiec, to już pospolicie brzmią, ale "jeleni"...
Wyobraźnie już podsuwa wizję stad jeleni toczących boje o kęs ulubionego przez nich grzyba, lub zgoła  odmienne (rzec by można drugo końcowo) wyobrażenie grzybów z lubością porastających to co jelenie po zerowaniu po sobie pozostawiły.
Niestety ani jelenie za grzybem nie przepadają, ani grzyb za jelenimi bobkami.  

 W głowie kołatała się jeszcze nadzieja że to o ludzkiego jelenia chodzi, bo grzyb choć jadalny, to średnio smaczny i trzeba być "jeleniem" by się łakomić na coś takiego. Przyznam knajacka była by to nazwa, lecz skoro można meszkom krzywdę wieczną wyrządzić na cześć Niesiołowskiego je nazywając, to już i "jeleni" jedynie jako niewinny żart uznać można - lecz także nie. 
Owa "Jeleniowatość" do nazwy polskiej z łacińskiego oryginału przeszła gdyż, cervinus od  cervus pochodzi a cervus to... jeleń.

Rzekomo owo cervinus to ze względu na fakt iż podstawki w owocniku tech grzybów - podstawki to nie to na czym grzyb stoi - lecz takie krótsze blaszki pomiędzy dłuższymi w hymenoforze (to co pod kapeluszem to hymenofor właśnie)  - dłuższe robią za osłonę, a na podstawkach czyli krótszych wyrastają zarodniki - no więc owe podstawki - (dały nazwę całej klasie grzybów podstawczakami zwanej)

- Maciej jeszcze jedna dygresja i nie ręczę za siebie
- no już dobrze, kończę z dygresjami

No więc owe podstawki mają... wypustki, które komuś skojarzyły się z jelenimi rogami.

Na zdjęciu tego nie widać, zerkałem pomiędzy falbany w hymenofor (tylko bez głupich skojarzeń prooooszę) za pomocą szkła powiększającego i ... z grubsza widziałem to samo co bez szkła tyle że większe. Więc szczerze mówiąc nie mam bladego pojęcia  czy się komuś dobrze czy źle kojarzyło. Myślę że nie ma innego wyjścia tylko musimy jeleniego na wiarę zaakceptować... obyśmy tylko na "jeleni" nie wyszli.

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Mały olbrzym

Każdy olbrzym był kiedyś mały, niekiedy mały jedynie jak na na swoje olbrzymie gabaryty, niekiedy autentycznie mały.
Dziś o roślinie która, choć wcale nie największa, ma olbrzyma w nazwie.

 Skrzyp olbrzymi (Equisetum telmateia Ehrh.)

Roślinka prastara, z naszego punktu widzenia stara jak świat. Starsza niż dinozaury, starsza niż najstarsi górale pamiętają. Do tego ciekawa, bo Rośnie na pogórzu i ... na pomorzu - czyli tak jak ja nie pali się do centralnej Polski (mam na myśli Warszawę i okolice).
W Wikipedii jest o nim naprawdę rzetelne opracowanie - więc wymądrzał się nie będę.
Lecz podobnie jak w przypadku Lepiężnika różowego, chodziło mi przede wszystkim o pokazanie roślinki młodej, takiej którą zobaczyć mają szanse jedynie osoby zamieszkujące teren jej występowania, gdyż wegetację zaczyna na długo przed sezonem turystycznym.


W moich stronach występuje masowo, jest zresztą traktowana jak chwast i pomimo że prawnie chroniona, nikt nie przejmuje się tym wprowadzając na obszary jej występowania ciężki sprzęt, zezwalając na inwestycje itp.  Na moje oko nawet słusznie, bo restrykcyjna ochrona praktycznie wyeliminowała by z użytku znaczne obszary terenów rekreacyjnych, oraz uniemożliwiła np rozwój infrastruktury sanitarnej. Z drugiej strony podejrzanie łatwo urzędnikom jest... nie dostrzec tego czego dostrzegać nie chcą.

Osobną kwestią jest edukacja - kolejny mamy przykład  że dzieciactwo uczone jest pierdyliarda rzeczy które zapomni zaraz po tym jak nauczycielka je odpyta i przejdzie do następnego rozdziału, a tego co naprawdę istotne się nie uczy - to wina z jednej strony "programatorów" (skojarzenia z programatorem od pralki automatycznej jest celowe - poziom inteligencji zbliżony) z MEN a z drugiej... feminizacji zawodu nauczycielskiego - bez obrazy ale dla kobiet ważniejszy jest sam proces od jego efektów.  


 Na zdjęciach pokazałem... narządy płciowe... (jak ktoś spiekł raka, bo mu się kojarzy, to... słusznie). To pędy zarodnionośne, na dolnej stronie swych listków (to te takie niby guzełki) zawierają zarodnie. Jest to zresztą w zasadzie seks dla samego seksu (ciekawe czy skrzypy czerpią z tego przyjemność?), bo jak wykazały badania, rośliny te rozmnażają się głównie za pomocą kłaczy a  sporofity (młode rośliny powstałe z zarodni) to rzadkość. Taki jakim go widzicie trwał będzie jeszcze zaledwie kilka dni, potem zacznie się proces obumierania a na jego miejsce pojawi się zielone pędy wegetatywne, które będą odżywiały podziemne kłącze, magazynujące zapasy na kolejny sezon... godowy? 

Ps. czy ja użyłem dobrego tytułu? Ten nie bardzo pasuje do treści, ten którego nie użyłem był cokolwiek obsceniczny...

niedziela, 13 kwietnia 2014

Cienie zapomnianych przodków

Ten wspaniły, intrygujący tytuł nie pochodi niestety odemnie. To tytuł świetnej książki autorstwa Ann Druyan i Carla Sagana. Książka ta, to swoiste wyznanie wiary ewolucjonistów. Wielki Wybuch jest w niej przemilczany, Sagan nie czuł się komfortowo wobec tego nazbyt bliskiego kreacji wydarzenia. Zaczyna więc narrację od ogromnej chmury kosmicznego pyłu i gazu, która stopniowo zbija się w mnijsze byty, a z nich powstaną Słońce, planety, i inne ciała naszego układu, nastepnie mamy opisy procesów chemicznyych, jakieś zjawiska fotoelektryczne i z tego chaosu rodzi się życie...

Następnie życie ewoluuje. To znamy uczyliśmy się tego w szkołach. Zresztą pozycja ta nie jest wymierzona w europejskiego katolickiego czytelnika, lecz raczej w amerykanskiego protestanta, zwłaszcza wyznawy literalnego odczytywania Pisma Świętego, czyli tak zwanego kościoła młodej Ziemi. Jak już wspomniałem, większość tez poglądow znamy doskonale, poza przyczynkami, ciekawostkami czy anegdotami (autorzy darzą nas nimi chojnie). Wartością tej książki, poza osobami pisarsko/małżeńskiego duetu, jest jej niezaprzeczalny humanizm, humanizm wręcz renesansowy.

Książka skrzy się diamencikami typu: "Komórki ludzkie są eukariontami, co po grecku znaczy mniej więcej "dobre komórki" lub prawdziwe komórki". Z typowym dla naszego gatunku szowinizmem podziwiamy je dlatego, że je posiadamy. Trzeba oddać jednak im sprawiedliwość - eukarionty odniosły ogromny sukces".


Niestety mamy też demonstrację wojującej ignorancji, to wtedy gdy Sagan produkuje brednie o torturach Galileusza i spaleniu Bruno za jego poglądy. W rzeczywistości Galileuszjedynie zmuszonybył przyznać że nie posiada żadnych jednoznacznych dowodow na podparcie swoich tez, a Bruno na stos poszedł nie za swoje poglądy, nawet nie za czary, ktore w "naukowy" sposób uprawiał lecz zauwodzenie patrycjuszowskich żon i córek.

Książka ta to także feria kobiecej mądrości, czegoś czego nazwać nie umiem, więcz zacytuję choćbyjeden z setek urywków:
"wbudowana w program naszej egzystencji śmierć stanowi przykry dowód naszych ograniczeń i słabości, a zarazem świadectwo naszej więzi z przodkami, którzy zginęli w pewnym sensie po to abyśmy my mogli żyć".

To nie jest nowa pozycja, raczej już  nieaktualna. Autorzy nie mają pojęcia o epigenetyce, bogato czerpiąc z Dawkinsa...który tego pojęcia także nie miał. Nie znają naszej aktualnej wiedzy o roli tzw. "śmieciowego DNA" a na podstawie owczesnego stanu wiedzy wyciągają daleko idące wnioski. Jak już wyżej wzmiankowałem, trudno się z "cieni" dowiedzieć czegoś nowego, przynejmniej mi, lecz to nie wiedza jest w tej książce najważniejsza.Warto ją przeczytać dla niej samej.







środa, 26 marca 2014

Takiego go nie znacie

Roślinę tę zna każdy kto choć raz ruszył tyłek za miasto, lub choćby tylko w mieście, byle gdzieś na uboczu, przy rzeczce, potoku lub ścieku. Byle było żyźnie i wilgotno. Doskonale znacie jego ogromne liście, wielu wciąż twierdzi że to naturalny papier toaletowy, nagminnie wykorzystywany do tego celu w średniowieczu (co zgoła prawdą nie jest).
Mówimy oczywiście o lepiężniku. Jest ich kilka odmian, najczęściej jednak spotykany to biały i różowy. Do białego estymę mam większą, bo to roślina zasiedlająca brzegi potoków górskich, gardząca równinami. Jednak dziś o lepiężniku różowym, który zgoła gardzi tylko Skandynawią (czego mu za złe mieć nie można - ja też źle znoszę socjalizm).

Czemu zatem tytułowe - takiego go nie znacie?
To proste - niewielu znam łazików, którzy na rajdy zapuszczają się wczesną wiosną, co innego wiosną pełną lub latem... lecz wtedy on nie ma już swoich kwiatów, więc znacie go tylko z liści (o których mowa była wyżej).

 LEPIĘŻNIK RÓŻOWY Petasites hybridus (L.) Gaertn., B. Mey. & Scherb.


Co prawda okres kwitnienia przeciąga się aż do maja, lecz powiedzmy sobie szczerze - kto w maju patrzy po rowach gdy wokoło kwitną bzy? 

 Lepiężnik ma też umiarkowane zastosowanie ziołolecznicze. Soku kłącza używano doleczenia ran, wykorzystywano roślinę tez jako źródło surowca do wytwarzania leków na dżumę i epilepsję (ciekawe z jakim skutkiem), oraz w weterynarii.

Co innego walory kulinarne - na przednówku sałatka z młodych liści smakuje całkiem nieźle, ze śmietaną, lekko osolona, ciut cukru (ja jestem łasuchem, ale jak ktoś nie chce, słodzić nie musi). Można też zamiast śmietany chlapnąć nieco oliwy. W wersji hard ascetycznej - żujemy świeże zielsko opłukane w rzece, zwracając by nie było na liściach żadnych produktów mięsnych (zwłaszcza w okresie postu), typu ślimaczki, pędraki itp.

Smacznego  

poniedziałek, 24 marca 2014

start do życia

Zaczęły równo, dopiero co, wcześnie, jeszcze na przedwiośniu, by z pierwszymi dniami wiosny przyspieszyć, wzmocnić się nim na starych drzewach porosną liście i półmrok skryje podszycie. Mają mało czasu, teraz trwa wyścig, za kilka tygodni wszystko zwolni, liście odetną dopływ światła, a dwaj młodzieńcy zastygną w trwaniu na swoją kolej. czy się doczekają? Nie wiem, być może ktoś je rozdepcze, być może ktoś przejedzie po nich rowerem...

Lecz jeśli będą miały szczęście, to za pewien czas, wiatr powali jakieś stare drzewo, lub odłamie mu konar i wtedy ruszą, wtedy ich wyścig nabierze tempa.


Zawodnik z lewej to buk z prawej klon. 
Klon jak widać jest w czepku urodzony.

Trzymam kciuki za obu, choć wiem że rosną tak blisko iż tylko jeden z nich będzie miał szanse dorosnąć do dorosłości.

Z innych obserwacji to pierwsze grzyby kapeluszowe w tym roku, pustułka kołująca nad osiedlem, sorek i sarenka nad Białą.

poniedziałek, 17 marca 2014

Obrzęk

Jak dochodzi do obrzęku?
Według mądrych ludzi piszących mądre podręczniki z grubsza chodzi o fakt iż zmiażdżone uderzeniem tkanki nie trzymają już w sobie ani krwi ani tzw. chłonki (limfy) czyli płynu tkankowego (limfatycznego). Te wszystkie płyny wynaczyniają się i wypełniają okoliczną tkankę, a że tkanka ta zasadniczo jest zwięzła, więc tworzą guzy. Guz taki jest cieplejszy i bolesny. W pierwszym okresie leczy się go zimnymi okładami a potem ciepłymi kompresami.

Tyle teoria

W praktyce do obrzęku dochodzi, gdy np. ktoś - zwany dalej delikwentem - skuszony obfitością, połamanych silnym szkwałem, przechodzącego w ostatnich dniach frontu, konarów, postanawia uzupełnić zapasy opału. Ów delikwent, po odwiezieniu Żony na pociąg, wykorzystuje wczesnoporanne godziny, by załadować samochód do pełna opadłymi konarami, wstępnie przyciętymi na szerokość  bagażnika. Następnie w godzinach popołudniowych przystępuje do cięcia ich na wielkość adekwatną do domowego kominka. Te drobniejsze tnie siekierką, te grubsze piłką konarówką. Niestety część gałęzi jest wybitnie oporna i podczas cięcia "tańczy" w rytmie ruchów piłki.Wtedy delikwent zirytowany obstrukcyjną postawą materiału, dokonuje jedynie  głębokich nacięć, a gdy brzeszczot już klinuje się w rzazie, dokonuje dzieła kopniakiem. Idea ta zdecydowanie przyspiesza proces, oraz pozwala rozładować agresję i frustrację. Do czasu...

W pewnym momencie jeden z kawałków zamiast odlecieć na bok, wykonuje obrób wokół środka ciężkości i wali delikwenta w boczną stronę goleni (☹☭⚣⚡)... I tak powstaje obrzęk...


czwartek, 13 marca 2014

Zawilce, miodunki i... strumień skuty lodem

 Zawilce, miodunki i... strumień skuty lodem
Wszystko to w obrębie jednego masywu Góry Św. Marcina. Zawilce w okolicach lasu Kruk i Koloni Łękawicy, miodunki w Zawadzie a skuty lodem strumień w Łękawicy.
I oczywiście jeszcze mrówki.  

Mrówki: w zimie jakiś dureń rozgrzebał im mrowisko - chciał sprawdzić czy sobie smacznie śpią?
Pozgarniałem na powrót rozrzucony kopiec, mając nadzieje że przezimują, gdyby zima była ostrzejsza pewnie nie miały by szans, ale jak widać przezimowały i mają się całkiem nieźle.

Mrowisko jest w Tarnowie, przy Harcerskiej 

O zawilce - pierwsze w tym roku
 I ten jeden z racji położenia dobrze nagrzany słońcem już rozkwitnięty, wkrótce będą ich tu całe łany, ale te pierwsze cieszą najbardziej

 Strumyk bez nazwy, wypływa z Lasu Pod Debrami (mam tam opracowany świetny szlak spacerowy dla nordic Walking maniaków - ale o tym napiszę na blogu turystycznym) i zamarza jako pierwszy tudzież rozmarza jako ostatni - nie on jeden zresztą tak tu ma - budowa geologiczna tego terenu (Iły oblepiające skały Łupkowe) - powoduje że strumieni czy miejscowości o nazwie "zimna woda" u nas nie brakuje.

Sam się zresztą o tym przekonałem gdy kiedyś utkwiła mi w dnie strugi nasadka na kijek trekkingowy, nie było głębiej niż do nadgarstka ale ból z zimna sięgał aż do barków. 

 Tu dodatkowo mamy parów od południa osłonięty wysokim lasem na wzgórzach, płynący prawie dokładnie na wschód więc słońce "widzący" zaledwie przez kilka minut tuż po wschodzie Słońca i tuż przed  zachodem.

 Miodunki 
 No tu mamy szczytowe partie Góry Św.Marcina, pięknie wyeksponowane na południe, nagrzane niczym śródziemnomorskie plaże.
Miodunka miękkowłosa (Pulmonaria mollis Wolff)

Z obserwacji nie obfotografowanych to mysikróliki które uparcie odmawiały współpracy z obiektywem. Oraz
I tu nastrój z horroru
cmentarz
(stary zamknięty)
po drugiej zmianie  
dochodzi północ
 i odgłos:
Puchuchu
Puchuuu
Puchcuchcu
.
.
. 
Puszczyk 


Poproszono też abym zamieścił obserwację w  
Co oczywiście skrzętnie uczyniłem.

poniedziałek, 10 marca 2014

Lisia robota


Pisząc Lis wielu ma na myśli hienę, ale ja nie o tym. Nie będzie też nawiązań do "kreciej roboty" - bo to inny rodzaj działalności. W porównaniu do powyższych rodzimy rudzielec jawi się jako wzorzec fair play. W końcu w wykorzystuje tylko ludzką niefrasobliwość. 

Otóż ostatnimi czasy, ono (Pietrzakowskie "Ono" znów wróciło: ktoś podejmuje decyzje, ktoś na niej zarabia, cala reszta traci, nie wiadomo kto, nie wiadomo z jakiej instytucji - wiadomo tylko że jak ci się obywatelu nie podoba - to znaczy że "ustrój wam się obywatelu nie podoba..."), podjęło decyzje, żeby postawić ekrany akustyczne osłaniające od szumu obwodnicy tereny... dawnej cegielni - obecnie jest to kilka hektarów... niczego - kompletnie niczego, w promieniu kilkuset metrów nikt tam nie mieszka, nie ma tam niczego cennego przyrodniczo, nic tylko doły i krzaczory wyższe od człowieka. Inwestycja kosztowała gruby szmal - nasz szmal, przemocą nam przez państwo zabrany - nie służy nikomu, poza... lisom!
Mają tu doskonalą bazę wypadową, tym bardziej iż miejsce to było onegdaj terenem rolniczym i wciąż wielu starszych ludzi prowadzi w okolicy maleńkie przydomowe gospodarstwa.

Z psami nikt poza jednym wariatem (mną) się tu nie zapuszcza, jedynie kilku tubylców skraca sobie tędy drogę, pojedynczą marnie wydeptaną ścieżką. Wcześniej chodziło tędy więcej ludzi, więc dla lisów była to sytuacja zdecydowanie niekomfortowa i jedynie przenikały tutaj z terenów Góry św. Marcina.

Obecnie grasują sobie lisy w najlepsze.


 A tu widać efekt ich działań.


Zapewne gospodarze, po stracie drobiu będą przez jakiś czas ostrożniejsi.


A potem ostrożność zastąpi rutyna... do następnego razu.

niedziela, 2 marca 2014

Luna


Słowa Księżyc nie lubię, nasi słowiańscy przodkowie niespecjalnie się popisali. Słońce było księciem, a księżyc - książęciem, czyli, księżycem właśnie. Astronomicznie błędne, mitologicznie mało odkrywcze, poetycko beznadziejne...

Co innego Luna - Selene (Selene nawet ładniejsze, lecz mniej popularne).
Najważniejsze że odnosi się do kobiecości, a ta tak samo jak Księżyc zadziwia nas swoją niezmiennością, jak wiadomo kobieta niezmiennie potrafi zmienić się w przeciągu trwania jednego słowa. Jak każda analogia tak i ta ma swoje niedociągnięcia - Księżyc jest z grubsza przewidywalny, kobiety... nie.

Zatem poniżej krotka seria wstającej z nad horyzontu Luny.





A teraz dwie greckie laski: Wenus i Selene (Selene akurat popadła jak co miesiąc w anoreksję;-) ).


wtorek, 25 lutego 2014

Takie różności

Wiosennieje nam świat.
W Tarnowie Śnieguliczki / przebiśniegi kwitną już od ponad tygodnia (u mnie też, co nader mnie raduje), od kilku dni kwitną krokusy (u mnie tylko dwa, bo najładniejsze miejsce Aura rozkopała szukając miejsca by ukryć kość). Dziś zobaczyłem ze zakwitł mi też wawrzynek wilczełyko - wiem krzew chroniony (i słusznie) ale pozyskany legalnie z plantacji pszczelarza, któremu rozrósł się nadmiernie.
Ale po kolei
Wpierw przygoda z dzięciołem:
szedłem sobie do krzyża na grób mamy, moglem podjechać samochodem, ale przejście 5 km to sama radość, podczas gdy przejechanie ich w korkach skraca mi życie więcej niż kilka wypalonych papierosów.
Więc poszedłem, przez ogródki działkowe, bo fajniej, a potem jeszcze na Błonia odnieść czytnik do naprawy gwarancyjnej bo padł - trafnie zresztą padł, bo na miesiąc przed upływem gwarancji...
Zatem sunę sobie przez działki, zadumany, aż tu nagle gdzieś z tyłu nade mną rozlega się wibrująco przeraźliwy krzyk co nieco o wrony, ale w znacznie wyżej na skali - no prawie tak wysoko jak Edyta Górniak nasz hymn śpiewała. Ażem się (uwaga galicyzm - w tłumaczeniu na barbarzyński język MENualny nauczany w szkołach, znaczy tyle co - "aż się" - tyle że od "aż się" zdania rozpocząć się nie da - bo wyglądało by głupio, a od ażem się jak najbardziej ) poderwał. Odwracam głowę, a tam dzięcioł zielony, patrzy na mnie i znów skrzeczy, no to ja plecak z grzbietu, aparat do oka a on wtedy fruu... i gdzieś w głąb działek - no to mierzę, a on dalej i w końcu zdjęcie zrobiłem ale tak marne że nawet chyba go nie będę trzymał.

 Dzięcioł zielony (Picus viridis)
choć...
być może był to Dzięcioł Sinozielony (Picus canus)
Co wnoszę z delikatniejszego, bardziej drozdowatego, pokroju dzioba i nico innego umaszczenia, lecz mogę być w błędzie.


Sarny stadnie podchodzą pod domy, wypasając sie na resztkach kukurydzianego plonu. 
W ogóle sporo ich, ale od czasu gdy dwa lata temu, dokonano eksterminacji w tych okolicach, bo rzekomo niszczyły uprawy, nie pokazywały się po północnej stronie obwodnicy miasta.
Widać skonstatowały, że dureń ze strzelbą jest nieobecny i znów sobie przychodzą.

Co ciekawe właściciel pola (zdaje się uspołeczniony, bo ono chyba należy do spadkobiercy PGRu, który powstał przy Szkole Rolniczej, którą komuna ulokowała w Pałacu Xiążąt Sanguszków) ubolewający z powodu "strat", czynionych przez sarny, jakoś nie żałuje kolb zalegających pole, po późno jesiennych żniwach. W każdym razie w ciągu pół minuty uzbierałem  cały plecak kolb, które potem zostały wykorzystane jako kama dla ptaków. Tyle w temacie "konieczności" odstrzału "szkodników" - choć faktycznie kilku szkodników przy biurkach warto by odstrzelić...

Wawrzynek wilczełyko (Daphne mezereum)

Poza tym, fajna obserwacja krogulca, który wparował, w sosenkę atakując najprawdopodobniej stadko drozdów kwiczołów, przy okazji wypłoszył stamtąd też parkę sierpówek i srok. Co ciekawsze coś chyba złapał, ale bardziej to było sikorkowate niż drozdowate, choć rzecz całą widziałem ze sporej odległości i trudno ocenić.
I to tyle na dzisiaj.

czwartek, 13 lutego 2014

Szepty Ziemi

Szepty Ziemi to tytuł książki autorstwa Carla Sagana, Frabka D. Drake'a, Ann Druyan, Timothy'ego Ferrisa, Jona lomberga, Lindy Salzman Sagan, grupy ludzi którzy na burtach sond kosmicznych Voyager'ów wysłali wiadomość do gwiazd... wiadomość dotrze w okolice gwiazd które posiadają systemy planetarne za kilka milionów lat. Najwcześniej za 60 tysięcy lat, zbliży się do gwiazdy AC +793888. Szmat czasu.

Książka opisuje projekt od samego pomysłu, poprzez wszystkie etapy, aż do momentu w którym Vojagery zostały wystrzelone i już nic od autorów przesłania nie zależało. Dostajemy rzetelny opis motywów które skłaniały osoby odpowiedzialne za dobór treści umieszczonych na płycie z przesłaniem i jej okładkach.  Otrzymamy też co nieco anegdotycznych wiadomości, ot chociażby o tym jak feministki miały za złe Lindzie Salzman Sagan że rysunek wykonany przez nią (pierwowzory powędrowały w kosmos na pokładach Pionierów) przedstawia "kobietę w pozycji zależnej od mężczyzny - bo to on ma uniesioną rękę a ona jest bierna" - zdziwienie autorki było spore. Znajdziemy tam opis nieruchawości ONZ (jak dla mnie byt całkowicie zbędny a kosztowny), oraz wazelinę wylaną na tyłki buców z administracji USA (niech się nasi buce nie cieszą - są jeszcze bardziej bucowaci niż ich jankescy odpowiednicy, bo tamci przynajmniej COŚ zrobili a nasi jedynie wygrzewają stołki).

Poza tym wszystkim, to cudowna intelektualna przygoda, która będzie trwać przez wieki, jeszcze długo po tym jak pokolenie Sagana przejdzie do prehistorii lub... mitologii.


Dla mnie, faceta który przeczytał "Czarną Chmurę" Hoyle'a chyba z dziesięć razy, podobnie zresztą jak "Kontakt" Sagana  to kolejna okazja śledzenia działań ludzi ze środowiska astronomów, opisywanych przez nich samych, ze swadą, czasem nutką złośliwości a przede wszystkim z wielkim zaangażowaniem i wiarą w sens tego co robią.

Przy okazji lektury przyszły mi do głowy pomysły na opowiadania SF.
Pierwsze będzie turystyczne - wyobraźcie sobie za kilkaset lat, może tysiąc - stację gdzieś w przestrzeni międzygwiezdnej. Ludzkość opanowała podróże kosmiczne na tyle dobrze iż mogła pozwolić sobie na uczynienie z Vojager'ów... atrakcji turystycznej. Stacja porusza się przy próbniku w sposób synchroniczny, oświetla go cały czas, eksponuje w przestrzeni - na stacji lądują wycieczki z Ziemi, wyświetlane są filmy, opowiadane historie, sprzedawane suweniry i oczywiście... robione pamiątkowe zdjęcia ;-).

Drugie to sen, dzisiejszej nocy (skończyłem czytać nad ranem, więc mogło się przyśnić) - Kiedyś Vojagery zostaną odnalezione przez inna cywilizację, cywilizacje znacznie bardziej zaawansowaną niż my obecnie, to zrozumiałe, bo za milion lat my też albo będziemy super zaawansowani, albo nie będzie nas wcale. I ta cywilizacja wysłała nam wiadomość, ale... poprzez czas. Odpowiedź nie dotarła do nas po kolejnych setkach lat podróży z prędkością światła, ale wcześniej - JUŻ TERAZ, już jest u nas, nawet wcześniej jeszcze nim posłaliśmy Vojager'y. Jest kosmiczna bryłą wbitą głęboko w ziemię, oplecioną korzeniami wielkiego starego drzewa. Drzewo to wywraca się, bryła zostaje wyrwana na powierzchnię, ktoś to bada. Zaciekawianie budzi fakt iż drzewo wcale nie wyrosło obok meteoryty, ono wyrosło z niego. Linie widmowe izotopów będących budulcem obiektu, są dalece odmienne od tego co znamy z natury, ktoś domyśla się że jest w nich zakodowana informacja, ktoś inny bada drzewo, jego geny też są inne niż u znanych nam gatunków. Ktoś wchodzi do wykrotu, to ciemnoskóry wysoki osobnik - Masaj z pochodzenia. Promieniowanie obiektu oddziaływa na jego układ nerwowy, staje się przekaźnikiem. To jednak dla niego za wiele, słaba białkowa tkanka nie wytrzymuje natłoku przekazywanych informacji. Prawie jak w "Czarnej Chmurze" (zresztą była chyba senną inspiracją)

Tyle konspektów, opowiadań które nigdy nie powstaną.
Póki co Vojager'y są już poza heliosferą i lecą do gwiazd, czy moje pierwsze opowiadanie się ziści, togo nigdy się nie dowiem, czy drugie? ... Kto wie? Może właśnie w tej chwili...  

Ps. pozdrowienie w języku polskim wygłosiła Maria Nowakowska - Stykos brzmi ono: "Witajcie, istoty zza światów" - mam nadzieję że to pomyłka w edycji książki, w przeciwnym wypadku narobiła nam obciachu na skalę galaktyczną!