Zasoby naturalne powinny być zużywane w taki sposób, by czerpanie natychmiastowych korzyści nie
pociągało za sobą negatywnych skutków dla istot
żywych, ludzi i zwierząt, dziś i jutro

papież Benedykt XVI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Nagroda

Od dłuższego czasu biorę udział w badaniach przeprowadzanych przez psychologów społecznych, i publikowanych na stronie Badania.net głównie zresztą w roli szympansa doświadczalnego, ale przynajmniej mam możliwość skomentowania tego co robią.

Będąc zresztą zatwardziałym ewolucjonistą, takim co to każde ludzkie zachowanie analizuje i rozbebesza właśnie pod kątem jego zgodności z mechaniką ewolucji, nie ukrywam ani swojego dystansu ani ironii wobec ich dokonań. Dziwnym zbiegiem okoliczności zazwyczaj wyważają z naukową metodologią drzwi albo już dawno otwarte, albo takie których wcale wyważać nie potrzeba, bo obok jest piękne szerokie wejście.

Kiedyś siedziałem sobie w knajpce, przy rynku w Tarnowie i nie mogłem wyjść z podziwu nad faktem że co raz to inni ludzie wyrywają sobie ręce ze stawów siłując się z masywnymi drzwiami "wejścia głównego" skoro to od strony ogródka piwnego, w którym sączyłem bursztynowy napój, było szeroko otwarte a przy tym i tak bliżej...

Ciekawe czy są jakieś badania na temat irracjonalności psychologów?

Rzecz jasna ciut upraszczam, co innego psycholog a co innego psycholog społeczny, ten pierwszy bada w jakim stopniu jesteśmy poplątani a ten drugi w jakim stopniu nasze wewnętrzne poplątanie wpływa na plątaninę naszych relacji społecznych. Niby niewielka różnica ale... odrzucając gatunek jako podmiot ewolucji (kiedyś napiszę i na ten temat...oraz o tym co sądzę o Dawkinsie i jego wyznawcach), możemy mechanizmami doboru naturalnego tłumaczyć pojawianie się konkretnych zachowań u pojedynczych osobników ale nie u całych społeczności, stad, haremów czy grób rodzinnych. W/g mnie to srogi błąd. Ale trudno - nie ja tu rządzę. Dlatego też badania (a zwłaszcza statystyczno, kwestionariuszowa metodyka) psychologów społecznych nie są tak do końca pozbawione sensu.

No w każdym razie postanowili mnie... uhonorować. Nie sądzę bowiem aby odpowiadając na pytanie "co można w serwisie badania.net poprawić" słowami sprowadzającymi się do : mniej tekstów będących skrótem abstraktu, a więcej autorskich opracowań danego tematu - dokonał czegoś co można uznać za "szczególnie interesujące".

Tak czy siak...

dostałem list:
 

 I teraz z radością czytam sobie podręcznik 
"psychologia" 
autorstwa Saundry K. Ciccarelli oraz J. Noland'a White'a
(jak mi Bóg miły, nie mam p;ewności że dobrze te nazwiska odmieniłem, mam tylko taką nadzieję)  
 

I teraz sobie smacznie studiuję - jedno trzeba przyznać, forma i sposób referowania zagadnień w tym podręczniku są bardzo nowatorskie.\
i choć to podręcznik, to czyta się go bez większego wysiłku i sporo po takiej lekturze w głowie zostaje. 

I tylko taka myśl się czasami we łbie kołacze - czy ta książka to nie jest swoisty "koń trojański" który ma z prawomyślnego ewolucjonisty uczynić konwertytę do kościoła wyznawców kwestionariusza?
     

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Rozważania szympansa laboratoryjnego

Jestem szympansem laboratoryjnym, równie dobrze mógł bym byc królikiem lub myszą, ale jak by się nie wsłuchiwać Pan troglodyta brzmi efektowniej niż Oryctolagus (może się kojarzyć z orzygany nagus), to już wolał bym Mus musculus (choć brzmi to jak nazwa odżywki dla hodujących masę mięśniową cegłoidów).

No więc poznajcie moje nowe oblicze.

Od dłuższego czasu śledzę portal Badania.net, aktywnie śledzę, komentując każdy tekst, głównie zresztą w duchu myśli Rutherforda - jest fizyka i jest zbieranie znaczków. Czyli  krytycznie z nutką szyderstwa. Bo i co to za badania które albo wyważają otwarte drzwi - "udowadniając" tezy znane już od Starożytności (a pewnie i wcześniej) np. że swoich lubimy bardziej niż obcych, albo wykazują wyższość świąt Wielkiej Nocy nad świętami Bożego Narodzenia czyli uprawiają mniemanologie stosowaną.

Z drugiej strony - i jest w tym jakieś szyderstwo natury - przedstawiciele nauk ścisłych chełpią się całkowitą powtarzalnością i falsyfikowalnością ich ustaleń... tymczasem zasada nieoznaczoności działa nie tylko w świecie kwantowym, również w naszym makroświecie. Możemy zmierzyć prędkość samochodu, lecz wtedy nie określimy jego położenia dokładniej niż... "na oko", możemy też określić położenie tegoż pojazdu ale wtedy jego prędkość otrzymamy całkowicie zafałszowaną. Pozostaje nam przybliżony pomiar średniej prędkości na założonym odcinku drogi... "ściśle" rzecz ujmując - marna dokładność.

A to jeden z najprostszych przykładów, w zasadzie cała mechanika kwantowa i fizyka jądrowa podobnie jak nauki społeczne opiera się na analizach statystycznych... ale nie mówcie tego ekipie z "Badania.net", nazbyt by w dumę obrośli.

Ba nie tylko komentuję ich teksty, lecz pozwalam im eksperymentować także na mnie - wypełniając testy, ankiety, formularze itp. Zazwyczaj bez problemu udaje mi się odkryć sedno badania (choć nie zawsze umiem to nazwać zgodnie z ich terminologią), o czym lojalnie ich informuję.

A teraz sedno - za udział w badaniach przewidziane są nagrody rzeczowe - rzecz jasna w drodze losowania. Ponieważ moje szczęście w grach losowych jest odwrotnie proporcjonalne do mojej inteligencji to jeszcze nigdy niczego nie wylosowałem. A tu wyjątek potwierdzający regułę!  Dostaję maila z prośba o adres...

Po jakimś czasie przychodzi elegancka paczuszka a w niej:

I tu jest clou!!!!!
I tu Pan troglodyta musiał nakarmić swój centralny układ nerwowy bananami a i tak nie rozgryzł zagadki.
Bo jak to jest?
Heller to mój ulubiony pisarz popularnonaukowy
Pozycja tyczy się obejmowania metodą naukową coraz to nowych zagadnień, poszerzania tytułowych granic nauki, wykazania że "szkiełko i oko" to wyłącznie instrumenty a nie sedno nauki.
Zadajmy zatem kilka pytań?

Skąd osoba odpowiedzialna za zakup nagród wiedziała o moich preferencjach - z tego co pamiętam z moją Helleromanią się nie wychylałem? A nawet gdybym gdzieś wzmiankował, to nie sądzę by osoba ta przekopywała się przez te wszystkie komentarze. No chyba że jakiegoś sprytnego bota mają?

Dlaczego taki a nie inny tytuł - a zwłaszcza treść pozycji? Przypadek czy celowe działanie?


Zadziałały mechanizmy ukryte w ankietach, wskazując w sposób zupełnie dla mnie nieodgadniony, co bym chciał mieć w domowej bibliotece? A jeśli tak, jeśli mechanizmy badawcze są już tak rozwinięte to praktycznie każda nasza interakcja z kimkolwiek i czymkolwiek może być poddana analizie i na tej podstawie wydedukowane mogą być nasze preferencje intelektualne, konsumpcyjne i duchowe... przyznam szczerze że dla mnie to straszna perspektywa...

Lecz Heller pisał też o przypadku, jego roli w dziejach, jego filozofii jego naukowej interpretacji... więc może to imć Traf (zwany też "psim smędem") zadecydował?

Trudne to wszystko jak na lichą mózgowinę Pana troglodyty... oj trudne.


   

niedziela, 13 kwietnia 2014

Cienie zapomnianych przodków

Ten wspaniły, intrygujący tytuł nie pochodi niestety odemnie. To tytuł świetnej książki autorstwa Ann Druyan i Carla Sagana. Książka ta, to swoiste wyznanie wiary ewolucjonistów. Wielki Wybuch jest w niej przemilczany, Sagan nie czuł się komfortowo wobec tego nazbyt bliskiego kreacji wydarzenia. Zaczyna więc narrację od ogromnej chmury kosmicznego pyłu i gazu, która stopniowo zbija się w mnijsze byty, a z nich powstaną Słońce, planety, i inne ciała naszego układu, nastepnie mamy opisy procesów chemicznyych, jakieś zjawiska fotoelektryczne i z tego chaosu rodzi się życie...

Następnie życie ewoluuje. To znamy uczyliśmy się tego w szkołach. Zresztą pozycja ta nie jest wymierzona w europejskiego katolickiego czytelnika, lecz raczej w amerykanskiego protestanta, zwłaszcza wyznawy literalnego odczytywania Pisma Świętego, czyli tak zwanego kościoła młodej Ziemi. Jak już wspomniałem, większość tez poglądow znamy doskonale, poza przyczynkami, ciekawostkami czy anegdotami (autorzy darzą nas nimi chojnie). Wartością tej książki, poza osobami pisarsko/małżeńskiego duetu, jest jej niezaprzeczalny humanizm, humanizm wręcz renesansowy.

Książka skrzy się diamencikami typu: "Komórki ludzkie są eukariontami, co po grecku znaczy mniej więcej "dobre komórki" lub prawdziwe komórki". Z typowym dla naszego gatunku szowinizmem podziwiamy je dlatego, że je posiadamy. Trzeba oddać jednak im sprawiedliwość - eukarionty odniosły ogromny sukces".


Niestety mamy też demonstrację wojującej ignorancji, to wtedy gdy Sagan produkuje brednie o torturach Galileusza i spaleniu Bruno za jego poglądy. W rzeczywistości Galileuszjedynie zmuszonybył przyznać że nie posiada żadnych jednoznacznych dowodow na podparcie swoich tez, a Bruno na stos poszedł nie za swoje poglądy, nawet nie za czary, ktore w "naukowy" sposób uprawiał lecz zauwodzenie patrycjuszowskich żon i córek.

Książka ta to także feria kobiecej mądrości, czegoś czego nazwać nie umiem, więcz zacytuję choćbyjeden z setek urywków:
"wbudowana w program naszej egzystencji śmierć stanowi przykry dowód naszych ograniczeń i słabości, a zarazem świadectwo naszej więzi z przodkami, którzy zginęli w pewnym sensie po to abyśmy my mogli żyć".

To nie jest nowa pozycja, raczej już  nieaktualna. Autorzy nie mają pojęcia o epigenetyce, bogato czerpiąc z Dawkinsa...który tego pojęcia także nie miał. Nie znają naszej aktualnej wiedzy o roli tzw. "śmieciowego DNA" a na podstawie owczesnego stanu wiedzy wyciągają daleko idące wnioski. Jak już wyżej wzmiankowałem, trudno się z "cieni" dowiedzieć czegoś nowego, przynejmniej mi, lecz to nie wiedza jest w tej książce najważniejsza.Warto ją przeczytać dla niej samej.







piątek, 31 stycznia 2014

Samolubny gen

Samolubny gen - sztandarowa książka Richarda Dawkinsa, dzięki której wyewoluował on rewolucyjnie  ;-) z podrzędnego biologa, na guru "postępowej", ateistycznej lewicy.

 zdjęcie okładki linkuję ze stron Empiku. 

Książka powstała we wczesnych latach siedemdziesiątych, był to okres posthippisowskiej kontestacji "wszystkiego co ludzkie", literatura SF pełna była np. opisów jak to obrzydliwie ludzie jedzą, ba nawet tak niecodzienny umysł jak Stanisław Lem pisał docinki pod adresem człowieka jako : "... nieszczęsna nacjo, co łączysz się z jej kanalizacją...", pijąc oczywiście do stosunku seksualnego. Tylko że gdy opary LSD i trawki opadły wszyscy inni z tego wyrośli.... Dawkins nie.

Czytając tę książkę trudno oprzeć się wrażeniu iż powstała głównie po to by autor miał możliwość wygłoszenia swoich manifestów społeczno, religijno politycznych - miejscami zdumiewająco zresztą naiwnych - np. domaganie się od "ludzi pracy" by wykazali szlachetną powściągliwość i altruizm podczas "negocjacji" płacowych ale tylko gdy są to negocjacje prowadzone przez rząd czerwonych Wigów, gdy do władzy dochodzą Torysi z Margaret Thatcher na czele "ludzie pracy" już wcale nie powinni być "altruistyczni" lecz "samolubni"...

Pełna jest też zawoalowanych przekazów sugerujących wyjaśnienie świata i życia - na zasadzie - skoro wiemy że tęcza powstaje w wyniku załamania i rozszczepiana promieni świetlnych na kroplach wody, to znaczy że  tęcza nie jest dziełem Boga, co z kolei oznacza iż... Boga nie ma.

Sama zaś idea "samolubnego genu", przez Dawkinsa nazywana szumnie i dumnie "teorią" - każdy by chciał być autorem teorii - bazuje na mniemanologii i gdybaniu autora. te rozdziały które nie są np. opisem behawioru zwierząt bazującym na matematycznej teorii gier, to w znacznym stopniu mętniactwo.

Po pierwsze autor nie zna wielu kluczowych dla zagadnienia odkryć  naukowych i kierunków badawczych, rozumiem iż np. epigenetyki (w latach 70 pojecie na jej temat miało może trzy cztery osoby na świecie) mógł nie wziąć pod uwagę, ale już emergencja była doskonale w świecie naukowym znana, opisywana językiem filozofii, matematyki i ekologii, zatem powinna odgrywać kluczową role w tego typu wywodach jak "samolubny gen". w końcu czym innym jest prosta "machina przetrwania", a czym innym zespół złożonych mechanizmów i submechanizmów (osobnik, kierowany przez własny układ nerwowy i metabolizm składa się z komórek, które to komórki też są indywidualnymi mechanizmami sterowanymi własnym metabolizmem, kodami DNA oraz RNA tudzież sygnałami chemicznymi i elektrycznymi z zewnątrz, zmuszającymi je do działania niekiedy wbrew sobie.
Np. brak mi w tej książce wyjaśnienia jak powstało zjawisko apoptozy skoro jest ono de facto zmuszeniem komórki do zachowania altruistycznego, całkowicie wbrew jej własnym interesom, przy czym zgodnie z "teorią samolubnego genu" dobro całego organizmu musi jej być całkowicie obojętne.

Dawkins nie ma (w latach siedemdziesiątych mógł nie mieć - ale to powinno znaleźć swoje miejsce w przypisach) pojęcia także o czysto biologicznych aspektach pewnych zachowań - np. dość powszechne u ludzi i zwierząt długo żyjących tabu kanibalizmu próbuje tłumaczyć swoją teoria, podczas gdy w grę wchodzi selekcyjne oddziaływanie prionów, skutecznie, aż do zaniku likwidujących populację kanibali.

Osobną kwestią jest budowanie przykładów tak abstrakcyjnych, że praktycznie nie występujących w świecie przyrodniczym.

Czym zatem tłumaczyć sugestywność jego tez? Otóż bardzo prostą, znaną z chwytów propagandowo... marketingowych metodą. Stałe uparte i namolne nazywanie wszystkiego po swojemu, tak aż odbiorca przyjmie nasza narracje za swoja i ogłuszony epitetami przestanie myśleć samodzielnie i zacznie tak jak my go pokierujemy.
Trudno więc u Dawkinsa znaleźć pojęcia "osobnik", "istota", "byt" - czy im równoważne, mamy za to maniakalną ilość powtórzeń "machiny przetrwania". Nie znajdziemy też "kodu", "zapisu chemicznego", "sekwencji wytwarzania białek"- za to za każdym razem antropomorfizujący "samolubny gen" - zacznijcie myśleć w ten sposób nazywając karty "samolubnymi obrazkami" a graczy "machinami tasującymi" a otrzymacie dokładnie analogiczny do Dawkinsa tok rozumowania.

Książkę tę można by napisać z biegunowo odległej pozycji, traktując osobnika jako "samolubne mięso" a geny jako "kod produkcyjny" i brzmiała by praktycznie tak samo (poza oczywistymi zmianami wynikłymi z nazewnictwa), i wymuszoną przez powyższe założenie, koniecznością biegunowej zmiany akcentów i kierunków oddziaływań.

Co śmieszniejsze guru lewicy i ateistów dostarcza przedziwnych argumentów... "skrajnej prawicy"... np. pisząc o biologicznych aspektach rasizmu (zapłodnienie międzyrasowe, ma w/g niego powodować pojawienie się osobników ze zbyt zróżnicowaną pula genetyczną, co jest szkodliwe i prowadzi do ich szybkiej eliminacji), lub segregacji rasowej - dla naszych genów osobnik zbyt różniący się od nas, jest zawsze potencjalnie niebezpieczny i wymaga przeciwdziałania, gdyż jedynie osobnicy maksymalnie do nas podobni mogą być nosicielami jakiegoś fragmentu "samolubnego genu" którego i my jesteśmy nosicielami...