Zasoby naturalne powinny być zużywane w taki sposób, by czerpanie natychmiastowych korzyści nie
pociągało za sobą negatywnych skutków dla istot
żywych, ludzi i zwierząt, dziś i jutro

papież Benedykt XVI

środa, 24 września 2014

Rusałki - ostatnie pokolenie

Rusałki to pierwsze i ostatnie motyle które możemy w Polsce oglądać. Co ciekawsze zimują w formie imago, gdzieś w podziemiach, piwnicach, obiektach przemysłowych - byle było chłodno i niezbyt sucho. Pamiętam, gdy kopiliśmy nasz dom, w stanie surowym, że w piwnicy było ich całe zatrzęsienie, co ciekawe wcale nie padały łupem pająków.  Starałem się tak poprowadzić prace, aby nie zakłócić ich spokoju. Nieskromnie napisze - iż odniosłem sukces - wszystkie odleciały razem z pierwszymi wiosennymi ciepłami, przyłączając się do rzeszy pobratymców baraszkujących na pierwszych kwiatach.

Dziś już w piwnicy ich nie zimuje, ciepło od pieca CO skutecznie by je zabiło - no może nie bezpośrednio, ale uniemożliwiając im hibernację. Za to stryszek nad garażem cały czas stoi do ich dyspozycji - korzystam z niego wybitnie rzadko i praktycznie nigdy pora zimową, więc mają spokój.

Nie przypuszczałem nawet że budlej dawida to dla nich tak atrakcyjna roślina - otrzymałem go od kolegi pszczelarza w ramach propagacji roślin miododajnych. Zwróćcie uwagę (tak na marginesie) że obecna moda na ogródki przydomowe to głównie egzotyka i iglaki - czyli żadnego pożytku dla zapylaczy - a co gorsza np. z mleczami walczy się ciężką chemią - pryskając je wtedy gdy kwitną - czyli przy okazji eksterminując setki pszczół i innych nektaropijców. Jest dowodem na hiper bezmyślność odpowiednich instytucji że zezwalają na wprowadzanie do handlu środków takich jak roundap (inne podobne ścierwa), oraz zakup o wykorzystanie ich przez ludzi którzy pojęcia nie maja co i czym robią.

Więc rośnie mi ten budlej (ta budleja?) w ogródku, pięknie komponując się z ketmiami  a na budlei w pewnym momencie doliczyłem się ponad dwudziestu motyli - niesamowity widok, niestety zanim pobiegłem po aparat... Udało się uchwycić tylko resztki.




Następnego dnia zobaczyłem pierwsze sztuki wewnątrz garażu. Szykują się do zimowania.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Rozważania szympansa laboratoryjnego

Jestem szympansem laboratoryjnym, równie dobrze mógł bym byc królikiem lub myszą, ale jak by się nie wsłuchiwać Pan troglodyta brzmi efektowniej niż Oryctolagus (może się kojarzyć z orzygany nagus), to już wolał bym Mus musculus (choć brzmi to jak nazwa odżywki dla hodujących masę mięśniową cegłoidów).

No więc poznajcie moje nowe oblicze.

Od dłuższego czasu śledzę portal Badania.net, aktywnie śledzę, komentując każdy tekst, głównie zresztą w duchu myśli Rutherforda - jest fizyka i jest zbieranie znaczków. Czyli  krytycznie z nutką szyderstwa. Bo i co to za badania które albo wyważają otwarte drzwi - "udowadniając" tezy znane już od Starożytności (a pewnie i wcześniej) np. że swoich lubimy bardziej niż obcych, albo wykazują wyższość świąt Wielkiej Nocy nad świętami Bożego Narodzenia czyli uprawiają mniemanologie stosowaną.

Z drugiej strony - i jest w tym jakieś szyderstwo natury - przedstawiciele nauk ścisłych chełpią się całkowitą powtarzalnością i falsyfikowalnością ich ustaleń... tymczasem zasada nieoznaczoności działa nie tylko w świecie kwantowym, również w naszym makroświecie. Możemy zmierzyć prędkość samochodu, lecz wtedy nie określimy jego położenia dokładniej niż... "na oko", możemy też określić położenie tegoż pojazdu ale wtedy jego prędkość otrzymamy całkowicie zafałszowaną. Pozostaje nam przybliżony pomiar średniej prędkości na założonym odcinku drogi... "ściśle" rzecz ujmując - marna dokładność.

A to jeden z najprostszych przykładów, w zasadzie cała mechanika kwantowa i fizyka jądrowa podobnie jak nauki społeczne opiera się na analizach statystycznych... ale nie mówcie tego ekipie z "Badania.net", nazbyt by w dumę obrośli.

Ba nie tylko komentuję ich teksty, lecz pozwalam im eksperymentować także na mnie - wypełniając testy, ankiety, formularze itp. Zazwyczaj bez problemu udaje mi się odkryć sedno badania (choć nie zawsze umiem to nazwać zgodnie z ich terminologią), o czym lojalnie ich informuję.

A teraz sedno - za udział w badaniach przewidziane są nagrody rzeczowe - rzecz jasna w drodze losowania. Ponieważ moje szczęście w grach losowych jest odwrotnie proporcjonalne do mojej inteligencji to jeszcze nigdy niczego nie wylosowałem. A tu wyjątek potwierdzający regułę!  Dostaję maila z prośba o adres...

Po jakimś czasie przychodzi elegancka paczuszka a w niej:

I tu jest clou!!!!!
I tu Pan troglodyta musiał nakarmić swój centralny układ nerwowy bananami a i tak nie rozgryzł zagadki.
Bo jak to jest?
Heller to mój ulubiony pisarz popularnonaukowy
Pozycja tyczy się obejmowania metodą naukową coraz to nowych zagadnień, poszerzania tytułowych granic nauki, wykazania że "szkiełko i oko" to wyłącznie instrumenty a nie sedno nauki.
Zadajmy zatem kilka pytań?

Skąd osoba odpowiedzialna za zakup nagród wiedziała o moich preferencjach - z tego co pamiętam z moją Helleromanią się nie wychylałem? A nawet gdybym gdzieś wzmiankował, to nie sądzę by osoba ta przekopywała się przez te wszystkie komentarze. No chyba że jakiegoś sprytnego bota mają?

Dlaczego taki a nie inny tytuł - a zwłaszcza treść pozycji? Przypadek czy celowe działanie?


Zadziałały mechanizmy ukryte w ankietach, wskazując w sposób zupełnie dla mnie nieodgadniony, co bym chciał mieć w domowej bibliotece? A jeśli tak, jeśli mechanizmy badawcze są już tak rozwinięte to praktycznie każda nasza interakcja z kimkolwiek i czymkolwiek może być poddana analizie i na tej podstawie wydedukowane mogą być nasze preferencje intelektualne, konsumpcyjne i duchowe... przyznam szczerze że dla mnie to straszna perspektywa...

Lecz Heller pisał też o przypadku, jego roli w dziejach, jego filozofii jego naukowej interpretacji... więc może to imć Traf (zwany też "psim smędem") zadecydował?

Trudne to wszystko jak na lichą mózgowinę Pana troglodyty... oj trudne.


   

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Nie straszcie nas dżunglą 3 - ślepy dostawca cierpienia.

Budzi strach, jest cichy, mały, bezbolesny. Nie usłyszycie jego brzęczenia, nie ostrzeże was miniaturowy cień na jasnej powierzchni, nie poczujecie ukłucia...

Czasami na skórze dostrzeżecie rumień, będzie to znak, swoiste memento. Nie czas już wtedy na obronę, pozostaje wizyta u lekarza...oby nie był to patomorfolog.

Sam w sobie jest niegroźny, ot nassie ciut krwi i odpadnie. Macie 50% szans że coś wam po sobie zostawi - średnio - gdyż miejscami macie praktycznie 100%. Imię jego... wektor!

Podarunki wektora nie są specjalnie zróżnicowane, a sprowadzić je łatwo do wspólnego mianownika - choroby!

Kleszczowe zapalenie mózgu (encephalitis ixodica)
Borelioza (choroba z Lyme, krętkowica kleszczowa, borreliosis)
Tularemia (tularaemia)
Erlichioza, ehrlichioza
Babeszjoza (babesiosis)
Mykoplasmoza (Mycoplasma pneumoniae)
Gorączka Q (zoonoza) 
Dur powrotny (Febris recurrens)


Strach Waści?
Potrzebujesz Afryki Równikowej?

 Popatrz mu w oczy miałem napisać - ale on oczu nie ma, nie potrzebuje.

Miał za to pecha, na podwórko przywlókł mi go kot sąsiadów. Przyszedł się przywitać, pogłaskałem go i wyczułem pod palcami miękką grudkę - kleszcza. Szybka akcja i pasożyt wylądował w puszce po konserwie turystycznej. Miałem go uśmiercić później, gdyż nie chciałem robić sobie na kostce krwawej plamy. Lecz zapomniałem o nim, wakacje, wyjazdy, zwiedzania - po jakimś czasie wyglądał tak jak powyżej. Zaschnięty worek skrzepłej krwi z karykaturalnie krótkimi odnóżami.

Zdjęcia robiłem... skanerem. Tych zwykłych macie cały internet, a takie są przynajmniej oryginalne.

ps. z ostatniej chwili - w Ameryce jest taki kleszcz co roznosi pierwotniaki.... nic ciekawego - ale te pierwotniaki powodują alergię na... czerwone mięso! istnieje ryzyko iż kleszcze to zostaną wykorzystane jako broń biologiczna w rękach organizacji wegetariańskich ;-)

piątek, 15 sierpnia 2014

Poranny gość

Wczesny ranek, w zasadzie późna noc, ledwie świta, półmrok, może nawet bardziej mrok niż pół... Generalnie o tej porze przyzwoici ludzie śpią, nieprzyzwoici zresztą już też. Nie śpią jedynie ci którzy mają beznadziejnie upierdliwe psy w domu. Albowiem beznadziejnie upierdliwy pies, stoi przy ogrodzeniu i oszczekuje coś co porusza się po drugiej stronie ulicy. To coś, beznadziejnie upierdliwego psa, olewa i to ostentacyjnie, co skłania ujadliwca do wzbudzania głosu na coraz to inne oktawy, tony, akcenty i w ogóle to zaraz zacznie ludzkim głosem gadać...

Schodzę w dół z mordem w oczach, zastanawiając się czy wystarczy kopniak, czy też ryzykuję iż Aura narobi wtedy skowytu, postanawiam zabić ją rękami, poprzez duszenie. Będzie cicho i bez krwi.

Odsuwam zasłony w oknie, aby ustalić gdzie ona jest, chyba czynie to zbyt głośno, bo pies momentalnie orientuje się w zagrożeniu. Milknie, zaszywa się gdzieś w ogrodzie i udaje że to wcale nie ona.

Przybysz najwyraźniej nadal ma to wszystko pod omykiem...

Sięgam po aparat, robię mu kilka zdjęć (wszystkie o kant tyłka potłuc bo przez szybę w oknie i po ciemku)


Zając szarak (Lepus europaeus)
 
Zające są bardziej ślepe niż dobrze widzą, jedyne co robi na nich wrażenie to ruch im bardziej gwałtowny tym lepiej. Staję w drzwiach, które dynamicznie otwieram, tak by pojawiła się za mną wielka plama światła... zadziałało. Szarak robi szybki zwrot i kica w inne kwartały osiedla. 
 
Wracam do sypialni, z oddali dobiega mnie ujadanie psów... jak słodko jest zasypiać, mając pewność że właśnie przestaje spać ktoś inny... ;-D
 

czwartek, 14 sierpnia 2014

Ebola

Ile trzeba, żeby opracować szczepionkę przeciw eboli? Co najmniej 50–60 białych ofiar...

Makabryczny żart, zaczerpnąłem z tekstu  Czy umiemy zatrzymać epidemię
opublikowanego w Rzeczypospolitej. 

Czemu mnie tak naszło?  No cóż tydzień z grypą żołądkową i na każdego czarne myśli spłyną - pięć dni - pięć kilo w dół. Do Legolandu z dzieciakami pojechała szwagierka zamiast mnie... 

Popuśćmy wodze  paranoi, oszołomstwu, spiskowym teoriom dziejów: 
Wyobraźmy sobie że wirus eboli to...broń biologiczna, broń o szczególnych właściwościach -  nie roznosi się kropelkowo, potrzebny jest bezpośredni kontakt z wydzielinami chorego. To znaczy że jest bardzo łatwa do kontroli w warunkach europejskich czy amerykańskich, ale nie w Afryce. 
Czy nie ma na nią lekarstwa? Owszem jest - "eksperymentalne".  
Czy ktoś celowo zarażał Afrykanów? - wątpię, raczej traktuje się ich jako "naturalny rezerwuar". 
Czemu sprowadzono chorych obywateli amerykańskich do USA? Żeby zastosować wobec nich "terapię eksperymentalną"... a może chodziło o pozyskanie świeżych próbek wirusa? 
Na co komu świeże próbki wirusa? Żeby się upewnić iż w dalszym ciągu posiada się leki zdolne go pokonać. 
A szczepionka? Jak pojawi się szczepionka - to broń przestanie być skuteczna. 
Przeciw komu ta broń? - przeciw każdemu kto zechce wszcząć ekspansję polityczną, gospodarczą, czy militarną na tamtych terenach - "spontaniczny" wybuch epidemii i kolonizatorzy mają poważny kłopot. 
W kogo "wycelowana" jest ta broń? Pierwotnie myślę że szachowały się tym świństwem wzajemnie Sowieci z USA, obecnie chyba chodzi o powstrzymanie (spowolnienie) Chińczyków.
Co nam mówi śmierć hiszpańskiego misjonarza i powrót do zdrowia Amerykanów? - tylko jedno na pewno... Hiszpania nie prowadzi programu badań nad bronią biologiczną, lub jest on kiepsko zaawansowany.  

Ech łeb gorączką trawiony... Co też mi się majaczy?... 


wtorek, 29 lipca 2014

Wylinka

Ważki to niezwykła grupa owadów, chyba jako jedyne poza motylami dziennymi, nie wzbudzają w przeciętnym człowiekowatym ciarek obrzydzenia. To zrozumiałe, są starsze niż dinozaury, filogenetycznie należymy do tak diametralnie odmiennych światów iż nie przenoszą one żadnych ludzkich chorób.

Co ma piernik do wiatraka? 

Otóż ma i to wiele. reakcja "obrzydzeniem" na owady, ma podłoże atawistyczne, czyli jest zawarta w naszych genach. Dzieciak który nigdy z owadami kontaktu nie miał, zareaguje tak samo na spacerującego po nim owada, jak by osoba dorosła - jak najszybciej będzie się starał go z siebie zrzucić.

Czemu?

Z prostej przyczyny - bo taki mechanizm obronny jest wbudowany w jego instynkty.

Mechanizm obronny? (czyżbym słyszał niedowierzanie?)

Tak, mechanizm obronny - Owady przenoszą mnóstwo groźnych dla człowieka chorób, są tzw. "wektorami", ktoś kto nie reagował obrzydzeniem na owada, miał większe szanse na zarażenie się i śmierć jeszcze w dzieciństwie, niż ktoś kto od maleńkości, owady ze swego otoczenia usuwał.

Że co, że wielu tak nie reaguje? Owszem ale za każdym razem jest to albo przełamanie się (jak pośród badaczy), albo otępienie nadmiarem owadów (jak w slumsach, fawelach itp.).

A na ważki tak nie reagujemy...
Dobra, dobra, tylko na imago ważek - larwy mało kto widział, a jak by widział, to też otrząsnął by się ze wstrętem.
To zresztą bardzo ciekawe stworzenia - mają unikalną  w świecie zwierząt zdolność do kanibalizmu na osobnikach dorosłych! Ukryte gdzieś pod lustrem wody, zagrzebane w gnijące resztki roślin, pośród mułów czyhają ze swymi morderczymi odnóżami i szczękami - nie są wybredne - cokolwiek nadaje się do jedzenia, zjedzone zostanie... "mama"?, "tato"? - wsjo białko, wsjo papu! (braciszki i siostrzyczki też nie do pogardzenia). Przy okazji eksterminują też mnóstwo "dziadaństwa", czyli całego tego owadziego narodu, który nam naczelnym uprzykrza życie i wypoczynek nad wodą, lub w okolicy wody.

A potem?

A potem larwa najadłszy się po wielokroć, czuje nagle potrzebę podniesienia się z dna! Niczym Alicja w krainie czarów, przechodzi na drugą stronę lustra (wody) i rozpoczyna mozolną wspinaczkę ku szczytowi. lecz do szczytu nie dociera, zamiera gdzieś w połowie i ...
i potem oglądamy takie truchełka.

 Marnej jakości zdjęcie... ostrość kompletnie nie ustawiona - zwalcie to na karb ostrego słońca i moich chłopców na których cały czas musiałem mieć baczenie, drugim okiem

Nieco lepiej, lecz i tak nie podejmę się określenia gatunku - może jakaś żagnica? Niestety w okolicy żadnej dorosłej sztuki nie wypatrzyłem, szkoda, bo można by od niej zacząć.

Zdjęcia zrobiłem na terenie kamieniołomu, na górze Wał koło Lichwina - jeszcze tu wrócimy.

środa, 16 lipca 2014

Nie straszcie nas dżunglą 2 - czyli...

Właśnie
Zazwyczaj nie trapią mnie trudności z wymyśleniem tytułu postu, tym razem... no cóż od przybytku potrafi rozboleć głowa.
Wybierzcie sobie sami (czekam na głosy)
1 - Paris truciucielka
2 - Zabójcza lilia
3 - Po czworolioście widzi się mgliście
4 - przyczajona w cieniu

Bohaterką dzisiejszego postu jest roślinka silnie trują, cała jest silnie trująca - co ciekawsze są co do niej zdania rozbieżne - jedni twierdzą że silniej trujące jest kłaczę inni że nasiona - póki co brak ochotnika do przetestowania. Na moje oko silniej trujące powinno być kłącze bo prócz saponin i sapogenin zawiera też  alkaloidy, ale jak mówię potrzebny jest ochotnik - od razu jednak uprzedzam samobójstwo przy użyciu tej roślinki jest przykre i bolesne.

To skupisko wypatrzyłem na Górze Wał opodal Lichwina - na przeciwstoku dawno nieczynnego kamieniołomu. Miejsca cienistego, bogatego w azot jej tam nie brakuje - na szczęście rośnie z dala od ludzkich szlaków więc nikomu nie zagraża. Pewnie nigdy bym jej nie wypatrzył gdyby nie zabawa z chłopcami w podchody.

Ale, ale - gadamy o bezimiennej!  Przedstawmy ją zatem

 Czworolist pospolity (Paris quadrifolia L.)

Szczegółowo opisywał nie będę - zarówno w Wiki jak i u Różańskiego została opisana w sposób wręcz wyśmienity.

Jak wiadomo truciznę od lekarstwa dzieli tylko kwestia dawki. Tak samo i Paris, stanowi cenny, choć wyłącznie dla wybitnych zielarzy surowiec medyczny, którego spektrum działania rozciąga się od właściwości wykrztuśnych i przeciwzapalnych, poprzez uspokajające i moczopędne, aż po onkostatyczne i przeciwcukrzycowe. Po drodze eksterminuje jeszcze robaki i pierwotniaki - panaceum rzec by się chciało...
Jest tylko jedno maleńkie ale...
Jak przeholujecie,
to:
Zacznie się od pieczenia w gardle, potem zjawią się obfite wymioty, biegunka, częstomocz, krwiomocz, podrażnione zostaną wasze jelita tudzież nerki, rozszerzą się źrenice, spadnie ciśnienie krwi. Serce albo zacznie walić jak oszalałe, albo... zacznie być śmiertelnie spokojne... Pojawią się porażenia oraz niedowłady, brak czucia na skórze, być może drgawki, majaki i odlot. Potem następuje śmierć wskutek zagłady erytrocytów i przenikania hemoglobiny do osocza - ładnie to się nazywa hemolizą - zabija też  awaria nerek a także zatrzymuje się serduszko. 
Patomorfolog który będzie Was kroił (gdybyście się jednak zdecydowali na samodzielną kurację) 
W waszej wątrobie i nerkach znajdzie nacieki tłuszczowe, krwawe wybroczyny i wysięki...
Cała radość z kuracji po waszej stronie.
To tak tytułem powstrzymania euforii miłośników medycyny naturalnej, która rzekomo nie szkodzi.

 

Osobną ciekawostką Czworolista jest jego długowieczność - poszczególne klony (czyli podziemne części mogą żyć nawet... 200lat ! Przez cały ten czas roślina... idzie naprzód - co roku pojawiają się nowe segmenty kłącza, po wydaniu rośliny zielnej, gdy ta już zakwitnie i zaowocuje, przemieniają się w spichrze, w tym samym czasie starsze pełniące dotychczas rolę magazynową części kłącza obumierają. Ciekawe czy ktoś kiedyś mierzył odległość poruszania się Czworolista - ale tak szacując z wielkości kłączy to pomiędzy pierwszym a ostatnim miejscem kwitnienia może być nawet kilkanaście metrów różnicy!


sobota, 12 lipca 2014

Nie straszcie nas dżunglą! 1.

Dżungla jest strasznie straszna! W dżungli czekają na nas same trujące, jadowite, parzące lub tnące ciało rośliny i zwierzęta. Dżungla jest wroga, nieprzyjazna i w ogóle - tylko dla orłów (znaczy twardzieli).

To pierwszy odcinek z zaplanowanego przeze mnie cyklu o tam jak przyjazna, jest przyroda naszych szerokości geograficznych...

Co powiecie na roślinę zawierającą kwas pteritanowy (orlikowogarbnikowy)? Taka sympatyczna substancja powodująca krwiomocz u bydła domowego a u koni porażająca układ nerwowy, co przysparza ich o chwiejny chód i objawy pijaństwa. Roślinka ta aczkolwiek ozdobna wielce, działa toksycznie zarówno na świeżo jak i w sianie.

Rośnie głównie w borach mieszanych lub sosnowych, ale czasami spotkać ją można także na terenach otwartych, tak na niżu jak i w niższych pasmach gór. L:ubi gleby lekkie, piaszczyste.

I znów jak w przypadku wielu roślin tropikalnych, będąc trującą, jest też... jadalna!  O ile dojrzałe liście są toksyczne to te młode, dopiero rozwijające się, oraz kłącze jak najbardziej jadalne a nawet zachwalane przez survivalowców jako przysmak. W kłączu znajdziemy aż 60% skrobi, można je rozbić na miazgę (mąkę) z tego zrobić podpłomyk. Z listków zaś japońskie danie warabe (nie pytajcie co to, jak zrobić i czym jeść...).

Przedstawiam bohaterkę dzisiejszego posta :

 Orlica pospolita, orlica zgasiewka (Pteridium aquilinum (L.) Kuhn)

 Tę napotkaliśmy podczas gonitwy z dzieciakami po Skamieniałym Mieście w Ciężkowicach.
 
 Teren porośnięty świetlistym lasem mieszanym, a piachu tu rzeczywiście mnóstwo - zważywszy ze mamy do czynienia z  wychodnia skał piaskowcowych, to dziwić nie może. 


I co, nadal boicie się dżungli?



poniedziałek, 30 czerwca 2014

Arion Rocket

Pamiętacie "Turbo", tę hollywoodzką bajeczkę o ślimaku który wygrywał wyścigi samochodowe? Barwny film z cyklu - trening motywacyjny dla maluczkich -, znaczy "my ci będziemy człowieczku bajeczki wciskali, ty sobie żyły wypruwaj w pogoni za mrzonkami, byleś tylko uwierzył w american dream i że wszystko zależy od ciebie". Guzik prawda!  Ślimak choćby się nie wiem czego naćpał, szybkości samochodu wyścigowego nie nabierze. No ale filmik zgrabny, barwny dobrze skomponowany - choć według schematów wytartych niczym podeszwy moich trampek.

Pewnie wielu po obejrzeniu poczuło się silnie zmotywowanymi, ja nie, ale trudno, taka moja przypadłość.

Jak widać na złączonym obrazku był ślimak przebrany za samochód wyścigowy, może być i ślimak przebrany za... rakietę!

 Arion, czyli ślinik ale czy rufus czy luzytański to bez sekcji powiedzieć się nie da.

sobota, 28 czerwca 2014

Pokraka sześcionożna

Dla wielu osób owady są synonimem paskudztwa, ohydy normalnie to "robalami". Swoją drogą, jak cienka jest politura wykształcenia, dziś w podstawówce podają wiedze, że robaki to coś diametralnie innego niż owady.Tyle teoria w praktyce, robal to robal...

Z drugiej strony są entomofile, dla których najbrzydsze określenie owada to słowo... piękny. I ich także trzeba zrozumieć. Sam pałętam się gdzieś tak pośrodku, jednak z wyraźną inklinacją do tych drugich.

Tym razem jednak, trudno użyć innego określenia niż pokraka... nawet największa doza dobrej woli, nic tu nie wskóra zresztą zostało to ujęte nawet w nazwie owada:

 
Krzywonóg półskrzydlak - Valgus hemipterus
Samczyk, ale w ich wypadku o "płci pięknej trudno mówić.

Stworzenie to wylądowało na murku mojego ogrodzenia akurat wtedy gdy przycinałem trawkę nożycami, można podkaszarką, ale moja się spaliła, i poszła do Castoramy w ramach akcji "kwiaty za elektrograty" - co było marnowaniem paliwa, gdyż dostałem w zamian dwa marne wrzosy, które były tak przesuszone, ze skonały w miejscu do którego je przesadziłem.

Lecz mniejsza
 - wylądował i ... normalnie w Częstochowie jak dziady z powyłamywanymi nogami wyłudzają jałmużnę, to on byłby królem żebraków. Nie dość że nogi powyginane jak by mu nadwaga kolana zdeformowała, to jeszcze przebiera nimi jakoś tak przypadkowo, raz jedną potem dwiema potem trzema i znów dwiema i znów trzema i jedną... i to tak mniej więcej wygląda jak by właśnie konał, tylko sobie miejsca znaleźć nie mógł. A co gorsza pancerzyk jego taki po przebarwiany, wyleniały, bez mała żyletką wyskrobany.... ofiara losu

 Do tego jeszcze jak na ofiarę losu przystało, wlazł w g...o! 
Co prawda szlachetne bo po kopciuszku, nie mniej jednak g...o! 

Obfotografowałem nieszczęśnika i zostawiłem, swojemu losowi. 
Być może w tym jego siła? Kto wie? Dla ptaków może stanowić obiekt tak przykry w odbiorze wzrokowym, że zwyczajnie... czują niesmak od samego patrzenia?

środa, 11 czerwca 2014

Wykresy gorąca

Jak już nie raz pisałem jestem typem borealnym, (nie mylić z "typem nordyckim"), gorąca mnie męczą - co prawda w pracy mam klimatyzację, w domu piwnicę a w drodze z pracy do domu, zawsze mogę rowerem przez Białą w bród... pozostaje cały ogromny szmat czasu gdy zwyczajnie się męczę.

Pokażę dwa wykresy ( w zasadzie to ten sam wykres, tylko jeden odzwierciedla 30 godzin a drugi 100).
Na wykresach mamy szereg danych a jeszcze więcej można wyczytać jak się ma wprawę z korelacji między nimi.


Wykres 30sto godzinny - czerwony i jasnoniebieski to temperatura w miejscu nasłonecznionym, dokładnie rzecz ujmując to temperatura w zbiornikach powietrza technologicznego i pomiarowego - są to takie wielkie beki pomalowane na niebiesko - czyli człowiek na słońcu odczuwa dokładnie to samo temperatury w zakresie 45 - 49 stopni Celsjusza. Ciemnoniebieski to wykres temperatury powietrza w miejscu osłoniętym od słońca i bezpośredniego nawiewania gorącym powietrzem - czyli, powiedzmy, warunki domowe - tu mamy w szczycie około 30 stopni C. Zielona kreska to ciśnienie atmosferyczne.
Wnioskowanie z wykresu:
Temperatura w miejscu osłoniętym wzrasta zdecydowanie później i wolniej niż w nasłonecznionym, w godzinach wieczornych, nocnych i wczesnoporannych cieplej jest w domu niż na zewnątrz.

Wykres 100 godzinny - temperatura rośnie z dnia na dzień - warto zauważyć pewien szczegół  Bardzo ostre "odbicie" linii czerwonej i jasnoniebieskiej po stosunkowo płaskim wytracaniu gradientu w godzinach nocnych - oznacza to bezchmurne poranki. Poszarpana linia w górnych odcinkach wykresu wskazuje że w ciągu dnia pojawiały się chmury (z czasu trwania dołka można wyczytać jak długo na niebie było obłoki).
Warto też zwrócić uwagę na linie ciśnienia - przestał\a rosnąć - czyli... czeka nas czas burz.

I w rzeczy samej (tylko dziś nie miałem aparatu) - na wczorajszym wykresie jest pięknie oddane załamanie pogody i nadejście chmur burzowych, co prawda nie w samym Tarnowie ale okolice Zakliczyna wytłukło gradem.
Chłodno mówię dobrej nocy ;-D

wtorek, 10 czerwca 2014

Opalała się?

Zeszłego roku spod gąsienic buldożerów uratowałem trzy tuje, dwie padły, ale jedna się przyjęła. Ponieważ już urządziłem dla nich zakątek, głupio mi było z niego rezygnować, więc dokupiliśmy jeszcze dwie i do tego dwa jałowce, obłożyłem teren wypłukanymi przez deszcze kawałkami łupków i wysypałem ozdobnym kamieniem. Iglaczki, jak mniemam po przyrostach, polubiły to miejsce. A z tego co zobaczyłem nie tylko iglaczki.

 Jaszczurka zwinka (Lacerta agilis)

 Grzała się w promieniach zachodzącego słońca...

 a widok mój i obiektywu aparatu skwitowała niezbyt przyjazna miną.

Może nie lubi paparazzich ?
Bo wkrótce czmychnęła w miejsce gdzie kamienie stykają się z trawą.

sobota, 7 czerwca 2014

Ogniczek który nie parzy

Ot leśny spacer z psem. Schodzimy akurat z Góry św. Marcina w kierunku na Skrzyszów i Lasek Kruk (zielony szlak) wchodzimy w leśne parowy, wypłukane deszczami w ilastej leśnej glebie i nagle pac!
Coś wali mnie w okular lewy.

To coś opada na liście babki na ścieżce i jest bardziej skonfundowane kolizją ode mnie. Małe czerwone i ... nie znam nazwy.

Sięgam więc po aparat i
 Ogniczek większy (Pyrochroa coccinea)

W domu już bez większych problemów przy pomocy forum entomo  (to nie mój wątek) ustalam kto zacz. 

Hmmm - chciał bym jeszcze pofotografować, ale natrętne chordy, hardych, chytrych i chciwych mojej krwi komarów skutecznie mnie odpędzają. Stąd zresztą rozmazanie tego drugiego zdjęcia, jakaś wredna samica usiłowała mi wkłuć się w brzeg powieki... ona przepłaciła to życiem, ja "zerwanym" zdjęciem.

wtorek, 27 maja 2014

przemiana

Przemiana z greki metamorfoza - brzmi pięknie. Najpiękniej brzmi i kojarzy się metamorfoza gąsienicy w motyla.... ba motyl to stworzenie poetyckie. Tymczasem płaz... przyziemne w sensie dosłownym, ba niekiedy nawet podziemne a zimowa pora to zgoła poddenne - no to czy to może być piękne?

W dzieciństwie każdą wolną chwilę spędzaliśmy z chłopakami na tzw balach - było to mygło dużych pni drzewnych ułożone na podmokłym placyku obok "Kopyciarni" (zakład produkujący jak sama nazwa wskazuje m/in. obcasy do butów). Pniaki te wyżłobiły w gruncie nieliche zagłębienia, a w zagłębieniach zbierała się woda w której.... kwitło życie (dziś to teren zabudowany... garażami!). Żaby, traszki, złotobrzeżki, tubifeksy, dafnie... marzenie akwarysty.

To wtedy pierwszy raz dostrzegłem przemianę kijanki w żabę - niesamowite!

Odkąd się przeprowadziłem nieodmiennie staram się znaleźć miejsce gdzie w okolicy składany jest skrzek i dorastają kijanki. Przez dłuższy czas bez powodzenia - albo nie było w nich żab, albo wysychały, lub też brzegi miały porośnięte trzciną i zabagnione, nie żebym się bał ubłocić... natomiast w grę wchodziło bezpieczeństwo kijanek - łatwo mogłem spowodować uszkodzenie zwierzaczka, więc odpuszczałem sobie.

W sukurs przyszła mi jednak Góra św. Marcina. Ten duży kompleks łupków jest jak gąbka nasiąknięta wodą - nawet w największe susze, zawsze coś zeń podsiąka - więc na skraju pól uprawnych i drogi zawsze są kilkunasto - kilkudziesięcio centymetrowe niewysychające kałuże - żabie mateczniki.

Tak więc znalazłem:

 Całe stadko uwijało się w mętnej, ilastej wodzie. 

Co jak co, ale wprawę w podbieraniu kijanek mam od dziecka.

 Płazik przez moment próbuje ucieczki a potem.

 Wczepiwszy się w mój palec zastyga w stuporze, mogę focić go bez obawy że zwieje - tyle że jedną ręką. 

 Mam cichą nadzieję że to nie jest ilustracja "zmierzchu płazów"
ps, ten samochód w tle to nie mój - to jakaś "żabcia" podjechała pod Górę św. Marcina na spotkanie ze swoim "żabolem" 

 Jeden wóz został tu, drugi pojechał w górę i skrył za krzakami - co robili nie wiem - zakładam że nie były to rozważania na temat metamorfozy żab...

   Tak na moje oko to Żaba trawna (Rana temporaria)
Wsunąłem rękę do wody, po chwili płaz niepostrzeżenie puścił i schronił się w zbawczym błocie i roślinności. Może mu szczęście dopisze i za jakiś czas będę obserwował jak jego kijanki przechodzą przeobrażenie? 

wtorek, 20 maja 2014

Z mrówkami na pieńku

To nie jest reklama jakiegoś chemicznego świństwa do eksterminacji mrówczej populacji...

Zdjęcia i obserwacje to plon wczesnowiosennego spaceru po Zawadzie - tylko że zapodziały się w niewłaściwym folderze i dopiero przypadkowo odnalazłem je dziś.


Czy wiecie że mrówki mają jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy węch pośród owadów?Posiadają cztery, do pięciu razy więcej receptorów węchowych niż reszta insekciarni.


Geny mrówek wytwarzają 400 białek służących jako receptory zapachów, tymczasem np. jedwabniki tylko 52. muszki owocowe 61, Komary od 70 do 150 kilku, zaś pszczoły 174.
Dane pochodzą z serwisu Nauka w Polsce 


Skąd zatem ten tytuł?
To proste, z tego pieńka robiłem zdjęcia okolicy...

niedziela, 18 maja 2014

Kanał

A propos kanałów... największy "kanał" jest z kanałami telewizyjnymi. Kiedyś np. z kanału TVN dowiedziałem się że jest coś takiego jak "tylna część pleców", a ostatnio z kanału Polsat z programu prowadzonego przez Kingę Rusin iż dopełniacz liczby mnogiej od zająca to ... "zająców" ... aż zajęczałem...

Kanały pod obwodnicą Tarnowa, to swoisty ekosystem, nikt by się tego nie spodziewał lecz właśnie taki się wytworzył w sposób zupełnie naturalny.  Czynnikiem podstawowym jest dopływ czystej świeżej wody ze zboczy Góra św. Marcina. Ponieważ zdecydowana cześć dawnych gospodarstw rolnych na tych terenach działa na "pół gwizdka" lub całkiem zawiesiła działanie ograniczając się do skoszenia łąk w wymaganych terminach i wzięcia dopłat unijnych, w wodzie tej nie ma chemii. Jednocześnie kanały te stanowią dla wielu zwierząt (i niektórych ludzi) wygodny sposób przechodzenia pod obwodnicą. Wprawdzie zagrożeniem są śmieci wyrzucane z przejeżdżających aut (kolizji ze ścianą betonową życzę z całego serduszka), lecz one zazwyczaj pozostają na pasie zieleni.

 Rów melioracyjny odprowadzający wodę z kanałów

Poniżej kanały właściwe

 Nartnik i jego cień 

 Kijanki
Jak widać na załączonym obrazku żaby posiadają pewne mechanizmy adaptacyjne, regułą jest iż wracają one składać ikrę do zbiornika w którym same się wylęgły. To nader sensowne przystosowanie (unikanie ryzyka, złożenia skrzeku do zbiornika który wysycha), było skuteczne przez wiele milionów lat, aż pojawił się człowiek. Przekształcenia terenu które spowodował, odcięły płazy od miejsc rozrodu, lub w ogóle zlikwidowały owe miejsca.  Całkowicie sztywny mechanizm reagowania, doprowadził by do wymarcia populacji na danym terytorium. Tymczasem płazy nauczyły się wykorzystywać miejsca alternatywne.Zapewne ze sporymi stratami, gdy złożyły skrzek w niewłaściwym miejscu, lecz też z szansą powodzenia w miejscach właśnie takich jak ten kanał.



Pijawka końska - tak stawiam - hirudologiem jestem marnym, nikt mnie o pijawkach w terenie nie uczył, więc i ich rozpoznawanie to czysto teoretyczne domniemania. Tu domniemam właśnie pijawkę końską gdyż jak sama nazwa wskazuje... nie pije ona krwi końskiej 
(bo zdechła by w tym kanale z głodu, gdyż koni tu nie ma).
Jest natomiast drapieżcą, żywi się kijankami, owadami, dżdżownicami - a tego akurat nie brakuje). 
Ta na zdjęciu jest wyrośniętą sztuką, choć książki mądre podają że liczą do 100 mm długości to ta na moje oko miała ich więcej.  

na koniec film. Zwróćcie uwagę na drobne jakby kawałki trawy przemieszczające się w drugą stronę niż nurt wody! 

  
Prawda że fajne? 
To larwy chruścika. 
Dorosłe chruściki przypominają motyle, lecz nimi nie są. Stanowią osobny rząd.
Pokuszę się o zaliczenie ich do rodziny Phryganea - ale to także z mojej strony spekulacje. 
W następnym ujęciu chruściki zażerające kawałek rośliny, a może jakieś żyjątko pod nim ukryte? 
Potem pijawki. 

Ciekawe jak przetrwały ostatnie nawałnice? 
Musze iść i sprawdzić.

czwartek, 8 maja 2014

Jaja mu zzieleniały !

Od razu rozwiać pragnę trwożliwe domysły - nie mam na myśli żadnego stworzenia typu ssak, zwłaszcza dwunożny.

Kosy to ptaki cudownie umilające nam wiosenne zmierzchy i noce.
Jeśli coś pamiętam z pielgrzymki przedmaturalnej do Częstochowy, to głównie, odśpiewany ku chwale nadchodzącego dnia, koncert kosów w Alei Najświętszej Marii Panny... (no jeszcze to że jednym pociągiem wracali ludzie z pielgrzymki, metalmanii, kibice po meczu, oraz wypuszczeni do rezerwy... ależ to był cyrk...)

Na gniazdo natknąłem się całkiem przypadkiem, otóż szedłem z Tarnowa do Tuchowa przez Porębę Radlną  i pomyślałem sobie że równie dobrze jak szlakiem, mogę przejść też boczną ścieżką - jak się okazało ścieżka prowadziła donikąd a w zasadzie całkiem w drugą stronę, więc musiałem pójść na żywca.

I po drodze coś wyfurczało w korony drzew prawie tuż przede mną. Pewnie nigdy bym do tego drzewa nie podszedł, ale skoro wyfurczało, to znaczy ze coś tam jest - a skoro jest... no i było!

Ukryte w rozłogach korzenia gniazdo kosa

A w nim pięć ślicznie zielonych jajek. To stosunkowo rzadkie znalezisko, kosy zazwyczaj nie gniazdują na ziemi, skoro tu się zdecydowały, to pewnie miały pu temu ważny powód. W okolicy domów ludzkich poza plebanią nie ma, to pewnie i kotów też, a jak nie ma kotów, kun czy lisów to lęg mają bezpieczny.

W każdym razie naprędce oddaliłem się od gniazda. w chwile potem już z oddali za pomocą lunety obserwowałem powracającą do jajek samiczkę.



poniedziałek, 5 maja 2014

Jeśli szukasz jeleniego...

To znajdziesz grzyba.

 Drobnołuszczak jeleni (Pluteus cervinus (Schaeff.) P. Kumm.)

Przyznam szczerze iż  nazwa jeleni jest mocno intrygująca - pozostałe bowiem nazwy w języku polskim bedłka, daszak rumieniak czy zwyczajnie łuskowiec, to już pospolicie brzmią, ale "jeleni"...
Wyobraźnie już podsuwa wizję stad jeleni toczących boje o kęs ulubionego przez nich grzyba, lub zgoła  odmienne (rzec by można drugo końcowo) wyobrażenie grzybów z lubością porastających to co jelenie po zerowaniu po sobie pozostawiły.
Niestety ani jelenie za grzybem nie przepadają, ani grzyb za jelenimi bobkami.  

 W głowie kołatała się jeszcze nadzieja że to o ludzkiego jelenia chodzi, bo grzyb choć jadalny, to średnio smaczny i trzeba być "jeleniem" by się łakomić na coś takiego. Przyznam knajacka była by to nazwa, lecz skoro można meszkom krzywdę wieczną wyrządzić na cześć Niesiołowskiego je nazywając, to już i "jeleni" jedynie jako niewinny żart uznać można - lecz także nie. 
Owa "Jeleniowatość" do nazwy polskiej z łacińskiego oryginału przeszła gdyż, cervinus od  cervus pochodzi a cervus to... jeleń.

Rzekomo owo cervinus to ze względu na fakt iż podstawki w owocniku tech grzybów - podstawki to nie to na czym grzyb stoi - lecz takie krótsze blaszki pomiędzy dłuższymi w hymenoforze (to co pod kapeluszem to hymenofor właśnie)  - dłuższe robią za osłonę, a na podstawkach czyli krótszych wyrastają zarodniki - no więc owe podstawki - (dały nazwę całej klasie grzybów podstawczakami zwanej)

- Maciej jeszcze jedna dygresja i nie ręczę za siebie
- no już dobrze, kończę z dygresjami

No więc owe podstawki mają... wypustki, które komuś skojarzyły się z jelenimi rogami.

Na zdjęciu tego nie widać, zerkałem pomiędzy falbany w hymenofor (tylko bez głupich skojarzeń prooooszę) za pomocą szkła powiększającego i ... z grubsza widziałem to samo co bez szkła tyle że większe. Więc szczerze mówiąc nie mam bladego pojęcia  czy się komuś dobrze czy źle kojarzyło. Myślę że nie ma innego wyjścia tylko musimy jeleniego na wiarę zaakceptować... obyśmy tylko na "jeleni" nie wyszli.