Zasoby naturalne powinny być zużywane w taki sposób, by czerpanie natychmiastowych korzyści nie
pociągało za sobą negatywnych skutków dla istot
żywych, ludzi i zwierząt, dziś i jutro

papież Benedykt XVI

piątek, 11 października 2013

Dąb Bażyńskiego


 Zapytajmy ciocię Wiki cóż to za postać ów Bażyski, tak świetnie polskobrzmiące nosząca nazwisko.

"Jan Bażeński albo Bażyński, Johannes (Hans) von Baysen herbu Bażeński (ur. ok. 1390, zm. 9 listopada 1459 w Malborku) – kasztelan elbląski, szlachcic pruski pochodzący z lubeckiej rodziny Fleming, przybyłej na teren Warmii w celach kolonizacyjnych w pierwszej połowie XIII w. W 1289 r. biskup warmiński Henryk Fleming nadał swemu bratu Albertowi wieś Bażyny i od tej pory potomkowie Alberta zwali się "von Baysen" (inaczej "de Bajsen" lub, jak się podpisywał sam Bażeński, "von Baysin")."

i Już widzimy że Starosta Hans rdzennym Polakiem był...

(Polecam zresztą przeczytanie całej notki biograficznej,bo to prawie gotowy materialna dobry film).

Ale dobrze, blog to przyrodniczy, nie katujmy czytelników roztrząsaniem zawiłości historycznych.

Drzewo jest okazałe. Największe z całej alei dębów - (podejrzewam iż inne też miały swoich ludzkich patronów - ale pewnie byli komuś nie rękę...a miało nie być historii):


 
Dąb szypułkowy (Quercus robur)

 
obwód 10 metrów 15 centymerów,

wysokość 25 metrów,


Pierśnica - 323 centymetry
(pierśnica to średnica pnia na wysokości 130 cm - czyli na wysokości dorosłego przeciętnego człowieka - często pierśnica określana jest przez laików jako obwód drzewa na wysokości piersi - co jest brednią, często spotykaną w tv, co jakimś dziwnym trafem też mnie nie dziwi.) 


Wiek circa about - 700 lat
(robi wrażanie)


Piękna ta Warmia ... jest dobrze bo mogę po niej swobodnie wędrować (w zakresie swobód udzielonych przez żonę - rzecz jasna), tuż obok mnie wycieczka niemiecka (być może to potomkowie nie tyle Niemców, co Prusów niemieckojęzycznych - ale mniejsza). Dopóki będą tu płotki chroniące drzewa a nie szlabany i druty kolczaste - będzie dobrze. Ciekawe czy moi chłopcy będą mogli przyjechać tu ze swoimi dziećmi pokazać im to wspaniałe drzewo, czy ono będzie jeszcze stało?


niedziela, 6 października 2013

Zaskrończyk - czyli, ofiara głupoty.

Zazwyczaj w swoich postach psioczęna idiotów za kierownica samochodu, tym razem muszę poskarżyć się na idiotę ...rowerzystę. Rzecz jasna może być to tak, że na rower usiadł autoidiota, lub motomatołek, w końcu sezon letni, tereny spacerowe...

Samej akcji nie widziałem, usłyszałem tylko szumoterkot grubego krosowego bieżnika, wpierw po bruku, potem po asfalcie, a następnie ryk radości i jakieś słowa których nie zrozumiałem, ale odnosiły się do faktu że półgłówek w coś trafił. Zlekceważyłem zdarzenie, bo często widuję jak zjeżdżając z "Marcinki" rowerzyści celują np. w puszkę po piwie.

Dopiero w okolicach wiaduktu nad obwodnicą zobaczyłem Aurę trącająca coś nosem na asfalcie, podszedłem bliżej i już wiedziałem co oznaczał ten ryk kretyńskiej radości.

 Debilkowatemu udało się trafić rowerem w młodego zaskrońca przemykającego ulicą. W tym miejscu asfalt ma szerokość na dwie ciężarówki, więc gnojek musiał faktycznie celować w węża.
Zaskrończyk miał tak 25 / 30cm długości, żaden wyczyn trafić i przejechać, każdy głupi by to umiał...


I w ten sposób herpetofauna okolic Góry Św. Marcina zubożyła się bezcelowo o jednego osobnika.
Próbowałem mu pomóc, podniosłem na tekturze z ulicy ale...Ślady kół trzy centymetry poniżej głowy i tuż przed ogonem nie dawały szans na przeżycie.
Ostatnie zdjęcie świadczy dobitnie - po żywym mucha nie ośmieliła by się tak dreptać. 

Swoją drogą zdumiewa mnie to napięcie mięśni grzbietowych, po śmierci wąż wciąż unosi głowę.
Może wypatruje sprawcy? Ot tak, aby gdy tamten już w kalendarz się zawinie, w krainie wiecznych serpentyn, moc wziąć odwet?

Ps. Ta notka powinna się ukazać kilka miesięcy temu, ale czasu brakło, a potem zdjęcia gdzieś się w przepaściach twardego dysku zagubiły.

wtorek, 1 października 2013

Ramaria z Mierzei


 Mówcie co chcecie ale tytuł niczym z kolejnej sagi nordyckiej pióra Mergit Sandemo. W razie czego to ze względu na moją mamę, która zaczytywała się "Ludźmi lodu" ma Pani zgodę na wykorzystanie tego tytułu ;-).

Po polsku zresztą też brzmi ładnie - Koralówka. No fakt nie już tak arystokratycznie jak Ramaria, nawet nieco folkowo jak  nawiązanie do piosenki Brathanków ale ... tys piknie.

Niestety, naukowe słownictwo rozdziera wszelkie zasłony romantycznej ułudy - to może być "inny klawarioidalny podstawczak" pisze Piotr Grzegorzek na Bioforum.

No i tym sposobem z bohaterki nordyckiej sagi zrobił nam się grzyb.
Koralówek jest sporo gatunków, nie chcę wyjść na mykolamera, więc  nie zdradzam swoich typów.


 

 Tego trafiłem na Mierzei Wiślanej, przecinając ją ścieżką od Krynicy Morskiej do Bałtyku. Tereny trudne i męczące z uwagi na olbrzymią ilość waLeni zalegujących lub zadeptujących każdy wolny kawałek piasku, trawki lub czegokolwiek co się do zalegiwania nadawało.

Szczęściem waLenie nie chadzają po lesie - nie da się tam wjechać samochodem, więc dla nich to teren niedostępny, na własnych cieniutkich nóżkach swych wielkich cielsk tam nie wniosą.

"Ramaria lub inny klawarioidalny podstawczak"
Jak zwał tak zwał, ale to ładny grzyb.





piątek, 27 września 2013

Węglan wapnia


"zasoby wapnia w wodach oceanu są wystarczające by zaabsorbował całą światową emisję C 12 (węgiel) w postaci węglanu wapnia CaCO3"

Celowo powiększyłem powyższy teks. to cytat z rewelacyjnego opracowania "Katastrofy i zagrożenia we współczesnym świecie" książki wydanej w serii "Wielkie tematy" przez WydawnictwoNaukowe PWN
Polecam.


Na zdjęciu muszle z dzikiej plaży pomiędzy Tolkmickiem a Fromborkiem, całe kilometry plaż pokrytych głównie muszlami, pokłady muszli o miąższości większej niż zasięg mojej reki - miliardy muszli. Tysiące ton węgla uwięzione w postaci CaCO3. Może więc zamiast obarczać naszą gospodarkę "kwotami emisyjnymi" zamiast hamować, ryzykując że ludzie mojego pokolenia i młodsi zdechną na emeryturach z głodu bo zabraknie kapitału aby ich wyżywić. Może zamiast urządzać kosztowne bankiety, promować hochsztaplerów (Al Gore), warto chwile pomyśleć i jedynie wspomóc naturalne procesy obiegu węgla w przyrodzie.
No ale na tym trudno będzie zarobić!

poniedziałek, 16 września 2013

Seks na krocie par.

Tytuł nieco dwuznaczny...
no dobrze celowo dwuznaczny z wyraźnym podtekstem.
Celowo taki - zapewne zwiększy mi ilość odsłon, podobną sytuację miałem korzystając z DC++. Udostępniłem cały folder z moimi zdjęciami przyrodniczymi nazywając go... "naturystki"- rany ile miałem transferów wychodzących ;-) i status VIP na kilku hub'ach - póki się nie zorientowali co faktycznie udostępniam, wtedy bardzo niedwuznacznie okazywali swoją złość, ale trudno, nikogo nie oszukałem (co najwyżej dał się zwieść swoim pragnieniom), status mi się należał. Tyle że nie bardzo było po co o  niego się starać, do pobrania były albo ewidentnie pirackie materiały, albo jakaś totalna beznadzieja, przy której kabaretony wydają się himalajami intelektualnymi.

Zdjęcia już starszej daty - po prostu tyle mam do zrobienia, że zwyczajnie nie wyrabiam z publikowaniem na blogu. Tym bardziej iż czas komputerowy muszę dzielić z dzieciakami.

Szedłem samowtór z Aurą. Rzecz jasna bezdrożami, czyli w tym konkretnym przypadku kanałem pod obwodnicą, a potem korytem odprowadzającym wodę z okolic tejże. Trasa fajna, komary jeszcze nie tak napastliwe, słowem sielanka dla offroadowca.

Wzrok mój przeciągnęła prezentowana poniżej scenka.

 A więc seks na całego, tu mamy parkę, ale w okolicy czaiło się jeszcze kilka samczyków gotowych do zbliżenia.
 Tytuł posta jak najbardziej trafny - par nóg mamy krocie.U Samczyka to miedzy 50 a 90 u samiczki nawet ponad 100.

Nie mam pojęcia co to za gatunek. Stawiam na krocionoga piaskowego. Ale krocionogów jest krocie a ja bynajmniej fachowcem nie jestem.
Na koniec krótki filmik.


Różowy gołąb

Wiele można by na temat różu napisać. Ale to ryzykowne w naszych czasach, bo albo blondynki się obrażą, albo blondyni (wicie rozumicie ;-) ), albo jak najbardziej hetero maczo meni tyle że ze spierniczonym gustem (typowy przedstawiciel... Elvis Presley).
A tu gołąb...
Ale jaja....
No może mu ktoś pisankę ze skorupki zrobił? Tak jak w bajkach?



Cóż chyba zrzucimy wybarwienie osobnika na karb jego młodego wieku - zauważyć należy że osobniki juwenalne gatunku Homo sapiens (astmaticus), także często nakładają na siebie krzykliwe barwy w egzotycznych zestawieniach.no to chyba do gołębi nie możemy mieć pretensji?

Zdjęcia zrobiłem na placu Witosa w Tarnowie.

środa, 19 czerwca 2013

Czarki sprzed 72 milionów lat


Nie wiem czy chciał bym żyć wiecznie - bardzo urzekała mnie onegdaj historia z "Ucznia domokrążcy" - ale to Fantastyka nr 2 (2) / 82 - więc prehistoria, z punktu widzenia młodego człowieka coś co działo się przed wynalezieniem Skypa i You tube to historia, a jeśli jeszcze wcześniej, przed upowszechnieniem Internetu - to mamy do czynienia z Antykiem - cała reszta to prehistoria. W końcu co to za różnica 10 milionów lat w te czy wewte?
Tyle że Jagit Katcheotooriantz podróżował w przyszłość, mi dane jest jedynie dotykanie przeszłości.

Bonarka w Krakowie - miejsce niezwykle ciekawe - szkoda że nikt nie usuwa stamtąd psującej czytelność odsłonięcia roślinności - Najlepszy opis znalazłem szukając nazwy wytworów które chciałem pokazać -  zapraszam na Geotydę .
Uwaga ze względów merytorycznych radzę zapoznać się z komentarzami Mariusza Kędzierskiego i nie dobierać sobie do głowy nieścisłości którymi operuję.

Sam więc od siebie nic dodawał nie będę - moja wiedza  geologiczna jest wiedzą wyłącznie harcerską (w tym kontekście należy słowo "harcerska" rozumieć jako "szarpacka", "harcownicza", "z doskoku").

W Bonarce pojawiłem się tuż po tym jak zwiedziłem Niemiecki Nazistowski Obóz Koncentracyjny "Płaszów" - w końcu sąsiadują o miedzę a w zasadzie stanowią jeden teren. Mówcie co chcecie, ale takie skały mają w sobie coś magicznego, trwalszego niż życie. kilka kroków i... zapomina się o XXI wieku, ryku samochodów i motorów, a człowiek zaczyna rozglądać się bo przypadkiem z zarośli może wyleźć coś co żyło nim w ogóle narodziła się ssacza gałąź. jakieś "przedpotopowe" (dosłownie) monstrum, chrzęszczące płytkami pancerza, zbyt tępe by zrozumieć że ma się wobec niego same dobre zamiary (wg wielu uczonych "dobre zamiary" to "w łeb i do formaliny"), więc może lepiej że chrzęszczący ktosiu tego nie rozumie - przede wszystkim nie rozumie, bo go nie ma - to zresztą oczywiste, trzeba być by rozumieć - niebytność równoznaczna jest z niezrozumieniem.
No więc z krzaków wyłazi miejscowy lump a ja znów powracam do marzeń o świecie sprzed 72 milionów lat.

 Jakaś gromadka młodzieży z zapałem tłucze kamienie szukając skamieniałości - część samiczek zdaje się jednak być pochłonięta obserwowaniem nauczyciela - z punktu widzenia przetrwania gatunku ich strategia wydaje się sensowniejsza;-)

 Jeden z uskoków - zarastająca roślinność zaburza czytelność formy geologicznej - nie mam nic przeciwko roślinom - ale akurat ten spłachetek powinien być regularnie z niej oczyszczany.

 Czarka
  Utwór geologiczny powstały na platformie abrazyjnej  - Zagłębienie po konkrecji krzemionkowej... bardzo stara czarka, ciekawe jak by smakowała kawa pita z czegoś takiego? - no ale trzeba by to coś wyłupać ze skały - a w rezerwacie robić tego (i słusznie) nie wolno, pozostaną na wyobrażeniach.

Już kończę - byłem dziś w lesie próbując wytyczyć nowy szlak - jestem podrapany do krwi ostrężynami, poparzony pokrzywami do bąbli wielkości 10 groszówek, pocięty przez komary i ledwie zmyłem z siebie tuziny kleszczy, skóra piecze mnie jak wściekła - idę skorzystać z dobrodziejstw XXI wieku i posprayować sobie co nieco. 

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Nauka czy ideologia?


 Naukowiec - człowiek nauki - badacz... Chciało by się widzieć zawsze kogoś o kryształowym choć trudnym charakterze, gotowego poświecić siebie dla nauki, kogoś niczym kapłan wiedzy. Najlepiej samotnego aby konieczność troski o bliskich go nie rozpraszała. No dobrze przeginam...
Ale niech naukowiec będzie przynajmniej uczciwy...
I nie mam tu na myśli tych którzy fabrykują osiagniecia, symuluja badania i pozyskuja wyniki z sufitu. Tych dość skutecznie weryfikuje samo środowisko. Chodzi mi o naukowców którzy uprawiają naukę, ale publikując swoje wyniki podporządkowują je obowiązującej (bądź silniejszej) linii ideologicznej. Dawniej np. odbywało sie to poprzez umieszczenie iluś tam dzieł Lenina i Marksa w przypisach lub/i wyszukanie w miarę adekwatnego cytatu z 'dzieł Zebranych" (co nie było trudne zważywszy że wszyscy ideolodzy lewicy zawsze piszą na tyle oględnie aby móc dana "myśl" przypasować do aktualnego kontekstu polityczno-społecznego)
Dziś robi się to inaczej - publikując obiektywne dane okrasza się je stosownym komentarzem lub przykładami.
Poniżej dwa przykłady:
1) - Radykalizm wpływa na logikę
2) - Mózg wcale nie służy do myślenia...

Zacznijmy od jedynki.
Ciekawe że autorka Joanna Sztuka z SWPS za radykalne uznaje poglądy na masonerie jako jeden z czynników sprawczych w dziejach ludzkości, ale już poglądów aprobujących zabijanie nienarodzonych, eugenikę, eutanazję itp. albo nie brała pod uwagę jako przykładów radykalnego lewactwa, albo... celowo przemilczała.
Natomiast uwaga jej promotora "Okazało się, że w przypadku konfliktu między logiką a przekonaniami, największe problemy z logicznym rozumowaniem miały osoby silnie identyfikujące się z prawicowym autorytaryzmem – dodaje prof. Grzegorz Sędek" - to czystej wody politpropaganda. Zapewne na WUMLu pan prof. dr hab zrobił by niemałą karierę - ciekawe czy żałuje że tych ostoi nieautorytarnego lewicowego przesiąkniętego logiką myślenia już nie ma?  Hmmm chociaż czy ja wiem ... może jeszcze są tylko nazwę zmieniły?

A teraz drugi kwiatuszek - prof Vetulanii - ten jest groźniejszy - umie pisać z wdziękiem, ładną polszczyzną, ma gadane (dobra szkoła Piwnicy Pod Baranami). Do zalinkowanego wywiadu podał przykład starczych zmian w mózgu które owocują np w postaci "obrońców krzyża" z przed Pałacu Prezydenckiego (znaczy namiestnikowskiego - ale niech się lokatorzy dalej samozakłamują). Trochę dziwi takie szarpanie osób starszych u faceta który sam dobija powoli do 80... z drugiej strony - jeśli on sam też cierpi na stwardnienie pewnych kanałów neuronalnych w mózgu, to by tłumaczyło czemu zatrzymał się na roku 68 paleniu "ziółek", rewolucji seksualnej itp!
Poniżej przykład z jego bloga, pokazujący tendencyjny dobór ilustracji.

Do szczególnie spektakularnego pomieszania rzeczywistego współczucia i wybuchu agresywnej nienawiści łatwo dochodzi zwłaszcza w tłumie, i agresją wynikającą z empatii stosunkowo łatwo manipulować. Mieliśmy tego pokaz w czasie manifestacji na Nowym Świecie późną wiosna tego roku, a dla socjologa z neurobiologicznym podejściem było to niewątpliwie ciekawe pole obserwacji.

http://vetulani.files.wordpress.com/2012/09/w21jw85p01.jpg?w=501&h=333
Cytat i zdjęcie z bloga prof. Jerzego Vetulaniego  - http://vetulani.wordpress.com/2011/02/17/empatia-i-agresja-dziwne-pomieszanie/ - 

Łatwo dostrzec że pierwsze zdanie cytatu i zdjęcie nie opisują siebie nawzajem - ale razem pokazane, uzupełnione zdaniem drugim, tworzą wypowiedź która jest zazwyczaj odbierana jako popularnonaukowa, podczas gdy jest to wypowiedź publicystyczna i t z radykalnie lewicowych pozycji.

Kończę już to przynudzanie.
Świata nie zmienię jednym postem ludzie tacy nadal będą uprawiali publicystykę pod płaszczykiem popularyzacji nauki. Mam tylko nadzieje że wzrośnie choćby nieznacznie liczba tych którzy krytycznie spojrzą na "naukowo udowodnione" twierdzenia.

Ps. Blog Vetulaniego czytam namiętnie - to naprawdę pierwszej klasy badacz i popularyzator... gdyby jeszcze miał na tyle odwagi by przebadać samego siebie.

piątek, 14 czerwca 2013

Kubek ołowianoszary

Konia z rządem temu kto wie o co chodzi w tytule...

no to spróbujmy z innej beczki;

Kubek ogrodowy ;-)

też nie wiecie?

No to z łaciny - Cyathus olla
Teraz już wszyscy na pewno wiedzą...

Więc o co chodzi?
O grzybki, mizerne wysokości około 12 mm, szerokości kapelusza takoż - marnota, do tego niejadalna.

Natrafiłem je wczoraj w pracy, akurat szykujemy 4/5 instalacji do "stójki" związanej z remontami i ktoś musiał zrobić  kontrole elementów które mają być odstawiane - jak zwykle na ochotnika wytypowano mnie.
Rosną sobie na wykoszonym zielsku, którego nikt od lat nie zbiera, częściowo na podłożu betonowym (przykrytym wykoszonym zielskiem, którego - jak się rzekło - nikt od lat nie zbiera) - więc to w zasadzie już nie beton, tylko kilkucentymetrowej  grubości warstwa humusu.

 te akurat są szare, suche i łuskowate w dotyku, ale występują też w nieco innych kolorach, np brązowawe


 To już starsze sztuki - młodsze są wywinięte do dołu i lekko wypukle na czubku

Otwierają się by wysiać zarodniki i wtedy już faktycznie zasługują na swoją nazwę.

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Niczym z "Dnia tryfidów"

Kto oglądał Dzień Tryfidów?
Nie ten współczesny politpoprawny bełkot, ale ten z roku 62, gdy kobiety na ekranie były zwyczajnie ponętne i wdzięczne a mężczyźni silni i gotowi i tylko roślinki co nieco zmutowane ;-) 
Ja tak.

A współcześnie?


Kosmate macki musnęły mnie w spocone wspinaczką błotnistym żlebem, po śliskich mułowatych, popękanych łupkach, na sobie dźwigałem plecach ważący kilkanaście kilogramów. ich dotkniecie było niczym przemarsz zwartej kompani tarantul idących krokiem defiladowym.


Odwróciłem się gwałtownie i użyłem mojej jedynej naonczas broni - oślepiacza fotonowego, sprzężonego z rejestratorem optycznym.


Przerażony stwór, usiłował wtopić się w tło. Przyczajone zło - pomyślałem - ukryty, niewidoczny, pełznący powoli stwór, którego jedynym celem jest opleść i udusić ofiarę - wysysając z niej wszystkie soki życiowe (wszelkie skojarzenia z Ministerstwem Finansów są przypadkowe i niezamierzone)

 Nie pomyliłem się, podstępnie wysłał macki tuż koło moich stóp. Ukryte w runie, zamaskowane dominującym konarem powalonego dębu. Czyhały tylko abym dał im sposobność ataku na moje kostki. Przewidziałem to.


Zdając sobie sprawę z nieskuteczności swoich zamiarów Tryfida salwował siebie ucieczką, byle dalej, byle w miejsce gdzie, mój oślepiacz fotonowy tracił swą moc - czyli w górę, coraz bliżej słońca. Na ziemi zostałem ja - niczym bohater horrorów SF z połowy ubiegłego wieku; silny i gotowy, jedynie u boku brakło mi kobiety ponętnej & wdzięcznej, co uznałem za niewdzięczność czasów w których mi żyć przyszło, połączoną z niekompetencją scenarzysty.

Jeśli zamiast ksenobionta uparcie widzicie tu Bluszcz pospolity (Hedera helix L.) to...
Macie rację, ale nie macie wyobraźni ;-)

środa, 29 maja 2013

Sztolnia...

Znów baaaaardzo długo nie pisałem nic, nawet nie miałem czasu zajrzeć do blogów znajomych. Z różnych względów,najczęściej z prostego faktu pokawałkowania czasu pomiędzy tym co trzeba zrobić, gdzie trzeba pojechać, gdzie iść, co ugotować itd. niby pomiędzy zajęciami zawsze jest trochę czasu, ale nigdy na tyle by spokojnie usiąść zrobić sobie kawę, zagryźć ciastkiem i napisać co ciekawego, nowego, lub choćby tylko wartego wspomnienia.

A mało tego nie było...

Ale dość marudzenia. postaram się odrobić zaległości, a to co przeszło i już nie warto o tym pisać - opisze w przyszłym roku albo w jeszcze następnym - jeszcze w zielone gramy jeszcze nie umieramy ;-) Prawda?

Jak zwykle ostatnio Góra Św. Marcina i jej północne zbocze.


Drzewo już stare, podmyte, murszejące ale wciąż żywe, a w drzewie... sztolnia. Korytarzyk wygrzebany w miazdze starego drzewa, prowadzi w górę, pewne do gniazda a co najgorsze... nie mam pojęcia co go zrobiło,owad, mały futrzak - raczej nic innego ale to i tak nader pokaźny rozrzut.

Jak się czegoś dowiem to dopiszę ciąg dalszy.

piątek, 10 maja 2013

Żyć pomimo wszystko

Olbrzym (jak na nasze lokalne pozbawione starodrzewu warunki) zwalił się już kilka lat temu,
co widać na poniższej fotografii.
 Nie wiem co go powaliło, pęknięcia są od strony południowej, być może nagła fala zimna, zlewająca się po północnym zboczu Góry Św. Marcina dopadła go gdy zaczynał ciągnąć już soki, co zaskutkowało rozerwaniem pnia? Być  może też nagłe gwałtowne oświetlenie gorącymi promieniami słońca doprowadziło do pęknięć a szalejące kilka lat temu gwałtowne południowe wichury doparły do korony która wywyższyła się już ponad ścianę innych drzew i powaliły go. Tego nie wiem. Pewnie dendrolog by się wyznał po śladach, ale ja czytać znaków w drzewie nie umiem aż tak dobrze. W każdym razie dąb runął już dawno.

W szczelinie jego rozerwanego pnia wyrósł już spory dziki bez, a odsłonięty runięciem olbrzyma szmat nieba, spowodował że drzewka w tym miejscu są co najmniej dwa razy większe niż te które wciąż skrywają się w cieniu.

Powalony ale nie zabity! Żyje pomimo wszystko, jakaś cząstka jego korzeni nie została oderwana, wciąż ciągnie soki, wciąż zasila ten ułamek włókien który pozostał nienaruszony, wciąż zasila liście...

Znikomo tego mało, w stosunku do metrów sześciennych zieleni którą dawał gdy był w rozkwicie swojej potęgi, ale wciąż walczy.
Powalony ale nie pokonany.


poniedziałek, 6 maja 2013

Paprotniki na hali

Nie wcale nie byłem ostatnio w górach. Praktycznie na skutek ataku zimy wiosna, nie ruszam się poza magiczny trójkąt dom, praca, ogródek. A jednak i paprotniki i hala są jak najbardziej prawdziwe. Tyle że hala jest hala elektrociepłowni. Sukcesja postępuje - po nas... będzie las.
To nieco inna sukcesja niż znamy z natury: mchy, porosty, paprotniki, zielne, krzewy, drzewa, las, zwierzęta itd. Tu pierwsi byli ludzie, praktycznie równo z nimi pojawiły się szczury, wkrótce potem pająki na oknach, muchy, komary, koty, ostatnimi laty pustułki, lisy, świerszcze i ropuchy... "łączki" jak były, to wyłącznie na dachu, czasami w zagłębieniach estakad i kolektorów odnajduję kępki mchów, ale wyłącznie poza obrębem hali - ta łączka jest absolutnie pierwsza i ... wciąż nikt nie wydał polecenia aby ją posprzątać, no ja też takiego polecenia wydawać nie zamierzam. Rośnie więc sobie obok jednego z rurociągów członu ciepłowniczego. Ma tu wilgoć, ciepło i półmrok.




Roślinka to najprawdopodobniej Zanokcica murowa Asplenium ruta-muraria - Dotychczas spotykałem ją wyłącznie na dachu, rosnącą na rozsypującej się zaprawie spajającej cegły szybu windy miałem ją nad głową, będę miał pod nogami.

I znów ta natrętna, optymistyczna myśl. Nie było nas był las, nie będzie nas będzie las... tylko co najwyżej sukcesja nieco zmieni swoją kolejność.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Wiewióra versus "magnetyczy wzrok"

To było jeszcze przed wybuchem wiosny, już ciepło, już słońce świeci, już poznikały kopki resztek śniegu, ale jeszcze drzewa pąków nie pościły, jeszcze zieleń czaiła się wyłącznie pod nogami i to głównie w postaci mchów.

Wracałem z Aura z Góry Św. Marcina, ot tak byliśmy na rekonesansie, co nowego, co zniszczyło się przez zimę, co zniszczyli ludzie a zwłaszcza debilki na quadach i motorach crossowych.

W pierwszej chwili zupełnie nie wiedziałem co tam jest pomiędzy gałązkami. 


 A Wy widzicie?











Potem zadziałało myślenie - ale dopiero gdy podszedłem bliżej upewniłem się co do tego

Był nieco zaniepokojony - zwierzaki błyskawicznie orientują się że są obserwowane - to jedno z ewolucyjnych przystosowań - gdy nikt na mnie nie patrzy, to nikt mnie nie widzi, jak mnie nie widzi to zapewne też mnie nie zje...


Bazując na tym samym zjawisku u ludzi, są osobnicy szczycący się "magnetycznym wzrokiem", twierdzący z duma wszem i wobec, że jak na kogoś patrzą to ten ktoś wkrótce zaczyna odpowiadać im wzrokiem.
Rację mają co do zachowania "ofiary" ale tylko co do tego - bo samo zjawisko nie polega na "magnetyzmie" czy innej magii, ale zwyczajnie jest reakcją obronną odziedziczoną po przodkach.

Zatem drogi Stanisławie (nazwisko i inne dane do wiadomości redakcji) jeśli  "ściągasz wzrokiem" spojrzenia kobiet, to bynajmniej nie dlatego że jest on "magnetyczny" ale wyłącznie z powodu tego iż natrętne spojrzenie w połączeniu z twoimi gabarytami (zwłaszcza w pasie) musi budzić zaniepokojenie u każdej kobiety ;-), podejrzewam iż jeszcze większe zaniepokojeniu musi budzić u mężczyzny ;-D.

A wiewióra? No cóż póki celowałem w nią z aparatu, usilnie starała się ukryć, gdy odjąłem aparat od oka, nieco się uspokoiła ale szukała drogi ucieczki, dopiero gdy wdziałem czapkę na oczy i nasze spojrzenia przestały się krzyżować, dała... czmych i ... tyle ją widziałem.

piątek, 26 kwietnia 2013

Wokół klimatu

Zima nam odpuściła, wiosna szaleje, już po pierwszym koszeniu ogrodu, nowe nasadzenia, podlewanie itp.
Znaczy że czas w sam raz aby... wrócić do zimy.
Bo gdybym napisał o swoich przemyśleniach wcześniej to pewnie wywołałbym spore rozdrażnienie - sam już nieźle poirytowany byłem nawrotem zimy, grypą we święta i resztkami resztek opału.
Tyle że to bardzo subiektywne odczucia, wynikłe z niezgodności stanu faktycznego przyrody w stosunku do naszych przyzwyczajeń.

A cóż takiego w ogóle się stało? Otóż ocieplenie klimatu, wywołało zmiany ruchów mas powietrza nad północną częścią globu, skutkiem czego zamiast wiać do nas znad Atlantyku - (wilgotno ale stosunkowo ciepło) - to wiało albo z północy (zimno), albo ze wschodu (jeszcze zimniej), do tego czasami jednak zaciągało nieco wilgotnych chmur z południa lub zachodu i mieliśmy wściekłe śnieżyce. Czyli na pierwszy rzut oka... minus.

A na drugi?


Jeszcze za czasów mojego dzieciństwa szczyt chłodów przypadał na okres przełomu grudnia i stycznia. Krótkie dni, bardzo niskie temperatury.Będąc dzieckiem chroniony byłem przez dorosłych,ale dla nich były to ciężkie czasy, nie tylko dla nich zresztą, pamiętam każdego poranka idąc do przedszkola widziałem coraz to nowe padłe przez noc ptaki.

Tymczasem obecnie, poza niekomfortową psychicznie sytuacją gdy 6 grudnia Św. Mikołaj zamiast na saniach podjeżdża na skuterze, a w Boże Narodzenie kolędnicy brną nie przez zaspy, ale przez koleiny błota... jest zdecydowanie lepiej.

Szczyt chłodów przypada na czas gdy dni są już zdecydowanie dłuższe, co pozwala ludziom widzieć świat zdecydowanie bardziej optymistycznie, odpocząć w ciepłych promieniach słońca, jednocześnie oferując ptactwu więcej czasu na żerowanie.

Być możenie mam racji, być może ilość minusów obecnego stanu rzeczy przeważa nad plusami, ale zdecydowanie jestem przeciwny apodyktycznym stwierdzeniom "klimatologów" jakoby działy się rzeczy straszne, katastrofalne, okropne i ogólnie apokaliptyczne.

Ps - te ślady na zdjęciu to oczywiście trajektoria biegu Aury - głupi pies nie docenił uroku okręgu kreślonego wiatrem i przedarł tuż obok. Trudno mieć mu to w sumie za złe... cieszy się śniegiem, słońcem, życiem. Więc może wcale nie taki głupi? Może warto się od niej uczyć i też cieszyć się śniegiem, słońcem, życiem, nic się nie przejmując straszeniami "klimatologów"?

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Kulczyk pan

To jeszcze nie była ta wiosna, to była poprzednia ta z końca marca, zakończona mrozem i śnieżycami. ale pan Kulczyk już ośpiewywał swoje terytorium.To urocze ptaki, śpiewają ładniej od kanarków, z wyglądu też ładniejsze. Do tego darmowe i wystarczy im okazać nieco serca (i trzymać koty na uwięzi) by rozbarwiły śpiewem całe osiedle.



A poza tym to już teraz chyba faktycznie wiosna na całego. 
W ogródku kończą mi kwitnąć przebiśniegi i krokusy, zaczęły śnieżniki.

Właśnie wróciłem z obchodu po "dzikiej" okolicy.
Obserwacje: Zaczęły kwitnąć kokoryczki i miodunki, pojawiają się kwiaty na złoci żółtej. 
Sójki nieźle przezimowały i jest ich dużo w okolicy, nieco słabiej z makolągwami i mazurkami,kosy i szpaki bez zmian, wrona siwa niestety nadal sama.

niedziela, 7 kwietnia 2013

Lisowo

Klasyczna lisia sadyba, kilka wejść w różnych kierunkach, teren łatwo dostępny ale praktycznie nieuczęszczany. Porośnięty brzozami nawłociami i inna wysokopienną roślinnością ruderalną. Dawno temu był tu sad, ale drzewka zmarniały i teraz zaczęło się samoistne zalesianie. Dłuższy zresztą czas zastanawiałem się skąd ten lis przychodzi, po osiedlu spaceruje rankami, nie bojąc się że braknie mu czasu na odskok w bezpieczne miejsce. Nie spodziewałem się że ma sadybę założoną tak blisko - bo to kwestia zaledwie kilku minut spacerkiem. Jego obecność zresztą tłumaczy fakt szybkiego zmniejszenie liczby kuropatw w okolicy. Spryciarz nie polował na kury, które są w okolicy hodowane, bo to rzecz jasna ściągnęło by nań zemstę ze strony ludzi, ale uganiał się za ptactwem dziko żyjącym mając do dyspozycji bażanty i kuropatwy głodu nie cierpiał a i zając też w okolicy to nie jest rzadkość.

Ale było minęło...

 Przedłużająca się zima, skłoniła właściciela terenu (lub złodzieja - bo nie mam pewności) do wycięcia kilkunastoletnich brzóz - brzozą nawet świeżo ściętą mozna spokojnie palić w kominku czy kotle CO, w przypadku innych drzew to bardzo trudne zadanie.

Razem z brzozami wydeptano też nawłocie, wrotycze i inne podobne.Więc schronienie dotąd bezpieczne stało się żałośnie odsłonięte.

 

Nory rozmieszczone są na planie kolistym, wejść jest co najmniej sześć, niektóre jak widać na zdjęciu wyżej prowadzą w dwie strony równocześnie. Teren zdaje się opuszczony, choć być może lokator tu wróci, gdy tylko nowa roślinność znów zamaskuje teren - człowiek nie wrodzi - bo co miał wyciąć to wyciął i nie ma tu już dlań nic godnego zainteresowania. Przy okazji zostawił po sobie stertę naciętych gałęzi - no przecież "się nie opłaca" nimi zajmować - dla mnie dobrze, może się jakieś ciekawe grzybki pojawią - ale tak ogólnie to kolejny przykład gnojarstwa anie gospodarstwa. Te gałązki porąbane lub rozdrobnione, dostarczyły by jeszcze zamiennika dla co najmniej kubika drewna - tenże oszczędzony kubik został by w lesie czy na polu, nadal rosnąc, czyszcząc powietrze, produkując biomasę, ciesząc oczy, dając schronienie zwierzakom... ale przecież durniowi "się nie opłaca"...