Wzorując się na Cejrowskim, który odgrzebuje starocie w archiwach telewizyjnych, ja odgrzebuję starocie w bibliotece - Bogiem a prawdą - to trudno tam o nowości...ale to inna historia.
Rewelacyjną książkę przeczytałem.
Safari Mingi - Wędrówki po Afryce
Wacława Korabiewicza
Facet sam w sobie to ciekawy przypadek - jak dla mnie towarzysz idealny - choć spotkamy się dopiero...tam!
Ktoś kto gardzi wygodami, hotelami, kto woli piesze włóczęgi i poznawanie świata od podszewki, od "wczasów", "turystyki" i "zwiedzania".
Lekarz (nie lubię lekarzy, ale ten jest wyjątkowy) - etnolog, zbieracz eksponatów etnologicznych
zresztą - facet jest w Wikipedii to sami sprawdzicie.
Ale do sedna
W trakcie jednej z wypraw w głąb Afryki, w poszukiwaniu eksponatów muzealnych, zostaje skierowany do jednego z "szefów" (tacy wodzowie plemienni w czasach kolonialnych - bo to wszystko się działo ponad 60 lat temu...)- ten organizuje mu "występy" miejscowych szamanów
Poczytajcie sami.
"Tymczasem zjawił się przed moim namiotem inny typ czarodzieja; ten niósł pod pachą róg antylopy oprawny w drewniany trójnóg, na szyi zaś miał zawieszony ogromny kryształ kwarcu.
- To bufumu, wywoływacz deszczów — szepnął Majaberi — z takimi lepiej być w dobrej komitywie.
Przypomniała mi się pewna ciekawa historia, jaką przed kilku dniami opowiadał mi starosta w Dodomie. Działo się to w jego prowincji. Oto pewien znachor, zaklinacz deszczów, zarabiał swoją
praktyką wielkie sumy i krążyła o nim sława jako o bardzo bogatym człowieku, ale podatku pogłównego płacić nie chciał. Wobec tego starosta posłał do niego urzędnika z upomnieniem. Urzędnik został zwymyślany, po czym czarodziej zapowiedział, że jeśli jeszcze raz ośmieli się go niepokoić, spali mu żonę i dzieci piorunem. Biedny Murzyn drżał ze strachu, gdy mu starosta kazał iść do czarodzieja ponownie, ale musiał rozkaz spełnić. W parę dni po tej drugiej jego wizycie tłum Murzynów przyniósł przed gmach starostwa zwłoki kobiety i dwojga dzieci porażonych piorunem. Była to rodzina owego urzędnika. Co miał robić starosta? Znalazł się w głupim położeniu. Ukarać czarodzieja — znaczyło przyznać mu nadprzyrodzone właściwości. Nie karać — jeszcze gorzej. Więc ostatecznie postanowiono aresztować go i wytoczyć sprawę jedynie za niepłacenie podatków.
W dniu sądu pogoda była śliczna, jak zwykle w sezonie suchym. Czarodziej stawił się na sali w pełnym oficjalnym stroju, to znaczy obwieszony amuletami i w czapce z piór. Zachowywał się godnie i z powagą. Z wielkim spokojem wysłuchał wszystkich skarg. Nagle na pogodnym niebie zjawiła się czarna, gradowa chmura i grzmot przetoczył się nad sądem. Wśród obecnych na sali powstała panika. O tej porze deszcz — rzecz niebywała! Ze strachem oglądano się na drzwi. Starosta musiał jakoś opanować nerwową sytuację, więc zwracając się do znachora, rzekł złośliwie:
— Może ten deszcz, co idzie, to twojej roboty sztuczka? Jeśliś taki potężny, to zabij mnie piorunem.
Czarodziej spojrzał na starostę spode łba i rzekł głosem spokojnym:
— Bwana m'kubwy nie ruszę, ale ich — tu odwrócił się nagłym ruchem i wskazał na tłum świadków — ale ich... zabiję!
Rozległ się straszliwy grzmot i potopowy deszcz lunął na dach domu. W jednej sekundzie cała sala opustoszała i starosta przerwał rozprawę.
Powyższą historię, jako prawdziwą, starosta podał do miejscowego pisma antropologicznego."