Pisałem niedawno na swoim blogu wędrówkowo krajoznawczym kilka postów które ukazały się już po moim wyjeździe, chodziło o to by nie walić w jednym tygodniu kilku materiałów, bo to nuży i zniechęca. taka mnie naszła wówczas myśl, że jeśli jadąc do Augustowa spotkam się po drodze z TIRem, lub drzewem, to ktoś będzie czytał moje słowa w kilka dni po mojej śmierci...
Wiecie, dla pisarza nie ma fajniejszej świadomości niż ta że oto Non omnis moriar i będzie czytany jeszcze setki lat po śmierci (przypadki wielu modnych, okrzykniętych geniuszami pokolenia pisarzy, ba nawet kilku noblistów,, którzy zostali zapomniani już za życia, dowodzą że ta świadomość bywa złudna), natomiast dla blogera, który z założenia pisze tu i teraz, który przyjmuje iż bajt z kulawym bitem do niego nie zajrzy już w tydzień po publikacji, bo u wszystkich subskrybentów i obserwatorów zostanie on zawalony setkami powiadomień o innych publikacjach, taka świadomość jest nieco stresująca. Nie boje się śmierci, ale co by sobie pomyślało kilka osób na których opinii bardzo mi zależy, gdyby na ich komentarze nie pojawiła się żadna odpowiedź?
Oni piszą, ja milczę, za chwile znów pojawia się post - ja już na tamtym świecie, więc nie odpowiadam... co o tym myśleć? jak do tego podejść?
Do tego jeszcze już w trakcie tych rozmyślań - jeszcze przed wyjazdem - pojawiła się informacja o nowym poście na blogu ... prof. Vetulaniego!!!!
Człowiek zmarł kilka miesięcy temu a tu nowy post?! Czy to nie nemezis, znaki daje, może sam Asasello lub Asmodeusz szyderę uprawiają ciesząc anielskie (wszak demony to także anioły, tyle że po ciemnej stronie mocy) oblicza widokiem mojej konfuzji?
Akurat na końcu wpisu możemy przeczytać:
"Wpis ukończony przez Jerzego Vetulaniego w październiku 2016,
opublikowany pośmiertnie przez redaktora bloga Franciszka Vetulaniego w
sierpniu 2017."
Szacun!
A propos - TAKI człowiek zginął przez jakiegoś motozjeba któremu zabrakło wyobraźni (możesz mnie szmaciarzu do sądu podać za znieważenie, jeszcze ci ryja na korytarzu obiję).
A żeby nie było dość. Akurat przed wyjazdem czytałem sobie "Wyspę na prerii" Cejrowskiego - tak wiem! Stara pozycja, ale jakoś wcześniej nie było czasu... A tam...
No właśnie - ojciec zostawia dla syna kilka niespodzianek, a fakt że syn znajduje je wiele lat po śmierci ojca, zresztą zgodnie z przewidywaniami i zamierzeniami tego pierwszego, bardzo upodabnia zdarzenia do leitmotivu moich przedwyjazdowych rozmyślań.
Fatum, ostrzeżenie, znaki, szyderstwo mojego anioła stróża?
Ps. ten post jest pisany za życia. Wróciliśmy, żyjemy, nic nam nie jest (przynajmniej na oko).
Ale kto wie czy następnych postów nie opublikuje już automat?...