Mem... pojęcie stworzone przez... a jakże... Richarda Dawkinsa na potrzeby zakończenia książki "Samolubny Gen".
Mem - jest u Dawkinsa pojęciem równorzędnym z genem, tylko odnoszacym się do kultury i ewolucji kulturowej. Pojęcia "mem" i jego pochodna "memetyka" (jako gałąź nauki, zajmująca się ewolucja kulturową i propagacją "memów" w społeczeństwie) została chwycona przez kulturoznawców jak połeć gnijącego mięsa przez sępy. I choć obecnie definicje Dawkinsa uznane są powszechnie jako "naiwne" lub "nie spełniające kryteriów metodologicznych" to jednak swoją rolę odegrały a pojecie "memu" przeszło na stałe do tzw "świadomości społecznej" (czyli memosfery).
Obecny stan nauki zwanej memetyką najłatwiej jest ocenić samemu np. ściągając i czytając "„Teksty z Ulicy” – czasopismo naukowe pracowników, doktorantów i studentów
Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Od 2005 roku z podtytułem „Zeszyt memetyczny”".
Mi jednak nie o stan obecny chodzi ale o pastwienie się w dalszym ciągu nad Dawkinsem, a zwłaszcza nad jego wyznawcami. Do tej pory wykazałem (lubo mam taką nadzieję) że Dawkins to: ultrakonserwatysta, ksenofob, faszysta i seksista ... a wszystko to jedynie na podstawie analizy "samolubnego genu" - otóż dobrze jest żyć ze świadomością (której często wielu brakuje) że "idee mają konsekwencje" (książka i bon mot Richarda M. Weavera)
Tak się składa że memy rozsyłane (bo teraz już zaczniemy idee nazywać memami zamiennie - choć to nie do końca tak,. ale pomoże zrozumieć) przez Dawkinsa, uderzają także w jego ukochane lewicowo liberalno ateistyczne środowisko. Wystarczy po prostu być w ich realizacji i analizie... konsekwentnym.
Wykazałem także (i także mam co do tego nadzieję) że Dawkins swoją książkę pisał jako głos w dyskursie społecznym na tematy religii / ateizmu, postępu / "wstecznictwa", liberalizmu / konserwatyzmu itd. Łatwo się domyślić po której pan Richard stoi. Uważając się za "osobistego nieprzyjaciela Pana Boga" postanowił stworzyć dzieło które raz na zawsze udowodni że Boga nie ma gdyż to ewolucja ukształtowała etykę, altruizm, miłość itp.
Jednakowoż Dawkins nie jest głupcem, to wybitnie inteligentny człowiek i w pewnym momencie dostrzegł że jego wywody, zostaną bez problemu obalone przy pomocy argumentów pochodzących z nauk społecznych, kulturoznawstwa, socjologii, psychologii i pokrewnych. Koniecznie musiał więc, wprowadzić do swojej książki pojęcie "memów" i "memetyki" a także ich zmienności w czasie i w kontakcie z innymi memami tudzież warunkami środowiskowymi. I to zrobił. Pomysł zresztą nie był ani nowy, ani odkrywczy, zauważmy że definiowany przez niego "mem", w sumie niewiele się różni od platońskiej "idei", może poza tym że "idee" nie ulegały ewolucji.
Argumentacja Dawkinsa w tym momencie sprowadzała się do stwierdzenia - Boga nie ma, religia to brednia gdyż wszystkie pojęcia z Bogiem i religią związane, podlegały i podlegają ewolucji a powstały jako odpowiedź istot inteligentnych na wymagania środowiska kulturowego w jakim żyły. Na pierwszy rzut oka sensownie i faktycznie trudno taki tok rozumowania obalić (wybitnym "brakiem współdziałania ze strony Ducha Świętego" wykazują się ci Katolicy i Protestanci, którzy argumentują za pomocą odwołań etycznych - "jako wierzący jestem dobrym człowiekiem, a gdybym był niewierzący, to nic nie powstrzymywało by mnie przed wyrządzaniem krzywdy bliźniemu" - bo to podstawianie sobie kolan do przestrzelenia...).
Istotnie - pojawia się mem religijny, który "tłumaczy" zjawiska (burza, tęcza), wydarzenia (śmierć, narodziny) i tenże mem jako atrakcyjny dla słuchaczy zostaje szybciej propagowany niż mem ateizmu (przypomnijmy los Sokratesa...). Otóż takim prostym rozumowaniem rozprawiłem się z religią... Niech ktoś spróbuje obalić to rozumowanie - czekam tydzień - do przyszłej środy - wtedy... sam je obalę ;-).
fajnie - a tytuł... kiedy wytłumaczę tytuł?!!!
Otóż trzeba byście odwiedzili Blog Wojciecha Gotkiewicza i odnaleźli moją z nim dyskusję, bo nie chce mi się streszczać.
Zatem - czemu pomyśleliśmy to samo? Na tej samej zasadzie na jakiej dziś nosi się obcisłe spodnie z krokiem w kolanach i mankietami jak od wiatrówek, a ja nosiłem obcisłe rurki w kratę (tak, byłem/jestem punkiem). Moda tak samo jak ideologia, wierzenia religijne, poglądy polityczne, estetyka itp. ma swoje memy. Te mamy ewoluują ale i propagują się pośród ludzi. Zapewne też tak jak w genetyce, odkryto; epigenetykę, tak w memetyce odkryje się wkrótce; epimemetykę.
Czyli..
Czyli są dwa tłumaczenia (może więcej, ale te dwa uważam za najsensowniejsze)
1 - memosfera - czyli ogólna niematerialna ilość memów krążąca w społeczeństwie, z której czerpiemy, a w której ostatnio górę wzięły poglądy o fotografii przyrodniczej bez elementów przyrodoznawczych a jedynie oddającej klimat - czyli mgła jako główny i jedyny motyw.
2 - epimemetyka - gdzieś na jakimś etapie swojego życia zostaliśmy zainfekowani tym samym memem - fotografii przyrodniczej bez elementów przyrodoznawczych a jedynie oddającej klimat - czyli mgle jako głównym i jedynym motywie, a następnie jakieś wydarzenie/zjawisko uaktywniło tenże mem. Ponieważ musiało być to zjawisko/wydarzenie wspólne więc najpewniej była to mgła która nasunęła nam myśli o sobie jako o motywie głównym i jedynym fotografii przyrodniczej bez elementów przyrodoznawczych ;-)
Ps. powyższy tekst nie jest wymierzony w osoby niewierzące (nie jestem nosicielem memu Savonaroli) - a jedynie w wyznawców religii Dawkinsonizmu.
„Zasoby naturalne powinny być zużywane w taki sposób, by czerpanie natychmiastowych korzyści nie
pociągało za sobą negatywnych skutków dla istot
żywych, ludzi i zwierząt, dziś i jutro”
papież Benedykt XVI
pociągało za sobą negatywnych skutków dla istot
żywych, ludzi i zwierząt, dziś i jutro”
papież Benedykt XVI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ateizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ateizm. Pokaż wszystkie posty
środa, 21 września 2016
piątek, 10 kwietnia 2015
Potyczka z ekspertami
Dziś materiał gadany, możecie sobie spokojnie go odpuścić, ale ja musiałem się wygadać, bo diabli mnie brali.
W skrócie chodzi o to że eksperci twierdzą iż jest cacy, fajnie i nic nauki nie ogranicza a ja twierdze coś diametralnie innego. Poza tym niektórzy wygłaszają tezy z którymi się zgodzić w stanie nie jestem.
Zatem oglądacie na własne ryzyko - ostrzegałem że będę przynudzał.
W skrócie chodzi o to że eksperci twierdzą iż jest cacy, fajnie i nic nauki nie ogranicza a ja twierdze coś diametralnie innego. Poza tym niektórzy wygłaszają tezy z którymi się zgodzić w stanie nie jestem.
Zatem oglądacie na własne ryzyko - ostrzegałem że będę przynudzał.
piątek, 31 stycznia 2014
Samolubny gen
Samolubny gen - sztandarowa książka Richarda Dawkinsa, dzięki której wyewoluował on rewolucyjnie ;-) z podrzędnego biologa, na guru "postępowej", ateistycznej lewicy.
Książka powstała we wczesnych latach siedemdziesiątych, był to okres posthippisowskiej kontestacji "wszystkiego co ludzkie", literatura SF pełna była np. opisów jak to obrzydliwie ludzie jedzą, ba nawet tak niecodzienny umysł jak Stanisław Lem pisał docinki pod adresem człowieka jako : "... nieszczęsna nacjo, co łączysz się z jej kanalizacją...", pijąc oczywiście do stosunku seksualnego. Tylko że gdy opary LSD i trawki opadły wszyscy inni z tego wyrośli.... Dawkins nie.
Czytając tę książkę trudno oprzeć się wrażeniu iż powstała głównie po to by autor miał możliwość wygłoszenia swoich manifestów społeczno, religijno politycznych - miejscami zdumiewająco zresztą naiwnych - np. domaganie się od "ludzi pracy" by wykazali szlachetną powściągliwość i altruizm podczas "negocjacji" płacowych ale tylko gdy są to negocjacje prowadzone przez rząd czerwonych Wigów, gdy do władzy dochodzą Torysi z Margaret Thatcher na czele "ludzie pracy" już wcale nie powinni być "altruistyczni" lecz "samolubni"...
Pełna jest też zawoalowanych przekazów sugerujących wyjaśnienie świata i życia - na zasadzie - skoro wiemy że tęcza powstaje w wyniku załamania i rozszczepiana promieni świetlnych na kroplach wody, to znaczy że tęcza nie jest dziełem Boga, co z kolei oznacza iż... Boga nie ma.
Sama zaś idea "samolubnego genu", przez Dawkinsa nazywana szumnie i dumnie "teorią" - każdy by chciał być autorem teorii - bazuje na mniemanologii i gdybaniu autora. te rozdziały które nie są np. opisem behawioru zwierząt bazującym na matematycznej teorii gier, to w znacznym stopniu mętniactwo.
Po pierwsze autor nie zna wielu kluczowych dla zagadnienia odkryć naukowych i kierunków badawczych, rozumiem iż np. epigenetyki (w latach 70 pojecie na jej temat miało może trzy cztery osoby na świecie) mógł nie wziąć pod uwagę, ale już emergencja była doskonale w świecie naukowym znana, opisywana językiem filozofii, matematyki i ekologii, zatem powinna odgrywać kluczową role w tego typu wywodach jak "samolubny gen". w końcu czym innym jest prosta "machina przetrwania", a czym innym zespół złożonych mechanizmów i submechanizmów (osobnik, kierowany przez własny układ nerwowy i metabolizm składa się z komórek, które to komórki też są indywidualnymi mechanizmami sterowanymi własnym metabolizmem, kodami DNA oraz RNA tudzież sygnałami chemicznymi i elektrycznymi z zewnątrz, zmuszającymi je do działania niekiedy wbrew sobie.
Np. brak mi w tej książce wyjaśnienia jak powstało zjawisko apoptozy skoro jest ono de facto zmuszeniem komórki do zachowania altruistycznego, całkowicie wbrew jej własnym interesom, przy czym zgodnie z "teorią samolubnego genu" dobro całego organizmu musi jej być całkowicie obojętne.
Dawkins nie ma (w latach siedemdziesiątych mógł nie mieć - ale to powinno znaleźć swoje miejsce w przypisach) pojęcia także o czysto biologicznych aspektach pewnych zachowań - np. dość powszechne u ludzi i zwierząt długo żyjących tabu kanibalizmu próbuje tłumaczyć swoją teoria, podczas gdy w grę wchodzi selekcyjne oddziaływanie prionów, skutecznie, aż do zaniku likwidujących populację kanibali.
Osobną kwestią jest budowanie przykładów tak abstrakcyjnych, że praktycznie nie występujących w świecie przyrodniczym.
Czym zatem tłumaczyć sugestywność jego tez? Otóż bardzo prostą, znaną z chwytów propagandowo... marketingowych metodą. Stałe uparte i namolne nazywanie wszystkiego po swojemu, tak aż odbiorca przyjmie nasza narracje za swoja i ogłuszony epitetami przestanie myśleć samodzielnie i zacznie tak jak my go pokierujemy.
Trudno więc u Dawkinsa znaleźć pojęcia "osobnik", "istota", "byt" - czy im równoważne, mamy za to maniakalną ilość powtórzeń "machiny przetrwania". Nie znajdziemy też "kodu", "zapisu chemicznego", "sekwencji wytwarzania białek"- za to za każdym razem antropomorfizujący "samolubny gen" - zacznijcie myśleć w ten sposób nazywając karty "samolubnymi obrazkami" a graczy "machinami tasującymi" a otrzymacie dokładnie analogiczny do Dawkinsa tok rozumowania.
Książkę tę można by napisać z biegunowo odległej pozycji, traktując osobnika jako "samolubne mięso" a geny jako "kod produkcyjny" i brzmiała by praktycznie tak samo (poza oczywistymi zmianami wynikłymi z nazewnictwa), i wymuszoną przez powyższe założenie, koniecznością biegunowej zmiany akcentów i kierunków oddziaływań.
Co śmieszniejsze guru lewicy i ateistów dostarcza przedziwnych argumentów... "skrajnej prawicy"... np. pisząc o biologicznych aspektach rasizmu (zapłodnienie międzyrasowe, ma w/g niego powodować pojawienie się osobników ze zbyt zróżnicowaną pula genetyczną, co jest szkodliwe i prowadzi do ich szybkiej eliminacji), lub segregacji rasowej - dla naszych genów osobnik zbyt różniący się od nas, jest zawsze potencjalnie niebezpieczny i wymaga przeciwdziałania, gdyż jedynie osobnicy maksymalnie do nas podobni mogą być nosicielami jakiegoś fragmentu "samolubnego genu" którego i my jesteśmy nosicielami...
zdjęcie okładki linkuję ze stron Empiku.
Czytając tę książkę trudno oprzeć się wrażeniu iż powstała głównie po to by autor miał możliwość wygłoszenia swoich manifestów społeczno, religijno politycznych - miejscami zdumiewająco zresztą naiwnych - np. domaganie się od "ludzi pracy" by wykazali szlachetną powściągliwość i altruizm podczas "negocjacji" płacowych ale tylko gdy są to negocjacje prowadzone przez rząd czerwonych Wigów, gdy do władzy dochodzą Torysi z Margaret Thatcher na czele "ludzie pracy" już wcale nie powinni być "altruistyczni" lecz "samolubni"...
Pełna jest też zawoalowanych przekazów sugerujących wyjaśnienie świata i życia - na zasadzie - skoro wiemy że tęcza powstaje w wyniku załamania i rozszczepiana promieni świetlnych na kroplach wody, to znaczy że tęcza nie jest dziełem Boga, co z kolei oznacza iż... Boga nie ma.
Sama zaś idea "samolubnego genu", przez Dawkinsa nazywana szumnie i dumnie "teorią" - każdy by chciał być autorem teorii - bazuje na mniemanologii i gdybaniu autora. te rozdziały które nie są np. opisem behawioru zwierząt bazującym na matematycznej teorii gier, to w znacznym stopniu mętniactwo.
Po pierwsze autor nie zna wielu kluczowych dla zagadnienia odkryć naukowych i kierunków badawczych, rozumiem iż np. epigenetyki (w latach 70 pojecie na jej temat miało może trzy cztery osoby na świecie) mógł nie wziąć pod uwagę, ale już emergencja była doskonale w świecie naukowym znana, opisywana językiem filozofii, matematyki i ekologii, zatem powinna odgrywać kluczową role w tego typu wywodach jak "samolubny gen". w końcu czym innym jest prosta "machina przetrwania", a czym innym zespół złożonych mechanizmów i submechanizmów (osobnik, kierowany przez własny układ nerwowy i metabolizm składa się z komórek, które to komórki też są indywidualnymi mechanizmami sterowanymi własnym metabolizmem, kodami DNA oraz RNA tudzież sygnałami chemicznymi i elektrycznymi z zewnątrz, zmuszającymi je do działania niekiedy wbrew sobie.
Np. brak mi w tej książce wyjaśnienia jak powstało zjawisko apoptozy skoro jest ono de facto zmuszeniem komórki do zachowania altruistycznego, całkowicie wbrew jej własnym interesom, przy czym zgodnie z "teorią samolubnego genu" dobro całego organizmu musi jej być całkowicie obojętne.
Dawkins nie ma (w latach siedemdziesiątych mógł nie mieć - ale to powinno znaleźć swoje miejsce w przypisach) pojęcia także o czysto biologicznych aspektach pewnych zachowań - np. dość powszechne u ludzi i zwierząt długo żyjących tabu kanibalizmu próbuje tłumaczyć swoją teoria, podczas gdy w grę wchodzi selekcyjne oddziaływanie prionów, skutecznie, aż do zaniku likwidujących populację kanibali.
Osobną kwestią jest budowanie przykładów tak abstrakcyjnych, że praktycznie nie występujących w świecie przyrodniczym.
Czym zatem tłumaczyć sugestywność jego tez? Otóż bardzo prostą, znaną z chwytów propagandowo... marketingowych metodą. Stałe uparte i namolne nazywanie wszystkiego po swojemu, tak aż odbiorca przyjmie nasza narracje za swoja i ogłuszony epitetami przestanie myśleć samodzielnie i zacznie tak jak my go pokierujemy.
Trudno więc u Dawkinsa znaleźć pojęcia "osobnik", "istota", "byt" - czy im równoważne, mamy za to maniakalną ilość powtórzeń "machiny przetrwania". Nie znajdziemy też "kodu", "zapisu chemicznego", "sekwencji wytwarzania białek"- za to za każdym razem antropomorfizujący "samolubny gen" - zacznijcie myśleć w ten sposób nazywając karty "samolubnymi obrazkami" a graczy "machinami tasującymi" a otrzymacie dokładnie analogiczny do Dawkinsa tok rozumowania.
Książkę tę można by napisać z biegunowo odległej pozycji, traktując osobnika jako "samolubne mięso" a geny jako "kod produkcyjny" i brzmiała by praktycznie tak samo (poza oczywistymi zmianami wynikłymi z nazewnictwa), i wymuszoną przez powyższe założenie, koniecznością biegunowej zmiany akcentów i kierunków oddziaływań.
Co śmieszniejsze guru lewicy i ateistów dostarcza przedziwnych argumentów... "skrajnej prawicy"... np. pisząc o biologicznych aspektach rasizmu (zapłodnienie międzyrasowe, ma w/g niego powodować pojawienie się osobników ze zbyt zróżnicowaną pula genetyczną, co jest szkodliwe i prowadzi do ich szybkiej eliminacji), lub segregacji rasowej - dla naszych genów osobnik zbyt różniący się od nas, jest zawsze potencjalnie niebezpieczny i wymaga przeciwdziałania, gdyż jedynie osobnicy maksymalnie do nas podobni mogą być nosicielami jakiegoś fragmentu "samolubnego genu" którego i my jesteśmy nosicielami...
piątek, 10 czerwca 2011
Wielkie nic czyli ... wyczerpany język filozofów?
Czy to nie dziwny zbieg okoliczności?
podobno zreszta przypadków nie ma - są tylko znaki ...
Tygodniki są stare sprzed ponad roku i starsze - przemiszane u sąsiada który dał mi je do palenia w piecu, przemieszane u mnie ...
A przedwczoraj był Seth Lloyd i jego teorie wszechświadomości
wczoraj zaś ... prof. Zbigniew Mikołejko
i rozmowa z nim na łamach Polityki
podobno zreszta przypadków nie ma - są tylko znaki ...
Tygodniki są stare sprzed ponad roku i starsze - przemiszane u sąsiada który dał mi je do palenia w piecu, przemieszane u mnie ...
A przedwczoraj był Seth Lloyd i jego teorie wszechświadomości
wczoraj zaś ... prof. Zbigniew Mikołejko
i rozmowa z nim na łamach Polityki
I znów poproszę by wpierw uważnie przeczytać rozmowę a dopiero potem moje impresje na jej temat.
Uwaga pierwsza - jak się chce rozmawiać z takim erudytą jak Mikołejko, to trzeba się do rozmowy przygotować - tymczasem Joanna Podgórska tego nie zrobiła.
Chodzi i nieszczęsną podpowiedź - "koszula Dejaniry" - ani przypiął ani przyłatał - po prostu brak analogii! Są dwa rozwiązania - pierwsze to że Podgórska po prostu rzuciła pierwsze co się jej z mitologii w świadomości pojawiało - ale w to nie wierzę specjalnie - raczej (i to jest druga możliwość) szło o ideologiczne wzmocnienie tego co mówił Profesor.
Bo czyz szata Dejaniry zrosła się na stałe z ciałem Herkulesa? Zabić go zabiła - ale nie stała się cząstka jego samego - analogią zdecydowanie bardziej adekwatną było by mówienie o brudzie wżartym w ręce robotników - i ideologicznie mocny by to był wtręt - ale mniejsza.
Deklaracja ucieczki?
A może wyczerpanie języka?
Czy język dzisiejszych filozofów opisuje jeszcze świat czy wyłącznie stany emocjonalne i duchowe rozterki samych filozofów?
Fizyk opowie o oddziaływaniach miedzy cząsteczkowych, o budowie materii, energii i ... świata.
Matematyk opowie o wymiarach których nawet nie umiemy sobie wyobrazić, a które realnie istnieją choć poza naszą świadomością.
Astronom nauczy nas o miejscu jakie zajmujemy we wszechświecie - pascalowska trzcina na wietrze to cała puszcza lasu dębowego w porównaniu z tym jacy się musimy postrzegać w perspektywie teleskopów, galaktyk i 14 miliardów lat świetlnych możliwego do zobaczenia kosmosu...
Tymczasem filozof się tego ... boi!
Matematyk opowie o wymiarach których nawet nie umiemy sobie wyobrazić, a które realnie istnieją choć poza naszą świadomością.
Astronom nauczy nas o miejscu jakie zajmujemy we wszechświecie - pascalowska trzcina na wietrze to cała puszcza lasu dębowego w porównaniu z tym jacy się musimy postrzegać w perspektywie teleskopów, galaktyk i 14 miliardów lat świetlnych możliwego do zobaczenia kosmosu...
Tymczasem filozof się tego ... boi!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
