Mem... pojęcie stworzone przez... a jakże... Richarda Dawkinsa na potrzeby zakończenia książki "Samolubny Gen".
Mem - jest u Dawkinsa pojęciem równorzędnym z genem, tylko odnoszacym się do kultury i ewolucji kulturowej. Pojęcia "mem" i jego pochodna "memetyka" (jako gałąź nauki, zajmująca się ewolucja kulturową i propagacją "memów" w społeczeństwie) została chwycona przez kulturoznawców jak połeć gnijącego mięsa przez sępy. I choć obecnie definicje Dawkinsa uznane są powszechnie jako "naiwne" lub "nie spełniające kryteriów metodologicznych" to jednak swoją rolę odegrały a pojecie "memu" przeszło na stałe do tzw "świadomości społecznej" (czyli memosfery).
Obecny stan nauki zwanej memetyką najłatwiej jest ocenić samemu np. ściągając i czytając "„Teksty z Ulicy” – czasopismo naukowe pracowników, doktorantów i studentów
Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Od 2005 roku z podtytułem „Zeszyt memetyczny”".
Mi jednak nie o stan obecny chodzi ale o pastwienie się w dalszym ciągu nad Dawkinsem, a zwłaszcza nad jego wyznawcami. Do tej pory wykazałem (lubo mam taką nadzieję) że Dawkins to: ultrakonserwatysta, ksenofob, faszysta i seksista ... a wszystko to jedynie na podstawie analizy "samolubnego genu" - otóż dobrze jest żyć ze świadomością (której często wielu brakuje) że "idee mają konsekwencje" (książka i bon mot Richarda M. Weavera)
Tak się składa że memy rozsyłane (bo teraz już zaczniemy idee nazywać memami zamiennie - choć to nie do końca tak,. ale pomoże zrozumieć) przez Dawkinsa, uderzają także w jego ukochane lewicowo liberalno ateistyczne środowisko. Wystarczy po prostu być w ich realizacji i analizie... konsekwentnym.
Wykazałem także (i także mam co do tego nadzieję) że Dawkins swoją książkę pisał jako głos w dyskursie społecznym na tematy religii / ateizmu, postępu / "wstecznictwa", liberalizmu / konserwatyzmu itd. Łatwo się domyślić po której pan Richard stoi. Uważając się za "osobistego nieprzyjaciela Pana Boga" postanowił stworzyć dzieło które raz na zawsze udowodni że Boga nie ma gdyż to ewolucja ukształtowała etykę, altruizm, miłość itp.
Jednakowoż Dawkins nie jest głupcem, to wybitnie inteligentny człowiek i w pewnym momencie dostrzegł że jego wywody, zostaną bez problemu obalone przy pomocy argumentów pochodzących z nauk społecznych, kulturoznawstwa, socjologii, psychologii i pokrewnych. Koniecznie musiał więc, wprowadzić do swojej książki pojęcie "memów" i "memetyki" a także ich zmienności w czasie i w kontakcie z innymi memami tudzież warunkami środowiskowymi. I to zrobił. Pomysł zresztą nie był ani nowy, ani odkrywczy, zauważmy że definiowany przez niego "mem", w sumie niewiele się różni od platońskiej "idei", może poza tym że "idee" nie ulegały ewolucji.
Argumentacja Dawkinsa w tym momencie sprowadzała się do stwierdzenia - Boga nie ma, religia to brednia gdyż wszystkie pojęcia z Bogiem i religią związane, podlegały i podlegają ewolucji a powstały jako odpowiedź istot inteligentnych na wymagania środowiska kulturowego w jakim żyły. Na pierwszy rzut oka sensownie i faktycznie trudno taki tok rozumowania obalić (wybitnym "brakiem współdziałania ze strony Ducha Świętego" wykazują się ci Katolicy i Protestanci, którzy argumentują za pomocą odwołań etycznych - "jako wierzący jestem dobrym człowiekiem, a gdybym był niewierzący, to nic nie powstrzymywało by mnie przed wyrządzaniem krzywdy bliźniemu" - bo to podstawianie sobie kolan do przestrzelenia...).
Istotnie - pojawia się mem religijny, który "tłumaczy" zjawiska (burza, tęcza), wydarzenia (śmierć, narodziny) i tenże mem jako atrakcyjny dla słuchaczy zostaje szybciej propagowany niż mem ateizmu (przypomnijmy los Sokratesa...). Otóż takim prostym rozumowaniem rozprawiłem się z religią... Niech ktoś spróbuje obalić to rozumowanie - czekam tydzień - do przyszłej środy - wtedy... sam je obalę ;-).
fajnie - a tytuł... kiedy wytłumaczę tytuł?!!!
Otóż trzeba byście odwiedzili Blog Wojciecha Gotkiewicza i odnaleźli moją z nim dyskusję, bo nie chce mi się streszczać.
Zatem - czemu pomyśleliśmy to samo? Na tej samej zasadzie na jakiej dziś nosi się obcisłe spodnie z krokiem w kolanach i mankietami jak od wiatrówek, a ja nosiłem obcisłe rurki w kratę (tak, byłem/jestem punkiem). Moda tak samo jak ideologia, wierzenia religijne, poglądy polityczne, estetyka itp. ma swoje memy. Te mamy ewoluują ale i propagują się pośród ludzi. Zapewne też tak jak w genetyce, odkryto; epigenetykę, tak w memetyce odkryje się wkrótce; epimemetykę.
Czyli..
Czyli są dwa tłumaczenia (może więcej, ale te dwa uważam za najsensowniejsze)
1 - memosfera - czyli ogólna niematerialna ilość memów krążąca w społeczeństwie, z której czerpiemy, a w której ostatnio górę wzięły poglądy o fotografii przyrodniczej bez elementów przyrodoznawczych a jedynie oddającej klimat - czyli mgła jako główny i jedyny motyw.
2 - epimemetyka - gdzieś na jakimś etapie swojego życia zostaliśmy zainfekowani tym samym memem - fotografii przyrodniczej bez elementów przyrodoznawczych a jedynie oddającej klimat - czyli mgle jako głównym i jedynym motywie, a następnie jakieś wydarzenie/zjawisko uaktywniło tenże mem. Ponieważ musiało być to zjawisko/wydarzenie wspólne więc najpewniej była to mgła która nasunęła nam myśli o sobie jako o motywie głównym i jedynym fotografii przyrodniczej bez elementów przyrodoznawczych ;-)
Ps. powyższy tekst nie jest wymierzony w osoby niewierzące (nie jestem nosicielem memu Savonaroli) - a jedynie w wyznawców religii Dawkinsonizmu.
„Zasoby naturalne powinny być zużywane w taki sposób, by czerpanie natychmiastowych korzyści nie
pociągało za sobą negatywnych skutków dla istot
żywych, ludzi i zwierząt, dziś i jutro”
papież Benedykt XVI
pociągało za sobą negatywnych skutków dla istot
żywych, ludzi i zwierząt, dziś i jutro”
papież Benedykt XVI
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dawkins. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dawkins. Pokaż wszystkie posty
środa, 21 września 2016
środa, 14 września 2016
Czemu kobiety kochają dupków, czyli samolubnogenowe wyjaśnienie kwesti psychopatów.
Od razu zastrzeżenia - pod pojęciem psychopata rozumiem w tym tekście tylko i wyłącznie osobnika skrajnie niezdolnego do empatii, Nie każdy dupek jest psychopata, ale każdy psychopata w kwestii pożycia z kobietą zachowa się wcześniej czy później jak dupek.
Długo by pisać kim jest ów dupek, lecz chyba nie ma takiej potrzeby, intuicyjnie to określenie jest powszechnie zrozumiałe a przywołane wyżej zdefiniowanie psychopaty na potrzeby tego tekstu wystarczy.
Zatem skoro już wiemy kto/co to jest dupek i już określiliśmy kogo z naszych znajomych najprędzej ono opisuje to zastanówmy się: czemu geny dupkowatości wciąż trwają w społeczeństwie?! To wcale nie takie banalne pytanie. Dupek raczej nie będzie opiekował się potomstwem, zamiast płacić alimenty będzie wolał iść do paki (albo polityki), czyli teoretycznie rzecz biorąc jest nośnikiem nieprzystosowania, czyli w ramach teorii doboru naturalnego Darwina taka pula genowa powinna zostać szybko i definitywnie usunięta z procesu reprodukcji - tymczasem nie. Dupki mają się świetnie! I tu w sukurs przychodzi nam teoria samolubnego genu! W tym miejscu warto by podeprzeć eis wzorami z teorii gier, ale zakładam że zniechęcę tym ogromną rzeszę z tej resztki czytelników która mi została ;-)
Więc jak to wygląda?
Mamy społeczeństwo pantoflarzy i dupków - pantoflarze, pracują, łożą i są generalnie OK - dupki nie pracują nie łożą i OK nie są... ale są atrakcyjni dla kobiet... tę kwestię omówimy ostatnią.
Tajemnica odpowiedzi jest trwałość układu - dopóki tych OK jest zdecydowaniem więcej, to społeczeństwo jako takie trwa, kobiety mają zapewnione bezpieczne warunki życia i mamy wymianę pokoleń, a nawet szybki przyrost demograficzny (u zwierząt mamy podobnie - szczury zazwyczaj nie niszczą miotów innych samców a lwy owszem po wygraniu walki o harem bezlitośnie zabijają przychówek przegranego - dlatego szczury odnoszą sukces rozrodczy a lwy... są pod ochroną). W przypadku gdy w społeczeństwie jest zbliżona ilość dupków i facetów OK zaczyna pojawiać się kryzys - co obserwujemy choćby w zachodniej Europie, społeczeństwo z przewagą dupków po prostu się rozsypuje.
Odsyłam do artykułów tyczących się teorii gier, tam przeczytacie to samo - tyle że zilustrowane setką wzorów matematycznych - tyle że zamiast faceta OK i dupka matematycy posługują się pojęciem graczy uczciwego i nieuczciwego, ale to, to samo.
Zatem wiemy już że dupki pasożytują na społeczeństwie i ... i tyle nam z tej wiedzy. Nie możemy się przed nimi bronić inaczej niż też stając się dupkami.
Ale to oznacza zniszczenie naszego społeczeństwa. Rzecz jasna przez stulecia co i rusz pojawiały się takie czy inne jurysdykcje i nawet zdarzało się że co poniektóre dupki trafiały do więzień lub ... na stos, tyle że niczego to de facto nie zmieniło - ich miejsce zajęli inni.
Długo by pisać kim jest ów dupek, lecz chyba nie ma takiej potrzeby, intuicyjnie to określenie jest powszechnie zrozumiałe a przywołane wyżej zdefiniowanie psychopaty na potrzeby tego tekstu wystarczy.
Zatem skoro już wiemy kto/co to jest dupek i już określiliśmy kogo z naszych znajomych najprędzej ono opisuje to zastanówmy się: czemu geny dupkowatości wciąż trwają w społeczeństwie?! To wcale nie takie banalne pytanie. Dupek raczej nie będzie opiekował się potomstwem, zamiast płacić alimenty będzie wolał iść do paki (albo polityki), czyli teoretycznie rzecz biorąc jest nośnikiem nieprzystosowania, czyli w ramach teorii doboru naturalnego Darwina taka pula genowa powinna zostać szybko i definitywnie usunięta z procesu reprodukcji - tymczasem nie. Dupki mają się świetnie! I tu w sukurs przychodzi nam teoria samolubnego genu! W tym miejscu warto by podeprzeć eis wzorami z teorii gier, ale zakładam że zniechęcę tym ogromną rzeszę z tej resztki czytelników która mi została ;-)
Więc jak to wygląda?
Mamy społeczeństwo pantoflarzy i dupków - pantoflarze, pracują, łożą i są generalnie OK - dupki nie pracują nie łożą i OK nie są... ale są atrakcyjni dla kobiet... tę kwestię omówimy ostatnią.
Tajemnica odpowiedzi jest trwałość układu - dopóki tych OK jest zdecydowaniem więcej, to społeczeństwo jako takie trwa, kobiety mają zapewnione bezpieczne warunki życia i mamy wymianę pokoleń, a nawet szybki przyrost demograficzny (u zwierząt mamy podobnie - szczury zazwyczaj nie niszczą miotów innych samców a lwy owszem po wygraniu walki o harem bezlitośnie zabijają przychówek przegranego - dlatego szczury odnoszą sukces rozrodczy a lwy... są pod ochroną). W przypadku gdy w społeczeństwie jest zbliżona ilość dupków i facetów OK zaczyna pojawiać się kryzys - co obserwujemy choćby w zachodniej Europie, społeczeństwo z przewagą dupków po prostu się rozsypuje.
Odsyłam do artykułów tyczących się teorii gier, tam przeczytacie to samo - tyle że zilustrowane setką wzorów matematycznych - tyle że zamiast faceta OK i dupka matematycy posługują się pojęciem graczy uczciwego i nieuczciwego, ale to, to samo.
Zatem wiemy już że dupki pasożytują na społeczeństwie i ... i tyle nam z tej wiedzy. Nie możemy się przed nimi bronić inaczej niż też stając się dupkami.
Ale to oznacza zniszczenie naszego społeczeństwa. Rzecz jasna przez stulecia co i rusz pojawiały się takie czy inne jurysdykcje i nawet zdarzało się że co poniektóre dupki trafiały do więzień lub ... na stos, tyle że niczego to de facto nie zmieniło - ich miejsce zajęli inni.
Bo problem tkwi w kobietach! (jak zresztą wszystkie - po głębszym rozpatrzeniu - problemy).
Kobiety wolą dupków, nie dlatego że oczekują z nimi dobrego barwnego życia (lub spokojnego, w zależności od upodobań indywidualnych)
ale...
ponieważ...
DUPKI UMIEJĄ JE UWIEŚĆ!
I w tym tkwi głębszy biologiczny sens! zgodnie z teorią Samolubnego genu - liczy się tylko przekazanie kopii następnym pokoleniom. Zatem (oczywiście rozumowanie jest Dawkinsa i moje, nikt nie posądza że kobiety rozumują w tren sposób) skoro jakiś dupek uwiódł kobietę, to wystarczy że ta kobieta będzie miała z owym dupkiem choćby jednego chłopca który także okaże się dupkiem który uwiedzie inną kobietę żeby... taka kombinacja genów odniosła sukces reprodukcyjny! Tyle i aż tyle. wystarczy że jeden chłopiec, syn dupka z cechami dupka, będący dupkiem, uwiedzie jakąkolwiek inną kobietę, która też prawdopodobnie będzie z nim miała syna o cechach dupka!
Przez stulecia radzono sobie z tym piętnując samotne matki i bękartów - pozwoliło to w znacznym stopniu kontrolować liczbę dupków w społeczeństwie - w każdych warunkach bękarty miały gorzej niż dzieci z prawego łoża... (rzecz jasna bękart królewski, miał lepiej niż "legalne" dziecko chłopskie, ale w swojej sferze miał całkiem marnie - bękart chłopski najprawdopodobniej umierał przed ukończeniem roku...)
Facet OK spłodziwszy potomka praktycznie cały czas tyrał żeby mu zapewnić start w życie, dawała taka taktyka jego dziecku zdecydowanie większe szanse na przeżycie i rozwój niż dziecku dupka - problem w tym ze taki facet nie był w stanie... (brak czasu, sił i środków na równi z oporami moralnymi) na uwodzenie innych kobiet i przez tom zwiększanie ilości swojego potomstwa (to samo obserwujemy np u ptaków), tymczasem dupek nie przejmując się swoimi dziećmi raźno uganiał się za kobietami i zwiększał ilość sprokreowanych kopii swojego materiału genetycznego - w efekcie mógł liczyć na to że przynajmniej jakiś procent dożyje dorosłości i ... zazwyczaj nie zawodził się.
Aż do tej pory - rozbuchany socjal, w którym faceci OK muszą pod groźbą sankcji utrzymywać bękarty po dupkach zaowocował, niesamowitym rozrostem tej pasożytniczej kombinacji genów, czego przykłady widzimy choćby... wokół siebie! Problem w tym że właśnie na naszych oczach poziom dupków i pasożytów przekroczył, linie stabilności w grze, bycie facetem OK zwyczajnie przestało się opłacać i społeczeństwa te sypia się jak domki z kart...
Wystarczy włączyć telewizornię...
Czy udało mi się wykazac że Dawkins to w rzeczywistości ultrakonserwatysta?
piątek, 16 października 2015
Konający bandyta
Zima idzie!
Zapewne nie zauważyliście ;-) ale ona faktycznie nadchodzi!
Jedną z oznak wypatrzył wczoraj mój Miłosz. Byliśmy pod "Marcinką" zbierać liście klonu (do szkoły, aby opis liścia dzieciaczki sobie dać mogły - swoją droga, co za bałwan te podręczniki kleci? O liściu można pisać naprawdę niemało, nawet ja się jest dzieckiem, my musieliśmy brutalnie amputować połowę jego pracy, bo by się w tych trzech przewidzianych przez autora linijkach nie zmieściła - oni robią z naszych dzieci matołki zdolne do wyrażania się jedynie w najprostszych zdaniach : "iść jest czerwono żółty, liść jest duży na moje trzy donie, liść ma ząbkowane brzeg" - koniec więcej się nie zmieściło!
Przyszło mi do głowy czy aby nie obraziłem bałwany?
Otóż chciałem mu zrobić kilka zdjęć tak z myślą o żonie, która lubi zdjęcia w albumach układać, a trzeba Miłoszowi przyznać że fotogeniczna bestia z niego jest, a już w jesiennym anturażu to wybitnie. No więc odesłałem go kilka metrów w kierunku czerwieniejących krzewów i ...
"Tato, zobacz!"
Zawołał mnie z przejęciem, nauczyłem go już że przyrody bać się nie musi, łapiąc w jego obecności węże, czy... osy (aby wypuścić z domu przez okno, bez robienie krzywdy), więc bez lęku ale z zaciekawieniem.
Faktycznie na liściu leżał i dogorywał samczyk szerszenia.
Zakładam że samczyk, choć robotnice też giną na jesień - ale one chyba bliżej gniazda, lub w gnieździe samym. Nie doczytałem natomiast co dzieje się ze starą królowa - też ginie, czy udaje jej się przezimować a na wiosnę zacząć od nowa - ale chyba ginie, bo nigdy nie widziałem by to samo gniazdo "resuscytowało".
Na pewno zimują młode zapłodnione samice.
Trutnie czeka śmierć - zresztą tak jak w przypadku pszczół czy innych osowatych.
A swoją drogą...
Jak to pogodzić z kolportowaną przed Dawkinsa feministyczną brednią o wojnie płci, w której to samce są "stroną zwycięską" gdyż w niewolniczy wręcz sposób zmuszają samice do "rodzenia im potomstwa" same nie inwestując w ten proces więcej niż kilka kropli nasienia?
Zauważcie WSZYSTKIE samice mają szanse na przedłużenie swojej linii genetycznej, samce zaledwie mają nadzieję że mają szanse, samica inwestując więcej, ma też komfort nie nadstawiania głowy, tymczasem to samce zmuszone są do dalekich lotów w poszukiwaniu samic, a po zapłodnieniu (jeśli będą mieli szczęście) i tak wkrótce giną. W oczach feministek to może zwycięstwo... daj im Panie Boże zdrowie...
Ten "nasz" próbował jeszcze latać, ale jedynie brzęczał skrzydłami, i coraz bardziej zbliżał się do krawędzi liścia. Wytłumaczyłem Miłoszowi, że po prawdzie trutnie nie mają żądeł, ale za to mają żuwaczki prawie równie silne jak robotnice i nie mam ochoty sprawdzać na swoich dłoniach ile mu sił w nich zostało. Trudno, natura upomina się o swoje, wkrótce zsunął się z liścia i wkrótce żółtawe plamy już ledwie majaczyły pośród traw, jeszcze słychać było brzęczenie skrzydeł, nie poddawał się... zostawiliśmy go swojemu losowi
Zapewne nie zauważyliście ;-) ale ona faktycznie nadchodzi!
Jedną z oznak wypatrzył wczoraj mój Miłosz. Byliśmy pod "Marcinką" zbierać liście klonu (do szkoły, aby opis liścia dzieciaczki sobie dać mogły - swoją droga, co za bałwan te podręczniki kleci? O liściu można pisać naprawdę niemało, nawet ja się jest dzieckiem, my musieliśmy brutalnie amputować połowę jego pracy, bo by się w tych trzech przewidzianych przez autora linijkach nie zmieściła - oni robią z naszych dzieci matołki zdolne do wyrażania się jedynie w najprostszych zdaniach : "iść jest czerwono żółty, liść jest duży na moje trzy donie, liść ma ząbkowane brzeg" - koniec więcej się nie zmieściło!
Przyszło mi do głowy czy aby nie obraziłem bałwany?
Otóż chciałem mu zrobić kilka zdjęć tak z myślą o żonie, która lubi zdjęcia w albumach układać, a trzeba Miłoszowi przyznać że fotogeniczna bestia z niego jest, a już w jesiennym anturażu to wybitnie. No więc odesłałem go kilka metrów w kierunku czerwieniejących krzewów i ...
"Tato, zobacz!"
Zawołał mnie z przejęciem, nauczyłem go już że przyrody bać się nie musi, łapiąc w jego obecności węże, czy... osy (aby wypuścić z domu przez okno, bez robienie krzywdy), więc bez lęku ale z zaciekawieniem.
Faktycznie na liściu leżał i dogorywał samczyk szerszenia.
Zakładam że samczyk, choć robotnice też giną na jesień - ale one chyba bliżej gniazda, lub w gnieździe samym. Nie doczytałem natomiast co dzieje się ze starą królowa - też ginie, czy udaje jej się przezimować a na wiosnę zacząć od nowa - ale chyba ginie, bo nigdy nie widziałem by to samo gniazdo "resuscytowało".
Na pewno zimują młode zapłodnione samice.
Trutnie czeka śmierć - zresztą tak jak w przypadku pszczół czy innych osowatych.
A swoją drogą...
Jak to pogodzić z kolportowaną przed Dawkinsa feministyczną brednią o wojnie płci, w której to samce są "stroną zwycięską" gdyż w niewolniczy wręcz sposób zmuszają samice do "rodzenia im potomstwa" same nie inwestując w ten proces więcej niż kilka kropli nasienia?
Zauważcie WSZYSTKIE samice mają szanse na przedłużenie swojej linii genetycznej, samce zaledwie mają nadzieję że mają szanse, samica inwestując więcej, ma też komfort nie nadstawiania głowy, tymczasem to samce zmuszone są do dalekich lotów w poszukiwaniu samic, a po zapłodnieniu (jeśli będą mieli szczęście) i tak wkrótce giną. W oczach feministek to może zwycięstwo... daj im Panie Boże zdrowie...
Ten "nasz" próbował jeszcze latać, ale jedynie brzęczał skrzydłami, i coraz bardziej zbliżał się do krawędzi liścia. Wytłumaczyłem Miłoszowi, że po prawdzie trutnie nie mają żądeł, ale za to mają żuwaczki prawie równie silne jak robotnice i nie mam ochoty sprawdzać na swoich dłoniach ile mu sił w nich zostało. Trudno, natura upomina się o swoje, wkrótce zsunął się z liścia i wkrótce żółtawe plamy już ledwie majaczyły pośród traw, jeszcze słychać było brzęczenie skrzydeł, nie poddawał się... zostawiliśmy go swojemu losowi
poniedziałek, 27 lipca 2015
Rozważania o samolubnym genie
Dawkins jak dawniej produkuje się w mediach, cały czas z pozycji osobistego wroga Pana Boga - wali w chrześcijaństwo z zapamiętałością szympansa walącego w kartonowe pudło - polecam Jane Goodall
"Przez dziurkę od klucza. 30 lat obserwacji szympansów" - zresztą z takim samym zamiarem - to jest podniesieniem swojej rangi w społeczności.
Czytam teraz "Jak zostać człowiekiem - przepis ewolucyjny" Ryszkiewicza.
i takie mi się myśli nasunęły.
Panuje powszechny pogląd (znajdziemy go też u Dawkinsa i u Ryszkiewicza), że podczas "wojny płci" samice przegrały, gdyż to one ponoszą zwiększone koszty rozrodu (komórka jajowa, ma jednak zdecydowanie większe wymagania niż plemnik...), a zwycięsko zeń wyszły samce które praktycznie większych kosztów nie ponoszą. To wniosek intuicyjny i ... guzik warty, zwłaszcza jeśli przyjmuje się paradygmat "samolubnego genu" czyli że osobnik jest tylko futerałem na geny i to jedynie ich przekazywanie liczy się w jego życiu.
Zastanówmy się i postawmy kilka kwestii:
Jakie szanse na przekazanie swoich genów ma samica? - jeśli pominiemy przedwczesną śmierć, to 100% A jaką ma samiec? W zależności od gatunku; od praktycznie 100% (pod warunkiem że jest człowiekiem i żyje w społeczeństwie monogamicznym), do zaledwie kilku w przypadku gatunków tworzących haremy...
Jaki udział w genotypie potomka mają geny samca? Intuicyjnie przyjmuje się 50% ale... no właśnie DNA mitochondrialne dziedziczy się wyłącznie w linii żeńskiej, zatem to samica przekazuje swoje geny, gdy tymczasem samiec zaledwie dokłada co nieco od siebie.
Rekombinacja genów następuje tak szybko że praktycznie już prawnuk jest równie odległy genetycznie od swego przodka co osobnik niespokrewniony... oczywiście pomijając DNA mitochondrialne - ale tu znów jedynymi wygranymi są osobniki żeńskie...
Czemu zatem ewolucja nie wytworzyła systemu w którym to obie płcie ponoszą równy wysiłek rozrodczy ale i obie płcie mają równe szanse na przekazanie swoich genów dalej i co więcej obie płcie równo partycypują w puli genowej potomnych? Czemu Autor Samolubnego genu nie dostrzegł tej sprzeczności?
Na te pytania Dawkins nie odpowiada, Ryszkiewicz co prawda również nie, ale przynajmniej zachowuje daleko idąca wstrzemięźliwość co do "oczywistości" wywodów tego pierwszego.
A Wy jak sądzicie?
piątek, 31 stycznia 2014
Samolubny gen
Samolubny gen - sztandarowa książka Richarda Dawkinsa, dzięki której wyewoluował on rewolucyjnie ;-) z podrzędnego biologa, na guru "postępowej", ateistycznej lewicy.
Książka powstała we wczesnych latach siedemdziesiątych, był to okres posthippisowskiej kontestacji "wszystkiego co ludzkie", literatura SF pełna była np. opisów jak to obrzydliwie ludzie jedzą, ba nawet tak niecodzienny umysł jak Stanisław Lem pisał docinki pod adresem człowieka jako : "... nieszczęsna nacjo, co łączysz się z jej kanalizacją...", pijąc oczywiście do stosunku seksualnego. Tylko że gdy opary LSD i trawki opadły wszyscy inni z tego wyrośli.... Dawkins nie.
Czytając tę książkę trudno oprzeć się wrażeniu iż powstała głównie po to by autor miał możliwość wygłoszenia swoich manifestów społeczno, religijno politycznych - miejscami zdumiewająco zresztą naiwnych - np. domaganie się od "ludzi pracy" by wykazali szlachetną powściągliwość i altruizm podczas "negocjacji" płacowych ale tylko gdy są to negocjacje prowadzone przez rząd czerwonych Wigów, gdy do władzy dochodzą Torysi z Margaret Thatcher na czele "ludzie pracy" już wcale nie powinni być "altruistyczni" lecz "samolubni"...
Pełna jest też zawoalowanych przekazów sugerujących wyjaśnienie świata i życia - na zasadzie - skoro wiemy że tęcza powstaje w wyniku załamania i rozszczepiana promieni świetlnych na kroplach wody, to znaczy że tęcza nie jest dziełem Boga, co z kolei oznacza iż... Boga nie ma.
Sama zaś idea "samolubnego genu", przez Dawkinsa nazywana szumnie i dumnie "teorią" - każdy by chciał być autorem teorii - bazuje na mniemanologii i gdybaniu autora. te rozdziały które nie są np. opisem behawioru zwierząt bazującym na matematycznej teorii gier, to w znacznym stopniu mętniactwo.
Po pierwsze autor nie zna wielu kluczowych dla zagadnienia odkryć naukowych i kierunków badawczych, rozumiem iż np. epigenetyki (w latach 70 pojecie na jej temat miało może trzy cztery osoby na świecie) mógł nie wziąć pod uwagę, ale już emergencja była doskonale w świecie naukowym znana, opisywana językiem filozofii, matematyki i ekologii, zatem powinna odgrywać kluczową role w tego typu wywodach jak "samolubny gen". w końcu czym innym jest prosta "machina przetrwania", a czym innym zespół złożonych mechanizmów i submechanizmów (osobnik, kierowany przez własny układ nerwowy i metabolizm składa się z komórek, które to komórki też są indywidualnymi mechanizmami sterowanymi własnym metabolizmem, kodami DNA oraz RNA tudzież sygnałami chemicznymi i elektrycznymi z zewnątrz, zmuszającymi je do działania niekiedy wbrew sobie.
Np. brak mi w tej książce wyjaśnienia jak powstało zjawisko apoptozy skoro jest ono de facto zmuszeniem komórki do zachowania altruistycznego, całkowicie wbrew jej własnym interesom, przy czym zgodnie z "teorią samolubnego genu" dobro całego organizmu musi jej być całkowicie obojętne.
Dawkins nie ma (w latach siedemdziesiątych mógł nie mieć - ale to powinno znaleźć swoje miejsce w przypisach) pojęcia także o czysto biologicznych aspektach pewnych zachowań - np. dość powszechne u ludzi i zwierząt długo żyjących tabu kanibalizmu próbuje tłumaczyć swoją teoria, podczas gdy w grę wchodzi selekcyjne oddziaływanie prionów, skutecznie, aż do zaniku likwidujących populację kanibali.
Osobną kwestią jest budowanie przykładów tak abstrakcyjnych, że praktycznie nie występujących w świecie przyrodniczym.
Czym zatem tłumaczyć sugestywność jego tez? Otóż bardzo prostą, znaną z chwytów propagandowo... marketingowych metodą. Stałe uparte i namolne nazywanie wszystkiego po swojemu, tak aż odbiorca przyjmie nasza narracje za swoja i ogłuszony epitetami przestanie myśleć samodzielnie i zacznie tak jak my go pokierujemy.
Trudno więc u Dawkinsa znaleźć pojęcia "osobnik", "istota", "byt" - czy im równoważne, mamy za to maniakalną ilość powtórzeń "machiny przetrwania". Nie znajdziemy też "kodu", "zapisu chemicznego", "sekwencji wytwarzania białek"- za to za każdym razem antropomorfizujący "samolubny gen" - zacznijcie myśleć w ten sposób nazywając karty "samolubnymi obrazkami" a graczy "machinami tasującymi" a otrzymacie dokładnie analogiczny do Dawkinsa tok rozumowania.
Książkę tę można by napisać z biegunowo odległej pozycji, traktując osobnika jako "samolubne mięso" a geny jako "kod produkcyjny" i brzmiała by praktycznie tak samo (poza oczywistymi zmianami wynikłymi z nazewnictwa), i wymuszoną przez powyższe założenie, koniecznością biegunowej zmiany akcentów i kierunków oddziaływań.
Co śmieszniejsze guru lewicy i ateistów dostarcza przedziwnych argumentów... "skrajnej prawicy"... np. pisząc o biologicznych aspektach rasizmu (zapłodnienie międzyrasowe, ma w/g niego powodować pojawienie się osobników ze zbyt zróżnicowaną pula genetyczną, co jest szkodliwe i prowadzi do ich szybkiej eliminacji), lub segregacji rasowej - dla naszych genów osobnik zbyt różniący się od nas, jest zawsze potencjalnie niebezpieczny i wymaga przeciwdziałania, gdyż jedynie osobnicy maksymalnie do nas podobni mogą być nosicielami jakiegoś fragmentu "samolubnego genu" którego i my jesteśmy nosicielami...
zdjęcie okładki linkuję ze stron Empiku.
Czytając tę książkę trudno oprzeć się wrażeniu iż powstała głównie po to by autor miał możliwość wygłoszenia swoich manifestów społeczno, religijno politycznych - miejscami zdumiewająco zresztą naiwnych - np. domaganie się od "ludzi pracy" by wykazali szlachetną powściągliwość i altruizm podczas "negocjacji" płacowych ale tylko gdy są to negocjacje prowadzone przez rząd czerwonych Wigów, gdy do władzy dochodzą Torysi z Margaret Thatcher na czele "ludzie pracy" już wcale nie powinni być "altruistyczni" lecz "samolubni"...
Pełna jest też zawoalowanych przekazów sugerujących wyjaśnienie świata i życia - na zasadzie - skoro wiemy że tęcza powstaje w wyniku załamania i rozszczepiana promieni świetlnych na kroplach wody, to znaczy że tęcza nie jest dziełem Boga, co z kolei oznacza iż... Boga nie ma.
Sama zaś idea "samolubnego genu", przez Dawkinsa nazywana szumnie i dumnie "teorią" - każdy by chciał być autorem teorii - bazuje na mniemanologii i gdybaniu autora. te rozdziały które nie są np. opisem behawioru zwierząt bazującym na matematycznej teorii gier, to w znacznym stopniu mętniactwo.
Po pierwsze autor nie zna wielu kluczowych dla zagadnienia odkryć naukowych i kierunków badawczych, rozumiem iż np. epigenetyki (w latach 70 pojecie na jej temat miało może trzy cztery osoby na świecie) mógł nie wziąć pod uwagę, ale już emergencja była doskonale w świecie naukowym znana, opisywana językiem filozofii, matematyki i ekologii, zatem powinna odgrywać kluczową role w tego typu wywodach jak "samolubny gen". w końcu czym innym jest prosta "machina przetrwania", a czym innym zespół złożonych mechanizmów i submechanizmów (osobnik, kierowany przez własny układ nerwowy i metabolizm składa się z komórek, które to komórki też są indywidualnymi mechanizmami sterowanymi własnym metabolizmem, kodami DNA oraz RNA tudzież sygnałami chemicznymi i elektrycznymi z zewnątrz, zmuszającymi je do działania niekiedy wbrew sobie.
Np. brak mi w tej książce wyjaśnienia jak powstało zjawisko apoptozy skoro jest ono de facto zmuszeniem komórki do zachowania altruistycznego, całkowicie wbrew jej własnym interesom, przy czym zgodnie z "teorią samolubnego genu" dobro całego organizmu musi jej być całkowicie obojętne.
Dawkins nie ma (w latach siedemdziesiątych mógł nie mieć - ale to powinno znaleźć swoje miejsce w przypisach) pojęcia także o czysto biologicznych aspektach pewnych zachowań - np. dość powszechne u ludzi i zwierząt długo żyjących tabu kanibalizmu próbuje tłumaczyć swoją teoria, podczas gdy w grę wchodzi selekcyjne oddziaływanie prionów, skutecznie, aż do zaniku likwidujących populację kanibali.
Osobną kwestią jest budowanie przykładów tak abstrakcyjnych, że praktycznie nie występujących w świecie przyrodniczym.
Czym zatem tłumaczyć sugestywność jego tez? Otóż bardzo prostą, znaną z chwytów propagandowo... marketingowych metodą. Stałe uparte i namolne nazywanie wszystkiego po swojemu, tak aż odbiorca przyjmie nasza narracje za swoja i ogłuszony epitetami przestanie myśleć samodzielnie i zacznie tak jak my go pokierujemy.
Trudno więc u Dawkinsa znaleźć pojęcia "osobnik", "istota", "byt" - czy im równoważne, mamy za to maniakalną ilość powtórzeń "machiny przetrwania". Nie znajdziemy też "kodu", "zapisu chemicznego", "sekwencji wytwarzania białek"- za to za każdym razem antropomorfizujący "samolubny gen" - zacznijcie myśleć w ten sposób nazywając karty "samolubnymi obrazkami" a graczy "machinami tasującymi" a otrzymacie dokładnie analogiczny do Dawkinsa tok rozumowania.
Książkę tę można by napisać z biegunowo odległej pozycji, traktując osobnika jako "samolubne mięso" a geny jako "kod produkcyjny" i brzmiała by praktycznie tak samo (poza oczywistymi zmianami wynikłymi z nazewnictwa), i wymuszoną przez powyższe założenie, koniecznością biegunowej zmiany akcentów i kierunków oddziaływań.
Co śmieszniejsze guru lewicy i ateistów dostarcza przedziwnych argumentów... "skrajnej prawicy"... np. pisząc o biologicznych aspektach rasizmu (zapłodnienie międzyrasowe, ma w/g niego powodować pojawienie się osobników ze zbyt zróżnicowaną pula genetyczną, co jest szkodliwe i prowadzi do ich szybkiej eliminacji), lub segregacji rasowej - dla naszych genów osobnik zbyt różniący się od nas, jest zawsze potencjalnie niebezpieczny i wymaga przeciwdziałania, gdyż jedynie osobnicy maksymalnie do nas podobni mogą być nosicielami jakiegoś fragmentu "samolubnego genu" którego i my jesteśmy nosicielami...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
