„Zasoby naturalne powinny być zużywane w taki sposób, by czerpanie natychmiastowych korzyści nie
pociągało za sobą negatywnych skutków dla istot
żywych, ludzi i zwierząt, dziś i jutro
”
papież Benedykt XVI

wtorek, 11 sierpnia 2015

Energo krytycznie

Miało być o kwiatach górskich szlaków ale...

Ale długotrwała fala upałów i towarzysząca jej susza boleśnie obnażyły żałosny stan polskiej energetyki.


Skąd ten kryzys i co ma susza do prądu?

Kryzys wziął się z wieloletnich zaniedbań, od dziesięcioleci nie buduje się w naszym kraju nowych elektrowni o mocach przemysłowych, nie  modernizuje się też starych oraz nie dokonuje innych inwestycji pośrednio na zdolności energetyczne Polski wpływających.

Upały powodują że wydajność energetyczna znacznie się zmniejsza, każdy chyba pamięta ze szkoły cykl Carnota, jak łatwo dostrzec im większa różnica temperatur między medium roboczym a medium chłodzącym tym jest on wydajniejszy. W praktyce mamy parę jako napęd i wodę jako chłodziwo. Temperatura pary roboczej jest stała, natomiast temperatura wody zależy w dużej mierze od temperatury otoczenia, systemy chłodzące wodę oczywiście istnieją, ale ich skuteczność także zależy od temperatury otoczenia.

Jednocześnie niskie poziomy wód powierzchniowych powodują brak możliwości dostarczenia do systemu nowej partii chłodnej wody, w efekcie w układzie zamkniętym krąży coraz mniej, coraz cieplejszej wody, efektywność pracy turbozespołów drastycznie maleje, do sieci elektroenergetycznych trafia coraz mniej mocy, Krajowa Dyspozycja Mocy wprowadza kolejne coraz bardziej kiepskie stopnie zasilania, ogranicza się moce dla przemysłu, potem dla odbiorców poza przemysłowych, następnie dla zwykłych ludzi na końcu dla szpitali i innych obiektów tego typu... w przeciwnym wypadku grozi nam blackout! 
 

To najprostszy możliwy opis obecnej sytuacji - z konieczności nader skrótowy i nie oddajacy wielu technicznych niuansów.

Ale skąd ten kryzys? Przecież lata zdarzają się co roku, upały to także nie nowość!

Tylko że tym razem mamy bardzo długotrwałą falę upałów w połączeniu z panująca od kilku lat suszą (kto pamięta kiedy ostatnio była śnieżna zima?). W efekcie i tak marny stan "uwodnienia" naszego kraju, cały czas się pogarsza. Przeciętny Polak tego nie dostrzega, woda w kranie jest, w razie czego dokupi butelkowaną, włączy sobie klimę i upały przeczeka... Tylko że to wszystko wymaga energii a tej mamy coraz mniej!

Jak to się zaczęło? Jak większość wydarzeń w tym państwie od ściemy medialnej, ideologicznej nowomowy i braku jakichkolwiek zdecydowanych działań. Gdy padała PRL, razem z nią padały też socjalistyczne molochy produkcyjne, ponieważ zabrakło odbiorców (byle huta, potrafi pochłonąć większą moc niż wszyscy odbiorcy indywidualni w daleko liczonej okolicy), nagle media zaczęły mówić o tym jakimi to jesteśmy eksporterami energii elektrycznej! (co starsi zapewne pamiętają) i znów zrobiło się hurra optymistycznie!
Co prawda przemysł w naszym kraju nadal jest w stanie upadku, ale pojawiły się sklepy wielkopowierzchniowe, klimatyzacje, ruchome schody, automatycznie otwierane bramy, ba, głupie komputery chłoną teraz dwa razy większą moc niż te sprzed 15 lat! (jak ktoś ma starszy nich sobie sprawdzi moc na zasilaczu!).
W efekcie mendia przestały ćwierkać z klucza "potęga energetyczna" ale... ale nie mówiły też prawdy o tym co się w energetyce dzieje! A problem w tym że nie dzieje się NIC! Od dziesiątek lat ŻADNYCH większych inwestycji! Nie remontuje się też linii przesyłowych, a jedyne co robiono to poprawa izolacji termicznej na liniach przesyłowych energii cieplnej - owszem ważna rzecz i ekonomicznie opłacalna ale dla problemu bezpieczeństwa energetycznego drugo jeśli nie trzeciorzędna!

"Mondre" głowy w mendiach toczą zażarte dyskusje o energetyce odnawialnej, ale jedyny sensowny argument nigdy się przebić nie może. A brzmi on tak - Energetyka odnawialna? Owszem, tylko niech optujący za nią przedstawią nam plan (realistyczny) pozyskania w ten sposób takich mocy aby wystarczyło na potrzeby naszego kraju... póki co ze względów technologicznych jest to zwyczajnie nierealne, a każda złotówka wtopiona w ten biznes przynosi dziesiątki złotówek straty w innych miejscach.

Symptomatyczny tu musi być przykład podtarnowskich Wierzchosławic i ich elektrowni słonecznej.
Inwestycja kosztowała 10 milionów złotych, obecne przychody to 300 - 350 tyś złotych, natomiast koszty obsługi i spłaty kredytów to... 900tyś zeta rocznie. Mądry niech sobie policzy, głupi niech nadal wierzy w to co mówią mendia!



 Taką moją prywatną teorią spisową jest myśl:
Po wstąpieniu Polski do UE w głowach przywódców "starych" państw pojawiła się obawa, że stosunkowo młode, prężne państwo stanowić będzie dla nich zbyt silną konkurencję dlatego... na czele tegoż państwa postawiła oddane sobie osoby (wynagradzane posadami opłacanymi w Euro), które pilnowały by przypadkiem interesy UE nie zostały naruszone. A jak jest najlepiej trzymać człowieka za pysk?... głodem - głodny jest zbyt słaby by się buntować w przypadku państwa głód to brak energii.

Dotychczas jednak udawało się ten stan przed społeczeństwem ukryć (jak Gierkowi w latach 70), ale obecna natura bezlitośnie rozbiła tę szybę na której rządzący pokazywali nam kolorowe obrazki, byśmy nie mieli świadomości co dzieje się naprawdę.

Pamiętajcie jak ktoś domaga się bezpieczeństwa energetycznego to ten ktoś nie jest "oszołomem" (jak to niektórzy uważają) ale mądrym, odpowiedzialnym obywatelem za to ktoś kto lekceważy tę kwestę to nie jest postępowym Europejczykiem ale najprawdopodobniej debilem (jeśli sam wierzy w to co wygaduje) lub płatnym sukinsynem.
Pamiętajcie, bezpieczeństwo energetyczne to nie jakieś mrzonki czy polityka! to BEZPOŚREDNIO wasze życie, wasz komfort, wasze klimatyzacje, komputery, lodówki, światło, woda w kranie, zakupy w sklepie itd.
A jak ktoś myśli że może sobie dokupić prądu na "wolnym rynku" to niech się zastanowi nad jednym... skoro jest tak dobrze to czemu trzeba było ostatnio odstawiać mnóstwo zakładów przemysłowych w kraju? i kto za te przestoje zapłaci?!




poniedziałek, 27 lipca 2015

Rozważania o samolubnym genie

Dawkins jak dawniej produkuje się w mediach, cały czas z pozycji osobistego wroga Pana Boga - wali w chrześcijaństwo z zapamiętałością szympansa walącego w kartonowe pudło - polecam Jane Goodall
"Przez dziurkę od klucza. 30 lat obserwacji szympansów" - zresztą z takim samym zamiarem - to jest podniesieniem swojej rangi w społeczności.

Czytam teraz "Jak zostać człowiekiem - przepis ewolucyjny" Ryszkiewicza. 

i takie mi się myśli nasunęły. 
Panuje powszechny pogląd (znajdziemy go też u Dawkinsa i u Ryszkiewicza), że podczas "wojny płci" samice przegrały, gdyż to one ponoszą zwiększone koszty rozrodu (komórka jajowa, ma jednak zdecydowanie większe wymagania niż plemnik...), a zwycięsko zeń wyszły samce które praktycznie większych kosztów nie ponoszą. To wniosek intuicyjny i ... guzik warty, zwłaszcza jeśli przyjmuje się paradygmat "samolubnego genu" czyli że osobnik jest tylko futerałem na geny i to jedynie ich przekazywanie liczy się w jego życiu. 
Zastanówmy się i postawmy kilka kwestii:
Jakie szanse na przekazanie swoich genów ma samica? - jeśli pominiemy przedwczesną śmierć, to 100% A jaką ma samiec? W zależności od gatunku; od praktycznie 100% (pod warunkiem że jest człowiekiem i żyje w społeczeństwie monogamicznym), do zaledwie kilku w przypadku gatunków tworzących haremy... 
Jaki udział w genotypie potomka mają geny samca? Intuicyjnie przyjmuje się 50% ale... no właśnie DNA mitochondrialne dziedziczy się  wyłącznie w linii żeńskiej, zatem to samica przekazuje swoje geny, gdy tymczasem samiec zaledwie dokłada co nieco od siebie. 
Rekombinacja genów następuje tak szybko że praktycznie już prawnuk jest równie odległy genetycznie od swego przodka co osobnik niespokrewniony... oczywiście pomijając DNA mitochondrialne - ale tu znów jedynymi wygranymi są osobniki żeńskie... 
Czemu zatem ewolucja nie wytworzyła systemu w którym to obie płcie ponoszą równy wysiłek rozrodczy ale i obie płcie mają równe szanse na przekazanie swoich genów dalej i co więcej obie płcie równo partycypują w puli genowej potomnych?  Czemu Autor Samolubnego genu nie dostrzegł tej sprzeczności?

Na te pytania Dawkins nie odpowiada, Ryszkiewicz co prawda również nie, ale przynajmniej zachowuje daleko idąca wstrzemięźliwość co do "oczywistości" wywodów tego pierwszego. 

A Wy jak sądzicie?  

sobota, 25 lipca 2015

Młaka

Młaka - bardzo ładne stare słowo.
Co to jest młaka? Definicja wikipedystyczna głosi: "powierzchniowy, nieskupiony wypływ wód podziemnych, także wokół źródła, zwykle zatorfiony lub zabagniony wskutek utrudnionego odpływu wody. Często porośnięty roślinnością bagienną".
Mi przez lata młaka kojarzyła się podmokłą zabagnioną łąką, a takie śródleśne oczko wodne nazywałem po prostu źródełkiem. Tymczasem błąd - młaka może przerodzić się w zabagnioną łąkę, ale nie musi.
Przerodzi się gdy będzie miała w okolicy płaski w miarę równy, nieprzepuszczalny teren, ograniczony przeszkodami terenowymi lub roślinnymi, które utrudnia odpływ wody. W przeciwnym wypadku, będzie jak na zdjęciu. zagłębienie terenu, wypełnione bajorem.  


Tu powstało zapewne na skutek usypania drogi , choć wcześniej pewnie też było, tyle że mniejszych rozmiarów. Jesteśmy na terenie fliszu karpackiego, więc grunt jest słabo przepuszczalny, ilasty na podłożu skał łupkowych. Zatem można przyjąć że każda niecka znajdująca się w zasięgu spływających z góry wód podskórnych stanie się młaką. Większość z nich albo wyschła, gdy woda znalazła sobie ujście i je pogłębiła na tyle by swobodnie odpływać, albo zostały naruszone rękoma człowieka, lub uległy wypłyceniu na skutek akumulacji resztek biologicznych i w końcu przestały istnieć jako młaki a stały się częścią cieków, lub woda wybiła gdzie indziej.

Młaki często mylone są z zastoiskami wodnymi.  w sumie to dla niewprawnego obserwatora wyglądają podobnie. Jak zatem je rozpoznać? Najprościej to przyjść gdy od wielu dni nie będzie padał deszcz...;-)
Innym sposobem, zdecydowanie lepszym, jest analiza zespołu roślinnego i zwierzęcego w danym miejscy występującego. Jest wiele roślin charakterystycznych dla młak, problem w tym że często są one na tyle rzadkie, że większość ludzi ich nie rozpoznaje, albo na tyle mało charakterystyczne że trudno je jednoznacznie oznaczyć nie będąc specjalistą.
Ja proponuję rozglądać się za rzęsą wodną  - występuje co prawda na wszystkich zbiornikach wodnych ale.. nie w zastoiskach, bo te z racji na krótkotrwałość występowania zazwyczaj nie zdążą się nią pokryć.
Potem możemy rozglądnąć się za ważkami - jeśli tylko żerują, to nic nam nie mówi, ale jeśli np. odbywają gody, lub na na roślinności przybrzeżnej zobaczymy wyschnięte skorupki ich larw... no to musi być młaka. Podobnie z żabami, traszkami itp. wylęg i rozwój może nastąpić tylko wtedy gdy woda była cały czas a nie tylko po deszczach lub roztopach.

Młaki to niezwykle bogate biotopy, nic dziwnego zatem że zostały uznane za godne wzmiankowania przy okazji wytyczania ścieżki edukacyjnej w Polichtach.

Całość tego przedsięwzięcia to kilka kilometrów górskich i leśnych ścieżek, świetnie oznaczonych, opisanych oraz możliwość skorzystania z przewodników. Zapraszam

wtorek, 14 lipca 2015

Jestem Czarli Hebdo? czyli - poFILOZOFUJ sobie.

FILOZOFUJ - Najnowszy numer, nowego (bo to trzeci dopiero) dwumiesięcznika na polskim rynku. Pismo w całości poświęcone szeroko rozumianej filozofii. Kosztuje 10 zeta, dostępne jest w sieci w postaci PDF (całkiem się przyzwoicie wczytuje na tablecie).


Myśl przewodnie tego numeru to wolność słowa, stąd tytuł mojego postu "Jestem Czarli Hebdo?" ...

Ja nie jestem...
Nie poddałem się społecznemu terrorowi, nie chodziłem w t-shircie z napisem "Je Suis Charlie", nie płakałem po rozstrzelanych... nie po tych..

A Wy?

Ale bądźmy konsekwentni, od momentu gdy na rynku "sztuki" pojawiały się wszelkiej maści "prowokatorskie" dziełka i dokonania - stało się oczywiste że trzeba pewne rzeczy dopowiedzieć do końca - czy wolność słowa? A jeśli tak to czy bezwzględna? Czy tylko słowa? A czemu nie innych form ekspresji? ...
Niełatwe pytania, a co na to ludzie którzy specjalizują się w odpowiedziach na niełatwe pytania...?

Zacytujmy kilka zdań z artykułu Glena Newey'a:
"(...) właściwie każde działanie zawierające jakiś element ekspresji zasługiwałoby na ochronę, jaką gwarantuje pierwsza poprawka do konstytucji USA – nawet strzelanie przez muzułmańskich fundamentalistów do satyryków."

Chcecie wiedzieć więcej? Przeczytajcie sami. Pismo w formie papierowej można kupić w Empiku, a jak ściągniecie PDF,a to wrzućcie redakcji 10 zeta ... warci są tego. 


Ps. jak w każdej (chyba) publikacji filozoficznej pojawia się też temat sensu życia... i ... no nie wiem jak Wam, ale mi od wielu wielu lat wydaje się że filozofowie nagminnie i uporczywie mylą sens życia z... celem...

środa, 8 lipca 2015

Czy bać się klonów?

Słyszeliście o aferze Tuskegee? A o  Willowbrook (wątpię, tego ostatniego nie ma nawet w polskojęzycznym internecie...)?

Więc przeczytajcie koniecznie książkę Giny Kolaty "KLON; Dolly była pierwsza"

I nie dajcie sobie wmówić że nie ufając tej czy innej instytucji czy autorytetowi jesteście wyznawcami teorii spiskowych...

Ale nie tylko o tym jest ta książka, w zasadzie podane wyżej dwa sensacyjne wątki, to jedynie dygresje w narracji, przywołane przeze mnie celowo, by zwiększyć zainteresowanie, ale nie najważniejsze.

Książka jest o tym o czym mówi jej tytuł. O klonowaniu, o tym że Dolly była pierwsza i jak do tego doszło. Otrzymujemy od autorki barwny, ładnym językiem napisany przegląd dziejów nauk biologicznych od końca XIX wieku do początków XXI, włącznie z opisem przemian i różnic.
Dowiemy się o charyzmatycznych, nie stroniących od wycieczek filozoficznych i egzystencjalnych badaczy XIX wiecznych, poprzez opętanych szaleństwem publikacji, sympozjów i rankingów uczonych XX wiecznych, aż po wyrobnika nauki, trybik w machinie nastawiony na jedno konkretne działanie, zdehumanizowany i odrealniony produkt XXI wiecznych korporacji zawiadujących instytucjami naukowymi.

Poznamy wiele ciekawych i mniej ciekawych nazwisk, zaglądniemy uczonym do pracowni, będziemy mieli świadomość mechanizmów decydujących o awansach, apanażach, grantach, uznaniu społeczności itp. czynnikach które są dla współczesnych naukowców... równie oczywiste co dla wszystkich innych zawodów.

Stracimy za to romantyczną wiarę w uczonego i jego prometejskie wynalazki. Tak odkrywają od czasu do czasu to i owo, opracowują taką czy inna metodę ale... nim ją opublikują już jest złożona do urzędu patentowego, a oni sami oraz ich przełożeni i sponsorzy... liczą kasę.
Oczekujemy od nich wypowiadania się na tematy ich prac, o aspekty moralne i etyczne, prowadzonych badań, o konsekwencje dla świata i ludzi tego co robią, wierząc że to ludzie więksi od nas samych, że przecież uczony to nie byle gnojek, ale osoba z definicji... uczona! Tymczasem, w tym środowisku tak jak w każdym innym, pojawiają się karierowicze, niedołęgi, maskujący nieuctwo cwaniacy i aroganci gardzący wszystkimi i wszystkim.
Myślimy że jak uczony wypowie się na temat np klonowania, czy innych zabiegów biotechnologicznych to będzie to prawda obiektywna - niestety łudzimy się. Profesor mówi o bezpieczeństwie klonowania, ale nie sięga myślą głębiej niż do grantów które jego instytucja już ma, lub ma nadzieję mieć związanych z badaniami i rozwojem technik klonowania. Także myśli pomniejszych badaczy nie krążą wokół potencjalnych zagrożeń, one wirują z punktem ciężkości w jednym miejscu, publikacje, doktorat, samodzielne stanowisko badawcze, profesura... kariera!

Zatem nie ufać uczonym? wręcz przeciwnie - ufać ale pamiętać o starożytnej zasadzie: Nemo iudex in causa sua - nikt nie jest sędzią we własnej sprawie.

Stracimy też (mam nadzieję) złudzenia co do środowisk lekarskich... Głośno wyrażających współczucie bezdzietnym małżeństwom i w ich imieniu domagających się uznania za zgodne z prawem i etyką zapłodnień In Vitro z wykorzystaniem metod klonowania... ale przecież oni wołają nie w imieniu bezdzietnych par, ale własnym, bo dopuszczenie takich praktyk to dla nich kolejne setki tysięcy dolarów dochodu! 

Sporo w tej publikacji bioetyki - ale tej wysokich lotów - nie partyjnej lewackiej "bioetyki" w wydaniu pewnych "uczonych". Zwłaszcza w początkowych jej częściach, co ważniejsze autorka jest żydówką i... znajdziemy tu także żydowskie oceny etyczne, będące (co dla mnie było zaskoczeniem) dość odległymi od ocen chrześcijańskich!  

czwartek, 25 czerwca 2015

Meandry Erudycji - czyli ewolucja oczami Ryszkiewicza.

Zacznę od linków - tak wiem tego się nie robi... ale ... Pomimo wszystko zacznę, zapraszam do choćby krótkiego zajrzenia do archiwalnych tekstów z Wiedzy i Życia, to pozwoli wiele zrozumieć, a mi ułatwi recenzowanie.

Teoria "mniej to więcej" 
Teoria "krajobrazu zapamiętanego w genach"
(jeśli ten tekst przeczyta Mo, lub ktoś czytający bloga "trzymając się chmur", to już będzie wiedział skąd tyle zachwytów prezentowanymi tam krajobrazami...

Oczywiście Ryszkiewicz ma na swoim koncie zdecydowanie więcej publikacji, dostępnych na łamach Wiedzy i Życia, linkuje akurat te, bo są praktycznie wyimkami z kart książki Homo Sapiens Meandry Ewolucji, którą niniejszym pragnę bardzo gorąco polecić.



Całość książki, to właśnie takie jak w zalinkowanych tekstach, brawurowe, dynamiczne, skrzące się erudycją, inteligencją i dygresjami około 450 stron rewelacyjnej lektury.

Sam Ryszkiewicz to geolog, ewolucjonista (uwaga! - ewolucjoniści tak jak ekolodzy to jedno miano dla dwóch różnych zjawisk! Są ewolucjoniści naukowcy, badający jak, co, z czego, gdzie, kiedy itd oraz ewolucjoniści ideolodzy - którzy wykorzystują teorię ewolucji w roli tłuczka do ziemniaków którym okładają myślących inaczej - oczywiście Ryszkiewicz jest tym pierwszym) i popularyzator nauki.

Meandry Ewolucji - sam tytuł wskazuje że nie mamy tu do czynienia z procesem liniowym że ów słynny korowód hominidów, to nie tak do końca, że owe brakujące ogniwa to owszem, ale często nie między małpami a ludźmi ale w zupełnie odwrotnym kierunku.


 Obrazek ze strony


Dowiemy się np co do powiedzenia o ludziach mają... wszy!






Tak, właśnie te dokuczliwe małe pasożyty, uporczywie zwalczane okazują się jedna z bram do poznania ludzkich dziejów. One same milczą ale... mówi ich DNA. Trudno uwierzyć? A jednak!
Mamy trzy gatunki wesz ludzkich: głowowe, łonowe i odzieżowe. Podział na głowowe i łonowe rozpoczął się razem z utratą przez naszych przodków owłosienia na całym ciele, zaś te odzieżowe pojawiły się dopiero razem z odzieżą... no trudno by wcześniej. Teraz wystarczy z DNA wszy odczytać kiedy to się stało i już mamy potężny zastrzyk wiedzy o naszych początkach.  Może warto wszy objąć ochroną, jako swoistych świadków historii rodzaju ludzkiego?

Dowiemy się też całej masy innych rzeczy, często znanych lecz nie łączonych bezpośrednio z naszą historią, oraz takich ogólnie mało znanych,. lub zgoła wcale nieznanych.

Autor nie unika też kwestii uznanych dziś za politycznie niepoprawne, np. rozważa sensowność używania wobec Cyganów nazwy Roma 9skoro są tez i inne plemiona cygańskie), albo niezwykle intrygującego wysokiego odsetka Żydów askenazyjskich pośród laureatów nagrody Nobla (Einstein, Feynman itd. - Feynman zresztą sam zastanawiał się nad tym fenomenem  - ale tu już odsyłam do jego książki -"Pan traczy żartować, Panie Feynman".

Ryszkiewicz nie boi się zamieścić wtrętu o "straszeniu" nas takimi czy innymi kataklizmami, aczkolwiek zachowuje cały czas postawę badacza nie propagandysty i nie wchodzi w polemikę z kimkolwiek, co najwyżej zaznacza problem.

W początkowych częściach meandrów trafimy kilka razy na nazwiska czy cytaty z Dawkinsa (którego ciężko trawię ze względu na jego obsesję), później jednak pewna "czołobitność" względem autora "samolubnego genu" już się nie pojawia.

Reasumując - REWELACYJNA pozycja, gdyby Ryszkiewicz był anglojęzyczny, nosił anglosasko lub niemiecko brzmiące nazwisko i mógł liczyć na wsparcie marketingowe wielkich wydawnictw z Nowego Jorku to... mielibyśmy bestseller na skalę światową.


poniedziałek, 22 czerwca 2015

"pokłosie" wędrówki

Byłem opiekunem / przewodnikiem na dwudniowej wycieczce klasy mojego syna na Jamną.

W ogóle mało teraz o przyrodzie pisze, nie żebym stracił zainteresowanie, co to to nie - jeśli nie straciłem wcześniej, to już raczej nie stracę. Po prostu moi chłopcy są coraz więksi, i mogę wrócić do tego co lubię nawet nieco bardziej niż dociekania przyrodnicze czyli do wędrówek. Zatem tam powstaje gros wpisów a o przyrodzie mniej. Aczkolwiek nadal jestem aktywnym przyrodnikiem i nie rezygnuję z jej zgłębiania.

Od "pokłosie" niedawnego wypadu, nie nastawiałem się na zdjęcia przyrodnicze, musiałem zajmować się młodzieżą, ale coś zawsze udawało się znaleźć, ot choćby żeby zwiększyć ładunek dydaktyczny wypadu: 

 Ciekawostka nr 1 - wzgórze 503

 Kukułka szerokolistna (Dactylorhiza majalis) - storczyk szerokolistny 
dość nieczęsta roślina, coraz rzadziej spotykana.

 Orlica pospolita, orlica zgasiewka (Pteridium aquilinum (L.) Kuhn)
ta za to jest częsta, ale... bardzo fotogeniczna i warto ją znać. 

 Skała "Wieprzek"
Wychodnia piaskowca ciężkowickiego - dawniej mówiono tu o głazach narzutowych (eratykach lub  - co wolę za Staszicem - kamieniach runionych). Od lat wiadomo że to nieprawda.
Wszystkie skały i te w Ciężkowicach i te w okolicach Jamnej czy Bukowca to wychodnie skalne. 
Swoiste ostańce powstałe po tym jak bardziej podatne na erozje otoczenie uległo wymyciu i wywianiu. 
Charakterystyczne są dla nich spękania, szczeliny, dzwony itp efektowne dowody działania przepływającej wody, lodu i wiatrów. 

 Skrzek...
czyj?
no właśnie...
Pasuje mi do rzekotki drzewnej
ale
ale w okolicy widziadłem jedynie żaby trawne...
Jak by ktoś kumał... to ja się o wskazanie prawidłowego "adresu" na pewno nie obrażę...

A propos - od lat wałęsając się po Pogórzu dostrzegam żaby rozmnażające się w koleinach wygniecionych przez pojazdy! A to już nie jest fajnie, bo jak przejechał jeden to może i następny a wtedy... Co gorsza takie kałuże łatwo wysychają, nawet w głębi lasu i w tedy także...
Od lat prowadzi się akcje ochrony płazów podczas ich migracji, może warto by rozważyć konieczność tworzenia dla nich "naturalnych" miejsc do rozrodu np. w postaci sadzawek umieszczanych w okolicach ich siedlisk tak dobranych by były zasilane wodami podskórnymi?

 Diable Skały - Bukowiec. ten sam typ piaskowca - grube ziarna sklejone konglomeratem wapienno krzemionkowym. Co je tak wyrzeźbiło? 
Wiatr - były odsłonięte na długo nim wkroczyła tu roślinność drzewiasta podążająca za cofającym się lodowcem.
Woda - to pradolina rzeki Białej, która dziś jest nikła pozostałością tego co płynęło tu zaraz u końca epoki lodowcowej. swoje zrobiły też padające deszcze i lód. 
Rośliny - Piaskowce to skały osadowe, żyzne skały, szata roślinna ma się tu z czego tworzyć i jej korzenie (choć plechowce, żyjące najbliżej kamieni, korzeni nie mają... ale) kruszą skałę. 

Słynne "grzybie" kształty, to efekt podmywania przez przepływająca wodę po tym jak znaczna część skały już została odsłonięta.  Podobnie "dzwony" czy inne "niszowate" wytwory - powstawały gdy strumień wody napotkał wlepiony w piaskowiec kawał kamienia. Powoli ten okruch stawał się coraz luźniejszy aż w końcu całkiem uwalniał się z okowów skalnych i nie mogąc odpłynąć, wpadał w wibrację wewnątrz swojego "więzienia", do czasu... 
Do czasu aż został wypłukany lub rozkruszył się na mniejsze kawałki, które także zostały zabrane przez wodę.


Ważka,
Na moje oko Smaglec mniejszy, smaglec ogonokleszcz (Onychogomphus forcipatus).
Ale tu też mogę błądzić. 

 Parzydło leśne (Aruncus dioicus)
Jedne źródła podają że jest chroniona inne że nie jest, a jeszcze inne że częściowo - generalnie to mamy tu spory problem, bo roślinka (podobnie jak lepiężniki) upodobała sobie skraje lasu, czyli... nasze drogi, i jest nagminnie wykaszana, podczas prac konserwatorskich. 

  Lepiężnik różowy (Petasites hybridus).


Aktualnie czytam rewelacyjną książkę o ewolucji Homo Sapiens - jak skończę wrzucę moją recenzję. 

wtorek, 2 czerwca 2015

Jak TO robią biedronki

Pamiętacie te żarty z "uświadamiania" młodych ludzi co do spraw naszej seksualności? Te zachęty, by dzieci uczyć na przykładach, a to z piesków, a to z koników czy z.... biedronek właśnie. Pomijając cały absurd "uświadamiania"  (podejrzewam iż Australopiteków czy Neandertalczyków nikt nie uświadamiał, a jednak swoje geny do naszych czasów przekazali), to pragnę nadmienić iż oglądanie zbliżenia biedronek do łatwych nie należy, a same biedronki, także nie epatują nas tym widokiem natrętnie. Powiedzmy że owad taki jak kowal bezskrzydły jest znacznie łatwiejszy do dostrzeżenia.

- Zatem dzieciaczki drogie, na dzisiejszej lekcji będziemy mówili o tym jak TO robią biedroneczki...
- A prosę pana czy biedronecki robią to jak tata z mamą, cy jak mój starsy brat ze swojom dziewcynom, bo ja wsystko widziałam!
- Tak, ona wsystko widziała, i nam mówiła, prosę pana!
- A prosę pana, Tomak to ma nawet takie zdjęcia na telefonie, no pokaz panu, Tomek!
- Prose pana!!, a jak TO robią biedroneczki, bo jak to robią ludzie to my wszystko już wiemy...

i tyle w temacie "uświadamiania" ...

Zatem skoro nic do powiedzenia więcej nie jest wymagane, to zapraszam na poglądowy materiał fotograficzny.





W roli małżeńskiego łoża krzew rokitnika.

środa, 27 maja 2015

Strachy - problem nie taki błahy

Strach na wróble... tez kwestia! Już słyszę te żachnięcia. Tymczasem...
Tymczasem zajmują się nią uczone głowy i wcale nie jest to marnowanie czasu i pieniędzy podatników na badania w ostateczności i tak zasługujące na IGNobla.

Niedawno serwis Nauka w Polsce opublikował tekst właśnie a ich temat: "Strachy, czyli uroki wcale nie na wróble". 

Po pierwsze nazwa: "Strach na wróble" to powiedzmy nazwa gatunkowa, tymczasem każdy region dorobił sie nazw własnych, mamy przeto baboki (tak, tak - o nich śpiewa się piosenki i pisze książki dla dzieci), uroki lub kulawce (no to, to chyba od stania na jednej nodze?). 


Po drugie płeć - zdecydowana większość strachów na wróble to mężczyźni - choć sami przyznacie że imię babok, jakoś niespecjalnie do takich męskich strachów pasuje - no chyba że chodzi o posłankę ... nie, nie, strzeż się, tego ci napisać nie wolno... 


Po trzecie przeznaczenie: jak łatwo wykoncypować, wróbel jako gatunek synantropijny ludzi boi się nieszczególnie, przeto musza byc wymierzone w inne gatunki, przede wszystkim te ustawiane na polach odstraszać mają dziki i sarny, a te w ogródkach szpaki (średnio skuteczne). 


Odczyt na temat strachów wygłosiła pani mgr Grażyna Szelągowska z Muzeum Etnograficznego im. Marii Znamierowskiej-Prüfferowej, podczas Toruńskiego Festiwalu Nauki i Sztuki. 


 I jeśli ktoś nie był, ja nie bylem, to warto sobie przeczytać krótki tekst na ich temat, który zalinkowałem, a potem podczas przechadzek po okolicznych polach, lub ogródkach działkowych - patrzeć na strachy zgoła innym niż dotychczas okiem.

 Ps. wszystkie strachy to Tarnowianie.




 

wtorek, 26 maja 2015

Paź i padalec

Kwiecień w tym roku, był (przynajmniej na południu) ładniejszy od maja.
W lasach i na ugorach pospolite kwiecie ruszenie. a pośród tego wszystkiego... motyle. Co prawda nie tyle ile bywa ich latem, gdy rozwinie się już drugie pokolenie ale i tak nie mało, a pośród całej tej czeredy...

A było to tak: Wybrałem się na rajd po okolicach Ciężkowic. Nie nastawiałem się na zdobycze przyrodnicze, gdyż miało to być przejście głównie krajoznawcze z między etapami wyznaczonymi zabytkami i miejscami pamięci narodowej - zobaczcie sami
Nawet nie miałem nasadki makro do aparatu, ani żadnych innych gadżetów które czasem używam gdy wybieram się na obserwacje przyrodnicze.
Tymczasem pomiędzy Ciężkowicami a Rzepiennikiem Strzyżewskim na przełęczy tuż przy cmentarzu wojennym. napotkałem Pazia.

 Paź królowej (Papilio machaon)

 zdecydowanie dziwna pora na takie spotkanie. Nawet ciotka wiki poucza że pazie to ciepłolubne stworzenia i w maju to i owszem, ale w kwietniu? 
Chociaż ten pojawił się w okolicy południowych stoków wzniesienia, na terenie dobrze nagrzewanym słońcem. Był pionierem, w każdej populacji jest część pionierów, i ... maruderów (to osobniki pojawiające się znacznie później niż główna część pokolenia).

 To takla polisa ubezpieczeniowa gatunku - w razie zmian klimatycznych, jeśli nadchodziło by ocieplenie, to właśnie potomstwo pionierów zacznie dominować główną część populacji, gdyż rozwijać się będzie w korzystniejszych warunkach. Za to w razie ochładzania klimatu, gdy osobniki pionierskie prawdopodobnie wygonią bezpotomnie, a "peleton" populacji będzie bardzo osłabiony, właśnie "maruderzy" zyskają przewagę. Prosty niezwykle skuteczny mechanizm zachowania gatunku - występuje także pośród ludzi, choć nasze zsocjalizowane do "bulu" szkolnictwo nie przyjmuje do wiadomości że są osobniki wcześniej i później osiągające gotowość szkolną na przykład (bo w grę wchodzi ogólnie dojrzewanie). Robespierre i Marks i Makarenko (świeć Lucyferze nad ich duszami) rzucili hasło że "ma być równo!!", a ich epigoni z MEN dali odzew: "i będzie równo!!!!"

 Jaki będzie los tego osobnika? 
Nie mam pojęcia, ofiarą kolekcjonerów raczej nie padnie, bo ich tu nie ma, a pięknoduchy z miast tu nie trafią. Jeśli znalazł swoją drugą połowę, to pewnie teraz doczekali się już sporej gromady jaj, z których wkrótce wylegną się gąsienice.
Równie dobrze jednak mógł paść ofiarą jakiegoś ptasiego messerschmitta, lub... przedniej szyby człowieczego samochodu... Niezbadane są wyroki owadziego losu.

 Jeszcze słów kilka o samym fotografowaniu - zdjęcia są jakości cokolwiek marnej - kwestia ostrzenia. Owszem motyl ten ma silne ADHD, ale i tak na dziesięć strzałów powinno dać się wybrać przynajmniej dwa przyzwoite i jedno całkiem niezłe...a tymczasem.
Na usprawiedliwienie dodam, że sam byłem po godzinie intensywnego wznoszenia a oczy miałem przyzwyczajone do blasku odlesionego terenu pół uprawnych, tymczasem motyl latał co prawda przy drodze, ale pośród drzew i co gorsza w miejscu gdzie raz była plama światła a tuż obok głęboki cień. W takich warunkach automatyka mojego aparatu po prostu zgłupiała, a na oczy i strojenie ręczne też nie bardzo mogłem liczyc - stąd taki a nie inny efekt. 

Kolejne spotkanie miało miejsce już na koniec ojej wędrówki, zszedłem z głównej drogi, zamierzając w kierunku kolejnego cmentarza ... a swoją drogą czy nie jest tak że nasze cmentarze i ich okolice to dla zwierzyny najlepsze miejsca do... życia?!  

Dalem się ponieść duchowi szlaku - zazwyczaj to On mnie prowadzi - gdybym szedł w/g rozumu, po poszedł bym przez współczesny cmentarz i prędzej rozdeptał gada niż zauważył (bo taka tam była konfiguracja terenu) jednak poszedłem inna drogą, wstąpiłem do Rzepiennika - kupiłem sobie pyszną drożdżówkę (po 13 km marszu przez górki i wąwozy - to już praktycznie każda jest pyszna, ale ta była pyszna obiektywnie). A potem już z drogi kierując się na wysoko sterczący pomnik, polnymi ścieżynkami dotarłem pod cmentarne wzgórze a tam:   

 Padalec zwyczajny (Anguis fragilis)

 Sznurówka leżała sobie pośród łąkowego zielska, wyraźnie czekając na słońce - no to znaczy żeby sobie długo poczekała, bo to od północnej strony wzgórz było i słońce tam zagląda tylko późnym popołudniem w czerwcu. Było na tyle ciepło że gad mógł się poruszać, ale na tyle chłodno że robił to wybitnie niezdarnie - nawet jak na padalca.

 Padalce to jaszczurki - co jednak nie przeszkadza ludziom prostym tłuc ich na równi ze żmijami czy zaskrońcami. Tak wiem Biblia mówi że Szatan w postaci węża nakłonił Ewę do grzechu (jak znam kobiety, to do złego specjalnie nakłaniać ich nie trzeba - no co innego do dobrego - tu to by cała diabelska przemyślność nie wystarczyła) i od tej pory nienawiść, rozdeptywanie głów, itp. 
Tu otwiera się pole dla kaznodziejów, wielu z nich to niezwykle światli ludzie, zajęci naszymi duszami, co oczywiście szanuję, ale gdyby tak podczas swych kazań, tak na marginesie od czasu do czasu wtrącili że to Szatan jest zły, a nie węże, że ta tradycja tępienia "plugastwa" to swe korzenie ma jeszcze w czasach Zoroastryzmu - więc przebrzmiałych już od prawie dziesięciu tysięcy lat i doprawdy nie ma powodu by nadal dzielić zwierzęta na "czyste" i "nieczyste", No to by mogło uratować życie niejednemu wężowi i padalcowi.

 
Zawsze zastanawiał mnie mechanizm środowiskowy który wpłynął na uwstecznienie u padalców kończyn, żyją praktycznie w podobnych miejscach co zwinki i żyworódki a jednak tamtym ani nie w głowie uwsteczniać sobie cokolwiek...? Być może to uwstecznienie to kwestia przystosowania do warunków które istniały miliony lat temu a to co obserwujemy dziś to ich efekt, no bo kończyny raz utracone raczej nie będą miały tendencji do powtórnego pojawienia się? Ciekawe - szukałem w literaturze, generalnie wszystko co jest to stwierdzenia typu - "przystosowanie do warunków środowiskowych" - no tyle to nawet ja wiem - ale mnie interesuje jakie to były warunki? Co takiego było w tym środowisku? Czy "poszły" śladami węży bo inne drogi ewolucji były dla nich zamknięte, czy może była to kwestia "ślepej uliczki"?
jak by ktoś znał publikacje na ten tatem - to niech zalinkuje. będę wdzięczny.

poniedziałek, 11 maja 2015

Czy Bursa był specjalistą od skażeń radiacyjnych?

Na pierwszy rzut oka pytanie brzmi całkiem bezsensownie - bo i co niby ma piernik do wiatraka? Ale...
Pozornie głupie pytania, są siłą napędową ludzkiego poznania. Gdyż...

Zresztą przemyślcie rzecz sami.

Andrzej Bursa - "pantofelek"


Dzieci są milsze od dorosłych
zwierzęta są milsze od dzieci
mówisz że rozumując w ten sposób
muszę dojść do twierdzenia
że najmilszy jest mi pierwotniak pantofelek

no to co

milszy mi jest pantofelek
od ciebie ty skurwysynie.
  

A teraz  podręcznik "Energia jądrowa i promieniotwórczość" Andrzeja A. Czerwińskiego

(od siebie dodam że LD 50/30 znaczy tyle że: mamy do czynienia z dawką letalną czyli taką która powoduje śmierć 50% osobników w czasie do 30 dni, a Sv - to Siwert, jednostka pochłonietej przez organizm dawki promieniowania, generalnie operuje się na setnych i tysięcznych częściach Siwerta, gdyż już jeden Siwert może oznaczać bardzo ostrą chorobę popromienną)


Tablica 11 Dawki LD (50/30) dla różnych organizmów 

Człowiek: 3 - 4  Sv
Małpa: 5 - 6  Sv
Osioł: 7,8  Sv
Szczur: 5,9 - 9,7  Sv
Zółw: 15  Sv
Ślimak: 80 - 200  Sv
Mucha: 800 Sv
Pantofelek: 3000  Sv !!!!!!!!      

 I jak tu nie wierzyć w ponad intelektualną zdolność opisywania świata przez poetów?
  

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Kto zjada ostatki... (uwaga na "słabe żołądki")

Człowiek szczyci się że jest ostatnim ogniwem łańcucha troficznego i że pozycję tę rzekomo zawdzięcza samemu Bogu, który to na niego go posadowił, jako stworzonemu "na wzór i podobieństwo"...
Nie chciał bym być brutalny ale to generalnie... no powiedzmy, dalece odległe od stanu faktycznego.
Moi przyjaciele Protestanci a także pewna część Katolików zdają się nie dostrzegać (wyparcie?) że ostatnimi w łańcuchu troficznym są zawsze reducenci, bakterie i grzyby. Zaś z punktu widzenia przeciętnego drapieżcy czy padlinożercy pomiędzy mięsem ludzkim a zwierzęcym nie ma żadnej różnicy - no może tylko taka że ludzkie (za wyjątkiem pobojowisk) jest trudno dostępne, lub zdobywanie go wiąże się z dużym ryzykiem.
Jak zatem jest z tym "wzorem i podobieństwem"? Wolę postrzegać je wyłącznie w warstwie duchowej, aczkolwiek nie ulega dla mnie wątpliwości iż, wszystko co dzieje się w warstwie "mięsnej" odbywa się ponieważ taki był "mind of God" (jak to doskonale ujął Albert Einstein).

Zapraszam zatem na ucztę ;-)


Podmiotem uczty są: trzy małe Śliniki wielkie oraz jeden Krocionóg, przedmiotem zaś resztki wieprza, wyrzucone za siatkę ogródków działkowych (pisałem już że działkowcy en masse to jedni z największych brudasów jakich znam?).
Kto zjada ostatki, bywa miły i gładki... prawda ? ;-) 


piątek, 10 kwietnia 2015

Potyczka z ekspertami

Dziś materiał gadany, możecie sobie spokojnie go odpuścić, ale ja musiałem się wygadać, bo diabli mnie brali.
W skrócie chodzi o to że eksperci twierdzą iż jest cacy, fajnie i nic nauki nie ogranicza a ja twierdze coś diametralnie innego. Poza tym niektórzy wygłaszają tezy z którymi się zgodzić w stanie nie jestem. 
Zatem oglądacie na własne ryzyko - ostrzegałem że będę przynudzał.


poniedziałek, 16 marca 2015

Neuroteologia

Brzmi dziwnie, prawda? Ilu z Was spotkało się z tym pojęciem wcześniej? Czego dotyczy?
A na to ostatnie pytanie postaram się odpowiedzieć ja.

Nauka jest nowa, praktycznie nowatorska, stała się nauka dopiero wtedy gdy rozwinięte techniki neuroobrazowania pozwoliły nam na śledzenie pracy mózgu, zmian w nim zachodzących oraz za jego pośrednictwem zmian w całym organizmie człowieka. skomplikowana sprawa. Naprawdę mnóstwo danych.
Jedno jest pewne - modlitwa MA duży wpływ na nasz mózg.
Jednak jeśli ktoś będzie chciał uznać to za dowód na istnienie Boga, to srodze go rozczaruje - to jest tylko dowód na to że modlitwa Ma wpływ na nasz mózg. cała reszta to interpretacja. Dla jednych może być to właśnie "dowód" na istnienie Boga, dla innych (vide Jerzy Vetulani) coś wręcz przeciwnego. Swego czau pisał on był nawet na swoim blogu na temat"wyspy ekstazy" jako odpowiedzialnej za przeszycia Św. Pawła w drodze do Damaszku, które zaskutkowały jego nawróceniem na Chrześcijaństwo. Zatem i ja tej kwestii nie rozstrzygnę. Choć wierzący jestem a nawet mistyczne przeżycia mi się zdarzają.

W czym rzecz jednak.

Tekstów na necie tyczących się wpływu modlitwy na funkcjonowanie mózgu jest stosunkowo niemało. Ja jednak zalinkuje jedynie ten z Rzeczypospolitej... czemu? Bo choć Hajdabomber rozsadził całą lubianą przeze mnie redakcję a na jej miejsce powołał... no mniejsza, powiedzmy zdecydowanie mniej znane nazwiska - to sentyment do tytułu pozostał oraz zaufanie co do rzetelności redakcji materiałów popularnonaukowych. 

Swego czasu, nie tak dawno temu, dr Andrew Newberg, neurobiolog z Thomas Jefferson University, przeprowadził szereg badań z pomocą technologii SPECT (tomografia emisyjna pojedynczych fotonów). Wyniki są... wielce ciekawe i nader niezwykłe. Aczkolwiek zgodne z przeczuciem osób modlących się, że modlitwa ma REALNE a nie tylko duchowe odzwierciedlenie w naszym życiu. Otóż w sposób jednoznaczny udokumentowano iż w mózgach osób pogrążonych w modlitwie dochodzi do zmian w co najmniej dwóch obszarach.

Pierwszy z nich to płaty czołowe - odpowiadają one za koncentrację i skupienie uwagi - rzecz jasna trudno sobie wyobrazić aby można było trwać w rozmodleniu bez skupienia uwagi i koncentracja (zatem sprawa cała zakrawa na banał) ale... No właśnie, ale jednocześnie dowiedziono iż zaledwie kilkanaście minut modlitwy (medytacji) zdecydowanie poprawia pamięć u osób starszych JUŻ dotkniętych początkowymi fazami demencji! !2 minut dziennie przez osiem tygodni i w efekcie zauważalna poprawa stanu zdrowia! mało? No to wyobraźmy sobie długotrwałe stany modlitewno medytacyjne praktykowane przez wiele lat.
I takie pytanie czy ktoś z was widział dotkniętego demencją mnicha, zakonnika lub ich żeńskie odpowiedniczki?
Prawda?!
Zmusiło do zastanowienia!
Wcześniej jakoś tak ten fakt umykał naszej świadomości ale teraz... no właśnie, z podziwem patrzymy na krzepkich dziewięćdziesięcioletnich mnichów ćwiczących Tai Chi czy zakonników o umysłowości młodej i świeżej, pamiętających jednak czasy tak dla nas odległe, że graniczące już z prehistorią... Patrzymy z podziwem i zazdością, a tu nie patrzenia trzeba ale naśladowania.

Ale to nie wszystko...
Jednocześnie zaobserwowano spadek aktywności w płacie ciemieniowym. czyli w tym rejonie mózgu, który pomaga człowiekowi zachować orientację w czasie i przestrzeni.Co to znaczy? Ano to, że rozmodlony człowiek, traci poczucie czasu, rozpływa się w uniwersum, dryfuje w kosmosie, zatraca poczucie siebie za to zyskuje poczucie bycia wszędzie. I znów problem bo dla jednych to dowód na to iż wszelkie wyznania religijne to samooszustwo naszego mózgu dokonywane na naszej świadomości, a dla innych... miejsce, swoista wtyczka bezpieczeństwa, którą Bóg tak skonstruował aby odłączała się w stosownym momencie, aby wynagrodzić nas za oddanie, wierność, modlitwę, (lubo za wszystkie te walory które towarzyszą np. mnichom buddyjskim)

Nie wiem, nie liczcie na podpowiedź... ale...
Czy bylibyście gotowi poświęcić jedną setna doby aby zadbać o wasz umysł, by za lat kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt nie sprowadził was do poziomu robiącej pod siebie, zaślinionej roślinki, która nie odróżnia własnych dzieci od personelu medycznego? No to policzcie sobie: 1/100 doby to 15 minut.
15 minut modlitwy, medytacji, mantrowania... Dużo czy mało? Warto czy nie warto?

niedziela, 15 marca 2015

Żeremia

Ślady bobrowania bobrów w granicach Tarnowa obserwowałem już wiele razy. czy to w okolicach Wątoku, czy w Mościcach na terenach przemysłowych. Zawsze były to jednak tylko ślady. Tym razem mi przyfarciło - co prawdy żywego gryzonia nie widziałem, ale za to było o metr od jego żeremi.  

Jakoś tak się złożyło że pola rędzińskie, taki czworobok małoforemny pomiędzy Ładną, ul. Lwowską, Wolą Rzędzińską a ul. Jana Pawła dotąd nie były przeze mnie spenetrowane. Nie wiem czemu, po prostu nigdy mi to nie po drodze. tym razem jednak zapakowałem Aurę w samochód, podjechaliśmy bliżej, zaparkowałem na parkingu sklepu sieci Merkury Market (dzięki za wyrozumiałość, z racji wzajemności dodam że mają tam wyposażenie domowe od materiałów budowlanych, poprzez meble, dywany, oświetlenie itp. - ceny przyzwoite, towar także - parę rzeczy już tam kupiliśmy i nie narzekamy). A potem ... w polaaaaaaa

A polaaaa wyglądają tak.

 A brzeziny tak...

 A w każdej brzezinie bagienko... 
(obecności rusałek zwłaszcza tych zwanych przez Sapkowskiego "nagopierśnymi", nie stwierdziłem)

 Za to Barszczu Sosnowskiego skolka ugodna.
Muszę tu latem podjechać i zrobić materiał na jego temat. 
I śmieci mnóstwo - bydełko miejscowe (bo obcy tu się nie zapuszczają) uczyniło sobie z tych miejsc składowisko śmieci.

 Ale nagle na jednym z podlanych terenów...!

 Ewidentne ślady bobrowania!

 Co prawda dojście z deczka utrudnione, bo ostrężyn i głogu mnóstwo a to mściwe i czepliwe draństwo jest, ale przedarłem się.
Zdjęcie pozowane, w rzeczywistości przebiło się przez spodnie i skórę na udzie, szramę mam do dziś.

 I już nader blisko - na brzegu widać ślady "stoczni" miejsca gdzie bobry wciągają do wody materiał budulcowy i... gałęzie na pokarm.

 Jak ładnie uklepały miejsce ogonkami?

 A oto żeremie w całej nadwodne okazałości.
 A wody na dobre dwa metry - wierzyć się nie chce, ale faktycznie tak wyszło gdy wtykałem tam gałąź.
Praktycznie żaden drapieżnik im tam nie zagrozi, no niedźwiedź by sobie poradził... 
Ale odkąd to niedźwiedzie na bobry polują?

 i żerowisko. Jeden taki konarek grubości mojego ramienia zabrałem do domu, pokazać chłopcom. Nie mogli się nadziwić kilkucentymetrowej długości pociągłym ciosom od bobrzych zębów - powoli kształtowali w sobie świadomość że prawdziwe zwierze to nie jest bajkowa figurka futrzaka tylko samobieżna dłutownica, mogąca odgryźć człowiekowi rękę (i słusznie, po cholerę ją wyciągał?)
- a ty się tato nie boisz?
- a czego mam się bać/
-że tobie też bóbr może rękę ogryźć!
- nie, bo widzicie, ja szanuję zwierzęta, na pewno nie wyciągał bym do nich ręki, nie próbował głaskać, łapać czy drażnić, a gdybym dostrzegł jakiegoś bobra podczas pracy czy zabawy, to na pewno zachował bym duży dystans. Więc nie mam czego się bać.

A na koniec jeszcze spiżarnia, już dość przetrzebiona, na szczęście wiosna i świeżego jedzenia będą miały pod dostatkiem.

Bobry jak wiadomo są... szkodnikami, tak orzekli rolnicy - rolnik wyrzucający śmieci do lasu nie jest szkodnikiem, szkodnikiem jest bóbr, budujący sobie dom. W telewizorni nie raz ten czy inny burak bądź  żona jego rzepa zawodzi zadając pytanie kto jest ważniejszy "człowiek czy jakiś tam zwierzak". Pytanie tyleż głupie, co... nader sprytne. Mało komu chce się iść w teren i zauważyć że owe "szkody" przez bobra czynione to w 90% przypadków podtopienie nieużytków które ostatni raz pług widziały za czasów Gierka, albo i to nie. A cały lament obliczony jest na wycyganienie od stosownych władz, możliwie wysokiego odszkodowania za "zatopione" łąki, zmarnowane uprawy itp.
Chłop potęga jest i basta, a już zwłaszcza jego... niewiasta!