Zasoby naturalne powinny być zużywane w taki sposób, by czerpanie natychmiastowych korzyści nie
pociągało za sobą negatywnych skutków dla istot
żywych, ludzi i zwierząt, dziś i jutro

papież Benedykt XVI

środa, 28 września 2016

Mem tego dość, czyli ostatni post o Dawkinsie.

Temat mnie zmęczył - po pierwsze sam wzorów nie lubię (nikt ich nie lubi, ale są tacy którzy je pamiętają, i choć ich nie lubią, to namiętnie z nich korzystają, aby udowodnić innym swoja wyższość i tym samym podnieść swoje szanse na znalezienie atrakcyjnego partnera seksualnego... bo o to w tym całym samolubnym genie głównie przecież chodzi).
Po drugie - zdaję sobie sprawę że gdybym zaczął ich używać to niechybnie został bym posądzony o "pusty szpan" i stracił bym nieliczne acz zacne  grono czytelników.
Po trzecie - bez matematyki plątam się w bełkocie usiłując wyjaśnić np. dlaczego bycie dupkiem przynosi w pewnych okolicznościach wysokie profity reprodukcyjne.
Po czwarte - zapewne Was to także już męczy. zatem... kończ waść czasu oszczędź!

Jeśli jednak ktoś faktycznie jest zainteresowany "jak to działa" i chciał by na przykład zweryfikować moje słowa to polecam stronę  "Wstęp do teorii gier". Znajdziecie tam wszystkie potrzebne wzory, wraz z ich rozpiską.

Zatem reasumując. Tak "samolubny gen" jak i "samolubny mem" top pojęcia powstałe na gruncie zastosowania teorii gier do potrzeb rozpatrywania strategii reprodukcyjnych. Przy czym memetyka to rozważania już w kategoriach kulturowych, abstrahujących od uwarunkowań biologicznych.


 http://www.slideshare.net/maciejrostanski/memy-internetowe

 Memy rozprzestrzeniają się jako swoista reakcja łańcuchowa i tego praktycznie nikt nie neguje.


Do wyjaśnienia pozostaje problem... dlaczego?! Jaka cholerna siła sprawia że dziś sam krzywię się na widok tego lamusa gdy patrzę na swoje zdjęcia choćby ślubne?! Gdybym dziś tak się ubrał był byłbym szczytem mega obciachu... a wtedy... Co się zmieniło?! Ja? Świat? czy może właśnie memy krążące pośród ludzi jednostki przekazu kulturowego...?

Tyle co do memów - mam nadzieję że udało mi się przekaz sformułować tak by był zrozumiały.

Ale po co memy Dawkinsowi?
A po cóż by innego... - Dawkins jako "osobisty wróg ana Boga" chciał wykazać że np. wiara czy religia to takie same przekazy kulturowe jak gra na akordeonie czy moda na szerokie spodnie - kiedyś hit dziś obora.

I faktycznie podobnie jak w przypadku "samolubnych genów" - swoją drogą każdy inny autor, nawet gdyby poprzedził swoja książkę setką stronic tłumaczenia, został by przez środowisko "spalony na stosie" za taką antropomorfizację a Dawkins nie... zastanawiające - "samolubne memy" to jednostki przekazu - im więcej jednostek danego typu tym jeden przekaz jest silniejszy a im mniej tym słabszy.
Kobiety mają nieproporcjonalnie duże piersi a mężczyźni penisy - nie dlatego że to pomaga w życiu - bo jest wręcz odwrotnie, zwłaszcza w sytuacjach zagrożenia, kto widział biegnąca kobietę bez sportowego stanika ten wie, kto może sobie wyobrazić nagiego mężczyznę przedzierającego się przez ostrężyny ten też wątpliwości co do szkodliwości takich "przerostów" mieć nie będzie. Tyle że tu zadziałał dobór kulturowy, a więc oparty o memetykę a nie genetykę, która tylko stanęła do usług na potrzeby tej pierwszej.   Widocznie tak się sobie wzajemnie podobamy - teorie typu "piersi jako magazyn, a penisy jako wskaźnik dobrej pracy serca" wkładam między opowieści o Trójkącie Bermudzkim i UFO - czyli... coś w tym może jest, ale dowodów brak a mamy jedynie spekulacje.

Ergo - skoro np. mem wiary w bogów pomagał danej społeczności, utrzymywał jej spoistość i zwiększał gotowość do ofiarności, to taka społeczność rosła w siłę, a tym samym mem kultu tej społeczności stawał się coraz silniejszy i atrakcyjniejszy dla innych społeczności...
Zgodzicie się? Sam się z tym zgadzam.

Nieco trudniej jest z memem celibatu - bo mamy konflikt "samolubnego genu" z "samolubnym memem" (dotychczas współpracowały zgodnie) - ale możemy przyjąć iż dla osobników żyjących w danej społeczności mem jest równie ważny jak gen, a jednocześnie z racji tego iż osoby żyjące w celibacie posiadają rodzeństwo rezygnacja z reprodukcji własnej, jest wzmocnieniem potencjału reprodukcyjnego rodzeństwa... pokrętne nawet jak na Dawkinsa, ale wciąż możliwe do zaakceptowania.

Natomiast Dawkins odniósł całkowitą klęskę - moim zdaniem ostateczną, bo w końcu aby sfalsyfikować tezę iż wszystkie kruki są czarne, wystarczy znaleźć jednego białego i wtedy choćby adwersarz wskazał na dziesięć milionów czarnych nie będzie to miało już żadnego znaczenia -  w starciu z Chrześcijaństwem (na którym mu najbardziej chyba zależało). w tej kwestii takim białym krukiem jest miłosierdzie. Albowiem
"Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich". 
Jana 15/13    
Czyli de facto nie przekazujemy ani genów, ani memów... a jednak postawy nie nikną. I ani Dawkinsowi ani jego epigonom nie udało się znaleźć ani jednego mechanizmu który mógł by tłumaczyć propagacje memu miłosierdzia. 

środa, 21 września 2016

Wirus kultury czyli ... czemu pomyśleliśmy o tym samym?!

Mem... pojęcie stworzone przez... a jakże... Richarda Dawkinsa na potrzeby zakończenia książki "Samolubny Gen". 






Mem - jest u Dawkinsa pojęciem równorzędnym z genem, tylko odnoszacym się do kultury i ewolucji kulturowej. Pojęcia "mem" i jego pochodna "memetyka" (jako gałąź nauki, zajmująca się ewolucja kulturową i propagacją "memów"  w społeczeństwie) została chwycona przez kulturoznawców jak połeć gnijącego mięsa przez sępy. I choć obecnie definicje Dawkinsa uznane są powszechnie jako "naiwne" lub "nie spełniające kryteriów metodologicznych" to jednak swoją rolę odegrały a pojecie "memu" przeszło na stałe do tzw "świadomości społecznej" (czyli memosfery).

Obecny stan nauki zwanej memetyką najłatwiej jest ocenić samemu np. ściągając i czytając "„Teksty z Ulicy” – czasopismo naukowe pracowników, doktorantów i studentów Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Od 2005 roku z podtytułem „Zeszyt memetyczny”".

Mi jednak nie o stan obecny chodzi ale o pastwienie się w dalszym ciągu nad Dawkinsem, a zwłaszcza nad jego wyznawcami. Do tej pory wykazałem (lubo mam taką nadzieję) że Dawkins to: ultrakonserwatysta, ksenofob, faszysta i seksista ... a wszystko to jedynie na podstawie analizy "samolubnego genu" - otóż dobrze jest żyć ze świadomością (której często wielu brakuje) że "idee mają konsekwencje" (książka i bon mot Richarda M. Weavera)

Tak się składa że memy rozsyłane (bo teraz już zaczniemy idee nazywać memami zamiennie - choć to nie do końca tak,. ale pomoże zrozumieć) przez Dawkinsa, uderzają także w jego ukochane lewicowo liberalno ateistyczne środowisko. Wystarczy po prostu być w ich realizacji i analizie... konsekwentnym.

Wykazałem także (i także mam co do tego nadzieję) że Dawkins swoją książkę pisał jako głos w dyskursie społecznym na tematy religii / ateizmu, postępu / "wstecznictwa", liberalizmu / konserwatyzmu itd. Łatwo się domyślić po której pan Richard stoi.   Uważając się za "osobistego nieprzyjaciela Pana Boga" postanowił stworzyć dzieło które raz na zawsze udowodni że Boga nie ma gdyż to ewolucja ukształtowała etykę, altruizm, miłość itp.

Jednakowoż Dawkins nie jest głupcem, to wybitnie inteligentny człowiek i w pewnym momencie dostrzegł że jego wywody, zostaną bez problemu obalone przy pomocy argumentów pochodzących z nauk społecznych, kulturoznawstwa, socjologii, psychologii i pokrewnych. Koniecznie musiał więc, wprowadzić do swojej książki pojęcie "memów" i "memetyki" a także ich zmienności w czasie i w kontakcie z innymi memami tudzież warunkami środowiskowymi. I to zrobił. Pomysł zresztą nie był ani nowy, ani odkrywczy, zauważmy że definiowany przez niego "mem", w sumie niewiele się różni od platońskiej "idei", może poza tym że "idee" nie ulegały ewolucji.

Argumentacja Dawkinsa w tym momencie sprowadzała się do stwierdzenia - Boga nie ma, religia to brednia gdyż wszystkie pojęcia z Bogiem i religią związane, podlegały i podlegają ewolucji a powstały jako odpowiedź istot inteligentnych na wymagania środowiska kulturowego w jakim żyły. Na pierwszy rzut oka sensownie i faktycznie trudno taki tok rozumowania obalić (wybitnym "brakiem współdziałania ze strony Ducha Świętego" wykazują się ci Katolicy i Protestanci, którzy argumentują za pomocą odwołań etycznych - "jako wierzący jestem dobrym człowiekiem, a gdybym był niewierzący, to nic nie powstrzymywało by mnie przed wyrządzaniem krzywdy bliźniemu" - bo to podstawianie sobie kolan do przestrzelenia...).

Istotnie - pojawia się mem religijny, który "tłumaczy" zjawiska (burza, tęcza), wydarzenia  (śmierć,  narodziny) i tenże mem jako atrakcyjny dla słuchaczy zostaje szybciej propagowany niż mem ateizmu (przypomnijmy los Sokratesa...). Otóż takim prostym rozumowaniem rozprawiłem się z religią...  Niech ktoś spróbuje obalić to rozumowanie - czekam tydzień - do przyszłej środy - wtedy... sam je obalę ;-).

fajnie - a tytuł... kiedy wytłumaczę tytuł?!!!

Otóż trzeba byście odwiedzili Blog Wojciecha Gotkiewicza i odnaleźli moją z nim dyskusję, bo nie chce mi się streszczać.

Zatem - czemu pomyśleliśmy to samo?  Na tej samej zasadzie na jakiej dziś nosi się obcisłe spodnie z krokiem w kolanach i mankietami jak od wiatrówek, a ja nosiłem obcisłe rurki w kratę (tak, byłem/jestem punkiem).  Moda tak samo jak ideologia, wierzenia religijne, poglądy polityczne, estetyka itp. ma swoje memy. Te mamy ewoluują ale i propagują się pośród ludzi.  Zapewne też tak jak w genetyce, odkryto; epigenetykę, tak w memetyce odkryje się wkrótce; epimemetykę. 
Czyli..
Czyli są dwa tłumaczenia (może więcej, ale te dwa uważam za najsensowniejsze)
1 - memosfera - czyli ogólna niematerialna ilość memów krążąca w społeczeństwie, z której czerpiemy, a w której ostatnio górę wzięły poglądy o fotografii przyrodniczej bez elementów przyrodoznawczych a jedynie oddającej klimat - czyli mgła jako główny i jedyny motyw.
2 - epimemetyka - gdzieś na jakimś etapie swojego życia zostaliśmy zainfekowani tym samym memem - fotografii przyrodniczej bez elementów przyrodoznawczych a jedynie oddającej klimat - czyli mgle jako głównym i jedynym motywie, a następnie jakieś wydarzenie/zjawisko uaktywniło tenże mem. Ponieważ musiało być to zjawisko/wydarzenie wspólne więc najpewniej była to mgła która nasunęła nam myśli o sobie jako o motywie głównym i jedynym fotografii przyrodniczej bez elementów przyrodoznawczych ;-) 

Ps. powyższy tekst nie jest wymierzony w osoby niewierzące (nie jestem nosicielem memu Savonaroli) - a jedynie w wyznawców religii Dawkinsonizmu.

środa, 14 września 2016

Czemu kobiety kochają dupków, czyli samolubnogenowe wyjaśnienie kwesti psychopatów.

Od razu zastrzeżenia - pod pojęciem psychopata rozumiem w tym tekście tylko i wyłącznie osobnika skrajnie niezdolnego do empatii, Nie każdy dupek jest psychopata, ale każdy psychopata w kwestii pożycia z kobietą zachowa się wcześniej czy później jak dupek.

Długo by pisać kim jest ów dupek, lecz chyba nie ma takiej potrzeby, intuicyjnie to określenie jest powszechnie zrozumiałe a przywołane wyżej zdefiniowanie psychopaty na potrzeby tego tekstu wystarczy. 




Zatem skoro już wiemy kto/co to jest dupek i już określiliśmy kogo z naszych znajomych najprędzej ono opisuje to zastanówmy się: czemu geny dupkowatości wciąż trwają w społeczeństwie?! To wcale nie takie banalne pytanie. Dupek raczej nie będzie opiekował się potomstwem, zamiast płacić alimenty będzie wolał iść do paki (albo polityki), czyli teoretycznie rzecz biorąc jest nośnikiem nieprzystosowania, czyli w ramach teorii doboru naturalnego Darwina taka pula genowa powinna zostać szybko i definitywnie usunięta z procesu reprodukcji - tymczasem nie. Dupki mają się świetnie! I tu w sukurs przychodzi nam teoria samolubnego genu! W tym miejscu warto by podeprzeć eis wzorami z teorii gier, ale zakładam że zniechęcę tym ogromną rzeszę z tej resztki czytelników która mi została ;-)

Więc jak to wygląda? 
Mamy społeczeństwo pantoflarzy i dupków - pantoflarze, pracują, łożą i są generalnie OK - dupki nie pracują nie łożą i OK nie są... ale są atrakcyjni dla kobiet... tę kwestię omówimy ostatnią.
Tajemnica odpowiedzi jest trwałość układu - dopóki tych OK jest zdecydowaniem więcej, to społeczeństwo jako takie trwa, kobiety mają zapewnione bezpieczne warunki życia i mamy wymianę pokoleń, a nawet szybki przyrost demograficzny (u zwierząt mamy podobnie -  szczury zazwyczaj nie niszczą miotów innych samców a lwy owszem po wygraniu walki o harem bezlitośnie zabijają przychówek przegranego - dlatego szczury odnoszą sukces rozrodczy a lwy... są pod ochroną).  W przypadku gdy w społeczeństwie jest zbliżona ilość dupków i facetów OK zaczyna pojawiać się kryzys - co obserwujemy choćby w zachodniej Europie, społeczeństwo z przewagą dupków po prostu się rozsypuje.
Odsyłam do artykułów  tyczących się teorii gier, tam przeczytacie to samo - tyle że zilustrowane setką wzorów matematycznych - tyle że zamiast faceta OK i dupka matematycy posługują się pojęciem graczy uczciwego i nieuczciwego, ale to, to samo.

Zatem wiemy już że dupki pasożytują na społeczeństwie i ... i tyle nam z tej wiedzy. Nie możemy się przed nimi bronić inaczej niż też stając się dupkami.


Ale to oznacza zniszczenie naszego społeczeństwa. Rzecz jasna przez stulecia co i rusz pojawiały się takie czy inne jurysdykcje i nawet zdarzało się że co poniektóre dupki trafiały do więzień lub ... na stos, tyle że niczego to de facto nie zmieniło - ich miejsce zajęli inni.

  
Bo problem tkwi w kobietach! (jak zresztą wszystkie - po głębszym rozpatrzeniu -  problemy). 
Kobiety wolą dupków, nie dlatego że oczekują z nimi dobrego barwnego życia (lub spokojnego, w zależności od upodobań indywidualnych) 
ale...  
ponieważ...
 DUPKI UMIEJĄ JE UWIEŚĆ! 
I w tym tkwi głębszy biologiczny sens!  zgodnie z teorią Samolubnego genu - liczy się tylko przekazanie kopii następnym pokoleniom. Zatem (oczywiście rozumowanie jest Dawkinsa i moje, nikt nie posądza że kobiety rozumują w tren sposób) skoro jakiś dupek uwiódł kobietę, to wystarczy że ta kobieta będzie miała z owym dupkiem choćby jednego chłopca który także okaże się dupkiem który uwiedzie inną kobietę żeby... taka kombinacja genów odniosła sukces reprodukcyjny! Tyle i aż tyle. wystarczy że jeden chłopiec, syn dupka z cechami dupka, będący dupkiem, uwiedzie jakąkolwiek inną kobietę, która też prawdopodobnie będzie z nim miała syna o cechach dupka! 
Przez stulecia radzono sobie z tym piętnując samotne matki i bękartów - pozwoliło to w znacznym stopniu kontrolować liczbę dupków w społeczeństwie - w każdych warunkach bękarty miały gorzej niż dzieci z prawego łoża... (rzecz jasna bękart królewski,  miał lepiej niż "legalne" dziecko chłopskie, ale w swojej sferze miał całkiem marnie - bękart chłopski najprawdopodobniej umierał przed ukończeniem roku...) 
Facet OK spłodziwszy potomka praktycznie cały czas tyrał żeby mu zapewnić start w życie, dawała taka taktyka jego dziecku zdecydowanie większe szanse na przeżycie i rozwój niż dziecku dupka - problem w tym ze  taki facet nie był w stanie... (brak czasu, sił i środków  na równi z oporami moralnymi) na uwodzenie innych kobiet i przez tom zwiększanie ilości swojego potomstwa (to samo obserwujemy np u ptaków), tymczasem dupek nie przejmując się swoimi dziećmi raźno uganiał się za kobietami i zwiększał ilość sprokreowanych kopii swojego materiału genetycznego - w efekcie mógł liczyć na to że przynajmniej jakiś procent dożyje dorosłości i ... zazwyczaj nie zawodził się. 
Aż do tej pory - rozbuchany socjal, w którym faceci OK muszą pod groźbą sankcji utrzymywać bękarty po dupkach zaowocował, niesamowitym rozrostem tej pasożytniczej kombinacji genów, czego przykłady widzimy choćby... wokół siebie!    Problem w tym że właśnie na naszych oczach poziom dupków i pasożytów przekroczył, linie stabilności w grze, bycie facetem OK zwyczajnie przestało się opłacać i społeczeństwa te sypia się jak domki z kart... 
Wystarczy włączyć telewizornię...


Czy udało mi się wykazac że Dawkins to w rzeczywistości ultrakonserwatysta?

piątek, 9 września 2016

Czy Dawkins jest faszystą?

Trzecia  część tego cyklu, poświęconego rozważaniom nad "samolubnym genem" Richarda Dawkinsa  .
Jak widać kontrowersyjny jest już sam tytuł, a dalej będzie jeszcze mocniej - dlatego ostrzegam - nikt cie nie zmusza do dalszej lektury!

Jak wiemy z historii teoria Darwina została w formie skrajnie sprymitywizowanej przyjęta jako uzasadnienie dla podbojów, wyzysku, bankierów iimp. sukinsynów, tudzież sporej gromadki pomniejszych drani - "silniejszy wygrywa", "prawo silniejszego", "walka o byt"... znamy to... tyle że Darwin używał słowa fit! "przystosowany", "dostosowany" , "lepiej pasujący"... a nie silniejszy!

Cokolwiek by jednak powiedzieć, że to nie Darwin ale jednak - "Prawo silniejszego" rządziło przez dziesięciolecia aż zaowocowało jatką II Wojny Światowej a podejrzewam ze pośród banksterów i korpoludków wciąż ma ogromną rzeszę wyznawców.


No dobrze a Dawkins?

Dawkins pozujący się na osobistego wroga Pana Boga jest traktowany o niebo lepiej, przyczyną może być choćby i to że w czasach tyranii politycznej poprawności pewnych rzeczy mówić nie można (nie że nie wypada - po prostu nie można - zaraz się trafi jakaś k... obieta z watch doga czy innego amnesty i doniesie na temat "mowy nienawiści"). Zatem pewne kwestie poruszane nie są, a skoro nie są to nie wymagają argumentacji a skoro nie wymagają argumentacji to nikt nie sięga po "samolubnego...". 

Ale ja sięgnę. Broń boże nie po to by argumentować ale po to by przedstawić logiczne konsekwencje. Tyle tytułem wstępu politycznego.  Teraz wstęp merytoryczny.

Czym jest teoria "samolubnego genu"? W najprostszym przekazie, zasadą która mówi, że nie ważne jest życie danego osobnika, liczy się tylko ilość kopii jego genów które zostały przekazane następnemu pokoleniu. Można to fajnie matematycznymi wzorami przedstawić, ale skoro sam Dawkins ich unika, to i ja nie będę nimi szermował. W każdym razie rzecz cała jest bardzo intuicyjna.
Nie ważne co mnie spotka, ważne żebym miał odpowiednio dużą liczbę dzieci, to wtedy moja linia genetyczna i tak odniesie sukces. Oczywiście tu przedstawiam rozumowanie świadome - przyroda działa w sposób nieświadomy - natomiast to co obserwujemy, jest właśnie efektem zasady "samolubnego genu" - pszczoła "oddająca życie" za rój, de facto działa na korzyść swojej linii genetycznej, bo wszystkie jej siostry mają dokładnie taki sam zestaw genów. Pies z wcześniejszego miotu, walczący o szczeniaki (swoje rodzeństwo) de facto walczy o swoją linię genetyczną, bo one mają co najmniej połowę jego genów, a jeśli są z tego samego taty, to nawet więcej.
Ciekawie wygląda to u ludzi - ale oceńcie sami, z własnego doświadczenia: stopień gotowości do poświeceń dla potomstwa;
Ojciec i matka - wiadomo, poza patologiami, Ojciec jest gotów nawet zaryzykować życie (bo druga szansa na rozród, może mu się nie trafić), matka wszelkie poświęcenia poza narażaniem życia, zwłaszcza gdy jest w przedziale wieku o najwyższych wartościach reprodukcyjnych.
Dziadkowie - najbardziej oddana opiece nad wnukami jest babcia ze strony matki (pewność co najmniej 50% przekazania własnej puli genowej), potem mniej więcej po równo dziadek ze strony matki i babcia ze strony ojca, na końcu dziadek ze strony ojca - bo szanse że wnuczęta zawierają jego linię genetyczną są czterokrotnie mniejsze (szansa zdrady, ze strony żony a następnie zdrady ze strony synowej). Rozejrzyjcie się po znajomych i swojej rodzinie.
 I tak w każdym jednym wypadku - mechanizm ten raz pojawiwszy się w procesie ewolucji i prokreacji okazał się na tyle silny, że żaden inny nie był w stanie go zastąpić.

No dobrze ale co z tego?
Otóż... jak wiadomo jak ktoś nie chce przyjmować imigrantów to jest faszysta i rasista ...  (do islamofobów dojdziemy przy omawianiu memetyki).




 No to teraz przeprowadźmy takie rozumowanie: im więcej "mojej" linii DNA tym lepiej. Dlatego najbliżej mi do dzieci i rodziców, potem (o ile jestem mieszkańcem małej stabilnej grupy społecznej - mała wioska, osada, bez zbytnich migracji) do moich sąsiadów - w końcu szansa że tato miał na boku coś z sąsiadką a mama z  sąsiadem jest stosunkowo duża. Kolejnym punktem bliskości są mieszkańcy tego samego regionu - w końcu kuzyn mógł się przeprowadzić, do innej pobliskiej wioski a brat wżenił się w osadę za lasem, tam także szanse na znalezienie osobników będących nosicielami mojej linii genów są duże. Następnie miasto i region, tam, już szanse że spotkany przypadkowo przechodzień jest nosicielem "moich" genów są niewielkie, ale wciąż jeszcze są. Potem możemy mówić o bliskości już w skali całego kraju a na końcu w skali kontynentu i całej rasy zwanej kaukaską. Oczywiście geny są przemieszane, i szansa na spotkanie kogoś spokrewnionego jest niewielka ale... jest  Na pewno znacznie wyższa niż na spotkanie kogoś będącego w posiadaniu wspólnej z nami linii genetycznej pośród... Murzynów, Arabów czy Azjatów...


Trudno zaakceptować implikacje tego rozumowania, myślę że Dawkins też je przeprowadził ale przestraszony wnioskami nie opublikował. Stanowi ono bowiem bazę pod postawy dziś w Europie oficjalnie nieakceptowane. Ale jeśli popełniłem jakiś błąd logiczny - to proszę o wskazanie słabości mojego rozumowania.
Ps. część argumentacji pochodzi bezpośrednio z książki Dawkinsa - zanim więc mnie wymieszacie z błotem, zachowajcie ostrożność, bo być może to był tylko cytat. 

wtorek, 6 września 2016

Grzybobranie...

Nie jestem grzybiarzem, ale:
1 - Pora dać wam odsapnąć po samolubnym genie - poczekajcie, trzecia część to będą dopiero kontrowersyjne wnioski... Oczywiście cały czas czekam na wykazanie błędów logicznych bądź merytorycznych w moim rozumowaniu - było by mi bardzo miło, bo na niczym człowiek tak się dobrze nie uczy jak na własnych błędach.
2 - Sporo po lasach wędruję więc to i owo się przed obiektyw "rzuci", nie mam sprzętu by robić fascynujące zdjęcia zwierząt jak:
 gŁOŚ z bagien
Tomasz Skorupka 
czy
Wojciech Gotkiewicz
 (kolejność przypadkowa - z jednym wyjątkiem)
Ale grzyba sfocić mogę i pokazać.
3 - grzyby to fascynujący świat, pełen gatunków i ciekawostek z nimi związanych. 


Zatem zacznijmy:

Grzybka spotkałem w paśmie Brzanki, w granicach Lubaszowej - opodal ośrodka nowicjatu O.O.Redemptorystów. Prócz niego jeszcze dwie łuski mannlicherowskie ale o tym na moim drugim blogu.
 Początkowo myślałem ze to jakiś "zaschnięty" gałęziak/koralówka - który po prostu z wiekiem stracił barwę. 

 Ale na Bio-forum rozpoznali (a oni się zazwyczaj nie mylą - przynajmniej ja się z błędami z ich strony nie spotkałem) że to: Thelephora palmata

 Chropiatka cuchnąca.

 Przyznam że nie przyszło mi do głowy wąchać - czy faktycznie "daje"
 zgniłą kapustą - człowiek uczy się przez całe życie - na przyszłość będę niuchał...


 Młody fallusik czyli muchomor sromotnikowy vel zielonawy.
Amanita phalloides
faktycznie fallusoidalny.
Podobno takie młode są jadalne i mają posmak rzodkiewek... bez weryfikacji z mojej strony - ale gdyby ktoś chciał to czekam na maila z opisem zdarzenia ;-) 

A teraz ciekawostki z  pasma Szpilówki w okolicach Iwkowej - czyli z krainy Białego jelenia. 
Grzybne to lasy ze  hej, grzybiarzy multum ale i dla nas coś zostało... coś czego inni raczej nie zbierają ;-).
 
(Leotia lubrica)

 Dam sobie pępek wylizać, że mało kto tego grzyba w ogóle kojarzy. Co prawda dosyć powszechny, ale za to drobnica i niejadalny - zatem ani grzybiarzy, ani spacerowiczów "nie rusza". 

 W sumie trochę szkoda, bo malowniczy jest i urocze kępki pośród mchów tworzy. 

 A że wygląda jak "żelki"?

 To tak właśnie zatytułowałem swój post na Bio-forum - bo sam bym grzyba nie oznaczył.


 A tu coś pominiętego przez grzybiarzy - piękne młode borowiki szlachetne 
Boletus edulis
takie pytanie ile grzybków widzicie? 


I na prawie koniec najciekawszy z nich wszystkich.
 
 Szmaciak gałęzisty vel siedzuń sosnowy
czyli 
Sparassis crispa
Ongis chroniony - teraz już nie - oczywiście go zostawiłem na miejscu pomimo iż są przepisy - jak d(r)ania przyrządzić

 Grzybek ten potrafi też osiągnąć całkiem spore rozmiary - rekordowy w Polsce znaleziono w Piotrkowicach (moje tereny) - ponad 15 kg, we Francji blisko 30... 

A na koniec anegdota.
Otóż dzieckiem będąc, u ciotki w Łowczówku, chadzaliśmy z jej synami w lasy i darli grzyby aż miło - jedne szły na jedzenie, a część na sprzedaż - bo sioe nie przelewało.  Ale kanie były nasze.
Ciotka miała stary piec, opalany węglem i drzewem, z blachą i na tej blasze  myśmy te kanie podpiekali...
Pewnego razu po powrocie do Tarnowa, zaczęły się u mnie silne bóle brzucha - mama oczywiście spanikowała i mimo zapewnień ze minie... zawiozła mnie do szpitala. Rzecz jasna badania, jakieś rurki w żołądku - już chcieli mi płukanie robić (lekarze zawsze wiedzą, co dla pacjenta lepsze, nawet jeśli po ich terapii kopnie w kalendarz, to jednak powinien mieć świadomość że oni działali w myśl "najlepszej wiedzy"), ale miałem szczęście i udzielono mi posłuchania. 
- "co jadłeś?" zapytał biały kitel.
- kanie opiekane na blasze, odparłem
- "a skąd wiesz że kanie?" nie ustępował kitel
- bo się znam! i  mówię ze nic mi nie jest!  stwierdziłem
- "to czemu cie boli?" kitel wykazał się niebywałą inteligencją, empatia i zmysłem obserwacji
- bo ich dużo było, dookreśliłem
-"jak dużo?" kitel domagał się szczegółów
- reklamówka...
- "jaka reklamówka?"
- peweksowaska 
- "cała?" kitel wyraził niedowierzanie... 
- cała i jeszcze trochę podebrałem chłopakom bo oni już nie mogli... 
- "to cie k... musi boleć!" 
- a czy ja mówię że nie boli?! - boli i skręca, ale zaraz przejdzie! 

skończyło się na nospie i obserwacji...
  jaki to fart trafić na inteligentnego łapiducha.
 
A oto inkryminowana trucicielka
Czubajka kania
Macrolepiota procera
też nie zebrałem - mieliśmy tylko plecaki i kawałek drogi przed sobą - zniszczyła by się.  

sobota, 27 sierpnia 2016

Dlaczego oseski kwilą? Uwaga kontrowersyjne wnioski!

Zastanawialiście się kiedyś czemu oseski kwilą?
No to zastanówcie się raz jeszcze.  Bo być może wcale nie jest to tak oczywiste - jak potrzeba przywołania mamy...

Ale zacznijmy od początku - niemożebnie rozrósł mi się w ogródku kurdybanek - w zasadzie lubię drania - jak wszystkie małe roślinki, tyle że ten wyraźnie uparł się zdominować mi trawnik - póki rósł sobie w okolicach skalniaków - nie było sprawy - ale ekspansjoonistom mówimy stanowcze NIE! Uzbrojeni w grabki wyszliśmy z żoną na walkę z rozłogami tegoż. otóż i ze sporym sukcesem bo dobre siedem wiader zostało wyrwanych i powędrowało do kosza na kompost, a tu...
A tu kłopot, bo pod wpływem ubijania jedna z klamerek puściła i niedokompostowane resztki wysypały się na zewnątrz. Trzeba było wszystko do kupy pozbierać i wtedy...

 Wpierw usłyszałem kwilenie! Głośne i natarczywe. Natychmiast odłożyłem widły - i sięgnąłem po aparat...
 A tu takie "znalezisko" - w kompoście było gniazdo myszy - zakładam że myszy a nie ryjówek - choć po oseskach to prawdę powiedziawszy pojęcia nie mam jak rozpoznać!

 Ślepe toto - a wrzeszczy  wniebogłosy!

Cóż miałem robić - wyzbierałem wszystkie pięć sztuk - odłożyłem na bok - szybko poukładałem kompost tak jak miał być - zrobiłem jamkę i tam maluchy przełożyłem - Marzenka nie zgodziła się na adopcje i karmienie pipetą...;( 
Mam nadzieję że matka wróciła - chyba tak, bo na drugi dzień śladu po oseskach nie było w zrobionej przeze mnie kryjówce.

Wieczorem zacząłem o tym wszystkim myśleć.
Oto wnioski - uprzedzam że kontrowersyjne.

To drugi post z serii tyczącej się Dawkinsowej teorii Samolubnego genu. W skrócie chodzi o to że nieważne jest cokolwiek poza przekazaniem tegoż tegoż genu - a pojęcie "sukces rozrodczy" polega nie na bezpośrednim przekazaniu własnych genów ale nap na pomocy w przekazaniu genów swoich rodziców lub rodzeństwa. Powiedzmy sobie szczerze że brzmi to nawet całkiem sensownie. Ta linia genów odniesie sukces która wytworzy największą ilość kopii, które także wytworzą swoje kopie...

W/g matematycznych wyliczeń - bo to można w matematyczne wzory zakodować - sensowne jest każde działanie - włącznie z poświęceniem życia - które zaowocuje zwiększeniem szans na przekazanie swojej kopii genów przez dzieci lub rodziców bądź rodzeństwo.

No dobrze ale jak to się ma do osesków i ich kwilenia? 
Otóż wykładam:

Założenia. 
1 - kwilenie ma sens o ile kwilą dzieci rodziców mogących w zdecydowanej większości wypadków przyjść im z pomocą (locha, wadera, słonica - jak kto nie wierzy, niech sam spróbuje, wejść między lochę a jej warchlaki).
2 - kwilenie - jako wzywanie matki na pomoc - nie ma sensu w przypadku osobników nie mogących swego potomstwa ratować - (myszy, nornice, ryjówki) a próba ratunku skończyć się musi śmiercią samicy w paszczy napastnika.
3 - dobór naturalny powinien szybko wykasować geny osesków kwilących i narażających przez to rodziców na uszczerbek, ale z jakieś przyczyny tego nie zrobił! Z jakiej?

Teza i uzasadnienie
Oseski kwilą gdyż ma to inne podłoże niż przywołanie opieki!
Sednem kwilenia osesków nie jest przywołanie matki a ... agresora!  W razie zagrożenia, matka albo walczy, albo salwuje się ucieczką, w przypadku np. myszy to drugie. Dzieci zostają same i ... zostają zjedzone! Ale matka żyje i wkrótce wyda następny miot! Może to brutalne, ale tak to działa, matematyczna szansa na to że dzisiejsze oseski osiągną wiek prokreacyjny jest niewielka - ale dorosła samica już go osiągnęła! Kopia genów której i one były nosicielami zostanie przekazana w następnym miocie i jeszcze następnym...

Oczywiście wnioski te są poprawne, tylko w odniesieniu do osesków gatunków rozmrażających się szybko, w licznych miotach i stosunkowo niewielkim kosztem. W przypadku tych u których ciąża trwa długo w odniesieniu do całego życia samicy, jest dla niej kosztowna i rodzi się osobnik pojedynczy (słoń, naczelne) lub niewielka ilość osobników (psowate) o oseski warto i trzeba walczyć.
Ale w razie czego...

A swoją drogą - ciekawe co z nimi?

niedziela, 14 sierpnia 2016

Braterska troska u ptaków?

Lata całe epatowano nas w filmach przyrodniczych opisami bezwzględności natury, tym że nie ma w niej miejsca na sentymenty, bo najważniejsze jest przetrwanie. Często było to ilustrowane nagraniami z gniazd ptasich, w których to starsze rodzeństwo, ogranicza pokarm młodszemu a nawet wyrzuca je z gniazda na pewną śmierć, po to by móc w większym stopniu partycypować w pokarmie znoszonym przez rodziców. oczywiście rodziło to nasz wewnętrzny opór , tłamszony jednak przekonaniem że tak musi być.

Otóż to wszystko... prawda, ale tylko w określonych sytuacjach! Konkurencja zaczyna się wyłacznie wtedy gdy możliwe do pozyskania zasoby są znacznie ograniczone (podejrzewam iż twórcy filmów celowo, je ograniczali, żeby mieć pewność dramatycznych ujęć, ale rzecz jest trudna do udowodnienia). Gdy ustają, lub nigdy nie wystąpiły przyczyny mogące wywołać konkurencję, zawsze mamy do czynienia z kooperacją. Ta się po prostu bardziej opłaca. i to zarówno z punktu widzenia danego osobnika,( kooperacja jest mniej energochłonna niż konkurencja), jak i całej jego linii genetycznej (bo jego rodzeństwo, zawiera bardzo podobny zestaw genów co on sam) - kłania się teoria "samolubnego genu" - która na moje oko jest równie doniosła jak teoria ewolucji i dostosowania Darwina. Tyle że Darwin ze swojej pracy nie urządził młotka do walenia w religie a Dawkins skonstruował swoją (jak mniemam) całkiem przypadkiem, przy okazji wyszukiwania czegoś czym można by rozmontować chrześcijańską naukę o miłosierdziu - co mu się zresztą kompletnie nie udało (choć idioci sądzą że owszem)  - bo miłosierdzie to coś zdecydowanie innego niz altruizm - który faktycznie zdaje sie wynikać z "samolubstwa genów". Ale dajmy już oszołomowi spokój - ważne że jego teoria naprawdę wiele tłumaczy. Zresztą uprzedzam - kilka wpisów bedzie waśnie na jej temat, w różnych sytuacjach - więc jak nie chcecie, to zrezygnujcie z obserwowania.

Szliśmy z Żoną i jej chrześnikiem na spacer, okolice góry św. Marcina w Tarnowie, teren wtórnie "dziczejący" - ostoja bażantów.

W pewnym momencie przez drogę przebiegł młody, nic dziwnego, nawet nie sięgnąłem po aparat, minęliśmy to miejsce i już byliśmy dalej gdy usłyszałem nawoływanie, krótkie nerwowe, gardłowe "gulnięcia". To mogło zwiastować coś ciekawego. Droga była bezpieczna, więc zostawiłem z przodu rodzinkę i zaczaiłem się z aparatem w ręku.
Odgłosy powtórzyły się, a po jednej i drugiej stronie dostrzegłem poruszenie w zaroślach.


 Trudno było dostrzec, szczegóły, ale z wielkości poruszenia wnosiłem że to może byc właśnie ów osobnik który przebiegł nam drogę, tylko co było po drugiej stronie drogi?


Tego nie wiedziałem, ale osobnik nr 1 był wyraźnie zaniepokojony, czegoś mu brakowało i to tak bardzo, że w znacznym stopniu ograniczył dbałość o własne bezpieczeństwo.  
Tego co było po drugiej stronie nie widziałem ale wkrótce rozległy sie identyczne "gulniecia" - nawoływały się! 


Co ciekawsze, zaniepokojenie tego pierwszego, wcale nie zmalało! 
On widocznie zdawał sobie sprawe z mojej obecności i bał się że jestem potencjalnym drapieżcą, a jednocześnie nie mogł znieść rozłąki z rodzeństwem. Widać  idąc na spacer, całkiem nieświadomie i niechcący przerwaliśmy kolumnę przemieszczających się ptaków. 
Udałem zatem że odchodzę, odwróciłem się, mając aparat gotowy do "strzału" i po kilku krokach usłyszałem szybką wymianę "gulnięć" po czym odgłos szurania stóp po żwirowej nawierzchni drogi - odwróciłem się i ...


"upolowałem" biegnącego młodzika ;-) .
Wkrótce rodzeństwo było już razem i wszystkie odgosy ucichły - choć gdybym był lisem, to miał bym podwójny obiad. 

Jak zatem, wytłumaczyć takie zachowanie? 
Teoretycznie w/g doktryny 'bezwzględnej" natury mieliśmy do czynienia z... aberracją, bo osobnik który już przebiegł drogę ryzykował, wskazując ścieżkę maruderowi. jednoczeńsie na pewno nie sposób tego uznać za przejaw działania "przy okazji" (osobnik wszczyna alarm, dla swojej rodziny, przy okazji ostrzegając też inne rodziny w kolonii, stadzie itp.). 
Co innego gdy weźmie się pod uwagę teorię "samolubnego genu" - jeden i drugi ptak mieli bardzo podobny zestaw genów - dbałość i troska wzajemna rodzeństwa o siebie - dają większe szanse że właśnie ów zestaw będzie promowany w następnych pokoleniach.