Kosy to ptaki cudownie umilające nam wiosenne zmierzchy i noce.
Jeśli coś pamiętam z pielgrzymki przedmaturalnej do Częstochowy, to głównie, odśpiewany ku chwale nadchodzącego dnia, koncert kosów w Alei Najświętszej Marii Panny... (no jeszcze to że jednym pociągiem wracali ludzie z pielgrzymki, metalmanii, kibice po meczu, oraz wypuszczeni do rezerwy... ależ to był cyrk...)
Na gniazdo natknąłem się całkiem przypadkiem, otóż szedłem z Tarnowa do Tuchowa przez Porębę Radlną i pomyślałem sobie że równie dobrze jak szlakiem, mogę przejść też boczną ścieżką - jak się okazało ścieżka prowadziła donikąd a w zasadzie całkiem w drugą stronę, więc musiałem pójść na żywca.
I po drodze coś wyfurczało w korony drzew prawie tuż przede mną. Pewnie nigdy bym do tego drzewa nie podszedł, ale skoro wyfurczało, to znaczy ze coś tam jest - a skoro jest... no i było!
A w nim pięć ślicznie zielonych jajek. To stosunkowo rzadkie znalezisko, kosy zazwyczaj nie gniazdują na ziemi, skoro tu się zdecydowały, to pewnie miały pu temu ważny powód. W okolicy domów ludzkich poza plebanią nie ma, to pewnie i kotów też, a jak nie ma kotów, kun czy lisów to lęg mają bezpieczny.
W każdym razie naprędce oddaliłem się od gniazda. w chwile potem już z oddali za pomocą lunety obserwowałem powracającą do jajek samiczkę.