Strasznie małe toto jest!
W pierwszej chwili, nawet nie skojarzyłem że to pająk, wziąłem go za dziwną ...mrówkę!
Dopiero bliższe oględziny, pozwoliły rozpoznać w nim jakiegoś skakuna i tyle o resztę musiałem pytać jak zwykle na forum arachnea.
Przyznać muszę że tym razem, nie poszło im tak łatwo, były różne koncepcje, ale w końcu stanęło na skakunie arlekinowym, zwanym inaczej pląsem zebrą.
W pierwszej chwili, nawet nie skojarzyłem że to pająk, wziąłem go za dziwną ...mrówkę!
Dopiero bliższe oględziny, pozwoliły rozpoznać w nim jakiegoś skakuna i tyle o resztę musiałem pytać jak zwykle na forum arachnea.
Przyznać muszę że tym razem, nie poszło im tak łatwo, były różne koncepcje, ale w końcu stanęło na skakunie arlekinowym, zwanym inaczej pląsem zebrą.
Wojowniczy to pajączek, drobiazg tyli, a stawia się do obiektywu...skacze (dla skakuna to oczywiste zachowanie, przód tułowia groźnie podnosi...
Ewentualnych malkontentów, co do jakości fotografii, spieszę poinformować że w oryginale ten osobnik miał 3 do 4 milimetrów - więc jeśli nie docenicie kompozycji i naświetlenia, to doceńcie choć skalę powiększenia jaka osiągnąłem i to bez żadnych magicznych sztuczek cyfrowych.
A pajączka napotkałem tuz przed przyjazdem autobusu , którym jechałem do pracy, nie mając czasu na robienie zdjęć, złapałem go do zasobniczka (który zawsze jest u mnie w plecaku) i porwałem ze sobą do pracy - tam zrobiłem mu około setki fotografii - z czego wybrać udało się kilka, które właśnie oglądacie - a następnie znów powędrował do zasobnika, na drugi dzień rano wrócił na swój klon, z którego go zabrałem.
Ciekawe czy jak opowie kolegom i rodzinie o porwaniu przez UFO to mu uwierzą?
W przerwach między betonowaniami - już niedługo widać koniec, jeszcze
tylko wylewki na balkonach i schody !!! czyli 90% betonowej roboty mam za
sobą (wolę nie zagłębiać się myślami w budowę ogrodzenia...) - jak
zwykle zwracam się do lektury i tu natrafiłem na małą perełkę,
kolejna staroć rzecz jasna, ale za to świetna - "Ludzie północy" Jurija
Simczenki. Zazwyczaj nie sięgam po książki powstałe w czasach ZSSR,
jako że mam alergię na wtręty o przewodniej sile , ideach Marx'a i o tym
co na temat myślał Lenin. Ale sięgnąłem, bo interesuję się
szamanizmem, a byłem pewien że gdzie jak gdzie, ale w książce pisanej
przez etnografa o ludach dalekiej północy, tego tematu nie zabraknie. I
nie rozczarowałem się.
Ale akurat nie to stanowi o wartości tej pozycji, chyba najważniejszy
jest tu...brak dystansu. Autor wnika w społeczność, staje się kimś z
zewnątrz, ale jednak kimś (być może właśnie na skutek tego ze z
zewnątrz)przed kim nie czyni się tajemnic, zostaje włączony w rytm
życia, śmierci, pracy i radości tego ludu. Prawie tak, jak by słuchać
opowieści genetycznego Nganasanina, który operuje współczesnym,
europejskim zakresem pojęć, który myśli jednocześnie jak europejczyk
i...koczownik, łowca i hodowca reniferów. A przy tym ile w tej książce,
humoru, smaczków obyczajowych, różnorodności osobniczej. I co równie
ważne nigdzie nie ma w niej...komunizmu - są kołchozy - ale jako
część opisywanej rzeczywistości, ani słowa propagitki, ani słowa o
Marx'ie, Leninie i kimkolwiek takim. Pomijając oczywiście wstęp
autorstwa Franciszka króla - który to odkrył (ja rozumiem, że bez
odpowiednich adresów, książka mogła by mieć trudności wydawnicze, ale
nawet wazelina podana w nadmiarze staje się środkiem przeczyszczającym)
- że ni mniej, ni więcej "dopiero władza radziecka wniosła zasadniczy
przełom w życie tego północnego narodu. Zniknęli kupcy wyzyskiwacze,
zaczęto organizować normalny skup futer, zakładać spółdzielnie
hodowlane i łowieckie...". No cóż głupota potakiwaczy jest największą
siłą tyranów.
Ale sama książka, jest naprawdę godna przeczytania, choćby po to by
dowiedzieć się jak można przy pomocy upolowanej kuropatwy
naprawić...układ podawania paliwa, w silniku łodzi.
A propos - po co ludzie mają skórę?
żeby się mięso nie paprało!!! to chyba oczywiste...prawda?