Zasoby naturalne powinny być zużywane w taki sposób, by czerpanie natychmiastowych korzyści nie
pociągało za sobą negatywnych skutków dla istot
żywych, ludzi i zwierząt, dziś i jutro

papież Benedykt XVI

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Mały olbrzym

Każdy olbrzym był kiedyś mały, niekiedy mały jedynie jak na na swoje olbrzymie gabaryty, niekiedy autentycznie mały.
Dziś o roślinie która, choć wcale nie największa, ma olbrzyma w nazwie.

 Skrzyp olbrzymi (Equisetum telmateia Ehrh.)

Roślinka prastara, z naszego punktu widzenia stara jak świat. Starsza niż dinozaury, starsza niż najstarsi górale pamiętają. Do tego ciekawa, bo Rośnie na pogórzu i ... na pomorzu - czyli tak jak ja nie pali się do centralnej Polski (mam na myśli Warszawę i okolice).
W Wikipedii jest o nim naprawdę rzetelne opracowanie - więc wymądrzał się nie będę.
Lecz podobnie jak w przypadku Lepiężnika różowego, chodziło mi przede wszystkim o pokazanie roślinki młodej, takiej którą zobaczyć mają szanse jedynie osoby zamieszkujące teren jej występowania, gdyż wegetację zaczyna na długo przed sezonem turystycznym.


W moich stronach występuje masowo, jest zresztą traktowana jak chwast i pomimo że prawnie chroniona, nikt nie przejmuje się tym wprowadzając na obszary jej występowania ciężki sprzęt, zezwalając na inwestycje itp.  Na moje oko nawet słusznie, bo restrykcyjna ochrona praktycznie wyeliminowała by z użytku znaczne obszary terenów rekreacyjnych, oraz uniemożliwiła np rozwój infrastruktury sanitarnej. Z drugiej strony podejrzanie łatwo urzędnikom jest... nie dostrzec tego czego dostrzegać nie chcą.

Osobną kwestią jest edukacja - kolejny mamy przykład  że dzieciactwo uczone jest pierdyliarda rzeczy które zapomni zaraz po tym jak nauczycielka je odpyta i przejdzie do następnego rozdziału, a tego co naprawdę istotne się nie uczy - to wina z jednej strony "programatorów" (skojarzenia z programatorem od pralki automatycznej jest celowe - poziom inteligencji zbliżony) z MEN a z drugiej... feminizacji zawodu nauczycielskiego - bez obrazy ale dla kobiet ważniejszy jest sam proces od jego efektów.  


 Na zdjęciach pokazałem... narządy płciowe... (jak ktoś spiekł raka, bo mu się kojarzy, to... słusznie). To pędy zarodnionośne, na dolnej stronie swych listków (to te takie niby guzełki) zawierają zarodnie. Jest to zresztą w zasadzie seks dla samego seksu (ciekawe czy skrzypy czerpią z tego przyjemność?), bo jak wykazały badania, rośliny te rozmnażają się głównie za pomocą kłaczy a  sporofity (młode rośliny powstałe z zarodni) to rzadkość. Taki jakim go widzicie trwał będzie jeszcze zaledwie kilka dni, potem zacznie się proces obumierania a na jego miejsce pojawi się zielone pędy wegetatywne, które będą odżywiały podziemne kłącze, magazynujące zapasy na kolejny sezon... godowy? 

Ps. czy ja użyłem dobrego tytułu? Ten nie bardzo pasuje do treści, ten którego nie użyłem był cokolwiek obsceniczny...

niedziela, 13 kwietnia 2014

Cienie zapomnianych przodków

Ten wspaniły, intrygujący tytuł nie pochodi niestety odemnie. To tytuł świetnej książki autorstwa Ann Druyan i Carla Sagana. Książka ta, to swoiste wyznanie wiary ewolucjonistów. Wielki Wybuch jest w niej przemilczany, Sagan nie czuł się komfortowo wobec tego nazbyt bliskiego kreacji wydarzenia. Zaczyna więc narrację od ogromnej chmury kosmicznego pyłu i gazu, która stopniowo zbija się w mnijsze byty, a z nich powstaną Słońce, planety, i inne ciała naszego układu, nastepnie mamy opisy procesów chemicznyych, jakieś zjawiska fotoelektryczne i z tego chaosu rodzi się życie...

Następnie życie ewoluuje. To znamy uczyliśmy się tego w szkołach. Zresztą pozycja ta nie jest wymierzona w europejskiego katolickiego czytelnika, lecz raczej w amerykanskiego protestanta, zwłaszcza wyznawy literalnego odczytywania Pisma Świętego, czyli tak zwanego kościoła młodej Ziemi. Jak już wspomniałem, większość tez poglądow znamy doskonale, poza przyczynkami, ciekawostkami czy anegdotami (autorzy darzą nas nimi chojnie). Wartością tej książki, poza osobami pisarsko/małżeńskiego duetu, jest jej niezaprzeczalny humanizm, humanizm wręcz renesansowy.

Książka skrzy się diamencikami typu: "Komórki ludzkie są eukariontami, co po grecku znaczy mniej więcej "dobre komórki" lub prawdziwe komórki". Z typowym dla naszego gatunku szowinizmem podziwiamy je dlatego, że je posiadamy. Trzeba oddać jednak im sprawiedliwość - eukarionty odniosły ogromny sukces".


Niestety mamy też demonstrację wojującej ignorancji, to wtedy gdy Sagan produkuje brednie o torturach Galileusza i spaleniu Bruno za jego poglądy. W rzeczywistości Galileuszjedynie zmuszonybył przyznać że nie posiada żadnych jednoznacznych dowodow na podparcie swoich tez, a Bruno na stos poszedł nie za swoje poglądy, nawet nie za czary, ktore w "naukowy" sposób uprawiał lecz zauwodzenie patrycjuszowskich żon i córek.

Książka ta to także feria kobiecej mądrości, czegoś czego nazwać nie umiem, więcz zacytuję choćbyjeden z setek urywków:
"wbudowana w program naszej egzystencji śmierć stanowi przykry dowód naszych ograniczeń i słabości, a zarazem świadectwo naszej więzi z przodkami, którzy zginęli w pewnym sensie po to abyśmy my mogli żyć".

To nie jest nowa pozycja, raczej już  nieaktualna. Autorzy nie mają pojęcia o epigenetyce, bogato czerpiąc z Dawkinsa...który tego pojęcia także nie miał. Nie znają naszej aktualnej wiedzy o roli tzw. "śmieciowego DNA" a na podstawie owczesnego stanu wiedzy wyciągają daleko idące wnioski. Jak już wyżej wzmiankowałem, trudno się z "cieni" dowiedzieć czegoś nowego, przynejmniej mi, lecz to nie wiedza jest w tej książce najważniejsza.Warto ją przeczytać dla niej samej.







środa, 26 marca 2014

Takiego go nie znacie

Roślinę tę zna każdy kto choć raz ruszył tyłek za miasto, lub choćby tylko w mieście, byle gdzieś na uboczu, przy rzeczce, potoku lub ścieku. Byle było żyźnie i wilgotno. Doskonale znacie jego ogromne liście, wielu wciąż twierdzi że to naturalny papier toaletowy, nagminnie wykorzystywany do tego celu w średniowieczu (co zgoła prawdą nie jest).
Mówimy oczywiście o lepiężniku. Jest ich kilka odmian, najczęściej jednak spotykany to biały i różowy. Do białego estymę mam większą, bo to roślina zasiedlająca brzegi potoków górskich, gardząca równinami. Jednak dziś o lepiężniku różowym, który zgoła gardzi tylko Skandynawią (czego mu za złe mieć nie można - ja też źle znoszę socjalizm).

Czemu zatem tytułowe - takiego go nie znacie?
To proste - niewielu znam łazików, którzy na rajdy zapuszczają się wczesną wiosną, co innego wiosną pełną lub latem... lecz wtedy on nie ma już swoich kwiatów, więc znacie go tylko z liści (o których mowa była wyżej).

 LEPIĘŻNIK RÓŻOWY Petasites hybridus (L.) Gaertn., B. Mey. & Scherb.


Co prawda okres kwitnienia przeciąga się aż do maja, lecz powiedzmy sobie szczerze - kto w maju patrzy po rowach gdy wokoło kwitną bzy? 

 Lepiężnik ma też umiarkowane zastosowanie ziołolecznicze. Soku kłącza używano doleczenia ran, wykorzystywano roślinę tez jako źródło surowca do wytwarzania leków na dżumę i epilepsję (ciekawe z jakim skutkiem), oraz w weterynarii.

Co innego walory kulinarne - na przednówku sałatka z młodych liści smakuje całkiem nieźle, ze śmietaną, lekko osolona, ciut cukru (ja jestem łasuchem, ale jak ktoś nie chce, słodzić nie musi). Można też zamiast śmietany chlapnąć nieco oliwy. W wersji hard ascetycznej - żujemy świeże zielsko opłukane w rzece, zwracając by nie było na liściach żadnych produktów mięsnych (zwłaszcza w okresie postu), typu ślimaczki, pędraki itp.

Smacznego  

poniedziałek, 24 marca 2014

start do życia

Zaczęły równo, dopiero co, wcześnie, jeszcze na przedwiośniu, by z pierwszymi dniami wiosny przyspieszyć, wzmocnić się nim na starych drzewach porosną liście i półmrok skryje podszycie. Mają mało czasu, teraz trwa wyścig, za kilka tygodni wszystko zwolni, liście odetną dopływ światła, a dwaj młodzieńcy zastygną w trwaniu na swoją kolej. czy się doczekają? Nie wiem, być może ktoś je rozdepcze, być może ktoś przejedzie po nich rowerem...

Lecz jeśli będą miały szczęście, to za pewien czas, wiatr powali jakieś stare drzewo, lub odłamie mu konar i wtedy ruszą, wtedy ich wyścig nabierze tempa.


Zawodnik z lewej to buk z prawej klon. 
Klon jak widać jest w czepku urodzony.

Trzymam kciuki za obu, choć wiem że rosną tak blisko iż tylko jeden z nich będzie miał szanse dorosnąć do dorosłości.

Z innych obserwacji to pierwsze grzyby kapeluszowe w tym roku, pustułka kołująca nad osiedlem, sorek i sarenka nad Białą.

poniedziałek, 17 marca 2014

Obrzęk

Jak dochodzi do obrzęku?
Według mądrych ludzi piszących mądre podręczniki z grubsza chodzi o fakt iż zmiażdżone uderzeniem tkanki nie trzymają już w sobie ani krwi ani tzw. chłonki (limfy) czyli płynu tkankowego (limfatycznego). Te wszystkie płyny wynaczyniają się i wypełniają okoliczną tkankę, a że tkanka ta zasadniczo jest zwięzła, więc tworzą guzy. Guz taki jest cieplejszy i bolesny. W pierwszym okresie leczy się go zimnymi okładami a potem ciepłymi kompresami.

Tyle teoria

W praktyce do obrzęku dochodzi, gdy np. ktoś - zwany dalej delikwentem - skuszony obfitością, połamanych silnym szkwałem, przechodzącego w ostatnich dniach frontu, konarów, postanawia uzupełnić zapasy opału. Ów delikwent, po odwiezieniu Żony na pociąg, wykorzystuje wczesnoporanne godziny, by załadować samochód do pełna opadłymi konarami, wstępnie przyciętymi na szerokość  bagażnika. Następnie w godzinach popołudniowych przystępuje do cięcia ich na wielkość adekwatną do domowego kominka. Te drobniejsze tnie siekierką, te grubsze piłką konarówką. Niestety część gałęzi jest wybitnie oporna i podczas cięcia "tańczy" w rytmie ruchów piłki.Wtedy delikwent zirytowany obstrukcyjną postawą materiału, dokonuje jedynie  głębokich nacięć, a gdy brzeszczot już klinuje się w rzazie, dokonuje dzieła kopniakiem. Idea ta zdecydowanie przyspiesza proces, oraz pozwala rozładować agresję i frustrację. Do czasu...

W pewnym momencie jeden z kawałków zamiast odlecieć na bok, wykonuje obrób wokół środka ciężkości i wali delikwenta w boczną stronę goleni (☹☭⚣⚡)... I tak powstaje obrzęk...


czwartek, 13 marca 2014

Zawilce, miodunki i... strumień skuty lodem

 Zawilce, miodunki i... strumień skuty lodem
Wszystko to w obrębie jednego masywu Góry Św. Marcina. Zawilce w okolicach lasu Kruk i Koloni Łękawicy, miodunki w Zawadzie a skuty lodem strumień w Łękawicy.
I oczywiście jeszcze mrówki.  

Mrówki: w zimie jakiś dureń rozgrzebał im mrowisko - chciał sprawdzić czy sobie smacznie śpią?
Pozgarniałem na powrót rozrzucony kopiec, mając nadzieje że przezimują, gdyby zima była ostrzejsza pewnie nie miały by szans, ale jak widać przezimowały i mają się całkiem nieźle.

Mrowisko jest w Tarnowie, przy Harcerskiej 

O zawilce - pierwsze w tym roku
 I ten jeden z racji położenia dobrze nagrzany słońcem już rozkwitnięty, wkrótce będą ich tu całe łany, ale te pierwsze cieszą najbardziej

 Strumyk bez nazwy, wypływa z Lasu Pod Debrami (mam tam opracowany świetny szlak spacerowy dla nordic Walking maniaków - ale o tym napiszę na blogu turystycznym) i zamarza jako pierwszy tudzież rozmarza jako ostatni - nie on jeden zresztą tak tu ma - budowa geologiczna tego terenu (Iły oblepiające skały Łupkowe) - powoduje że strumieni czy miejscowości o nazwie "zimna woda" u nas nie brakuje.

Sam się zresztą o tym przekonałem gdy kiedyś utkwiła mi w dnie strugi nasadka na kijek trekkingowy, nie było głębiej niż do nadgarstka ale ból z zimna sięgał aż do barków. 

 Tu dodatkowo mamy parów od południa osłonięty wysokim lasem na wzgórzach, płynący prawie dokładnie na wschód więc słońce "widzący" zaledwie przez kilka minut tuż po wschodzie Słońca i tuż przed  zachodem.

 Miodunki 
 No tu mamy szczytowe partie Góry Św.Marcina, pięknie wyeksponowane na południe, nagrzane niczym śródziemnomorskie plaże.
Miodunka miękkowłosa (Pulmonaria mollis Wolff)

Z obserwacji nie obfotografowanych to mysikróliki które uparcie odmawiały współpracy z obiektywem. Oraz
I tu nastrój z horroru
cmentarz
(stary zamknięty)
po drugiej zmianie  
dochodzi północ
 i odgłos:
Puchuchu
Puchuuu
Puchcuchcu
.
.
Puszczyk 


Poproszono też abym zamieścił obserwację w  
Co oczywiście skrzętnie uczyniłem.

poniedziałek, 10 marca 2014

Lisia robota


Pisząc Lis wielu ma na myśli hienę, ale ja nie o tym. Nie będzie też nawiązań do "kreciej roboty" - bo to inny rodzaj działalności. W porównaniu do powyższych rodzimy rudzielec jawi się jako wzorzec fair play. W końcu w wykorzystuje tylko ludzką niefrasobliwość. 

Otóż ostatnimi czasy, ono (Pietrzakowskie "Ono" znów wróciło: ktoś podejmuje decyzje, ktoś na niej zarabia, cala reszta traci, nie wiadomo kto, nie wiadomo z jakiej instytucji - wiadomo tylko że jak ci się obywatelu nie podoba - to znaczy że "ustrój wam się obywatelu nie podoba..."), podjęło decyzje, żeby postawić ekrany akustyczne osłaniające od szumu obwodnicy tereny... dawnej cegielni - obecnie jest to kilka hektarów... niczego - kompletnie niczego, w promieniu kilkuset metrów nikt tam nie mieszka, nie ma tam niczego cennego przyrodniczo, nic tylko doły i krzaczory wyższe od człowieka. Inwestycja kosztowała gruby szmal - nasz szmal, przemocą nam przez państwo zabrany - nie służy nikomu, poza... lisom!
Mają tu doskonalą bazę wypadową, tym bardziej iż miejsce to było onegdaj terenem rolniczym i wciąż wielu starszych ludzi prowadzi w okolicy maleńkie przydomowe gospodarstwa.

Z psami nikt poza jednym wariatem (mną) się tu nie zapuszcza, jedynie kilku tubylców skraca sobie tędy drogę, pojedynczą marnie wydeptaną ścieżką. Wcześniej chodziło tędy więcej ludzi, więc dla lisów była to sytuacja zdecydowanie niekomfortowa i jedynie przenikały tutaj z terenów Góry św. Marcina.

Obecnie grasują sobie lisy w najlepsze.


 A tu widać efekt ich działań.


Zapewne gospodarze, po stracie drobiu będą przez jakiś czas ostrożniejsi.


A potem ostrożność zastąpi rutyna... do następnego razu.

niedziela, 2 marca 2014

Luna


Słowa Księżyc nie lubię, nasi słowiańscy przodkowie niespecjalnie się popisali. Słońce było księciem, a księżyc - książęciem, czyli, księżycem właśnie. Astronomicznie błędne, mitologicznie mało odkrywcze, poetycko beznadziejne...

Co innego Luna - Selene (Selene nawet ładniejsze, lecz mniej popularne).
Najważniejsze że odnosi się do kobiecości, a ta tak samo jak Księżyc zadziwia nas swoją niezmiennością, jak wiadomo kobieta niezmiennie potrafi zmienić się w przeciągu trwania jednego słowa. Jak każda analogia tak i ta ma swoje niedociągnięcia - Księżyc jest z grubsza przewidywalny, kobiety... nie.

Zatem poniżej krotka seria wstającej z nad horyzontu Luny.





A teraz dwie greckie laski: Wenus i Selene (Selene akurat popadła jak co miesiąc w anoreksję;-) ).


wtorek, 25 lutego 2014

Takie różności

Wiosennieje nam świat.
W Tarnowie Śnieguliczki / przebiśniegi kwitną już od ponad tygodnia (u mnie też, co nader mnie raduje), od kilku dni kwitną krokusy (u mnie tylko dwa, bo najładniejsze miejsce Aura rozkopała szukając miejsca by ukryć kość). Dziś zobaczyłem ze zakwitł mi też wawrzynek wilczełyko - wiem krzew chroniony (i słusznie) ale pozyskany legalnie z plantacji pszczelarza, któremu rozrósł się nadmiernie.
Ale po kolei
Wpierw przygoda z dzięciołem:
szedłem sobie do krzyża na grób mamy, moglem podjechać samochodem, ale przejście 5 km to sama radość, podczas gdy przejechanie ich w korkach skraca mi życie więcej niż kilka wypalonych papierosów.
Więc poszedłem, przez ogródki działkowe, bo fajniej, a potem jeszcze na Błonia odnieść czytnik do naprawy gwarancyjnej bo padł - trafnie zresztą padł, bo na miesiąc przed upływem gwarancji...
Zatem sunę sobie przez działki, zadumany, aż tu nagle gdzieś z tyłu nade mną rozlega się wibrująco przeraźliwy krzyk co nieco o wrony, ale w znacznie wyżej na skali - no prawie tak wysoko jak Edyta Górniak nasz hymn śpiewała. Ażem się (uwaga galicyzm - w tłumaczeniu na barbarzyński język MENualny nauczany w szkołach, znaczy tyle co - "aż się" - tyle że od "aż się" zdania rozpocząć się nie da - bo wyglądało by głupio, a od ażem się jak najbardziej ) poderwał. Odwracam głowę, a tam dzięcioł zielony, patrzy na mnie i znów skrzeczy, no to ja plecak z grzbietu, aparat do oka a on wtedy fruu... i gdzieś w głąb działek - no to mierzę, a on dalej i w końcu zdjęcie zrobiłem ale tak marne że nawet chyba go nie będę trzymał.

 Dzięcioł zielony (Picus viridis)
choć...
być może był to Dzięcioł Sinozielony (Picus canus)
Co wnoszę z delikatniejszego, bardziej drozdowatego, pokroju dzioba i nico innego umaszczenia, lecz mogę być w błędzie.


Sarny stadnie podchodzą pod domy, wypasając sie na resztkach kukurydzianego plonu. 
W ogóle sporo ich, ale od czasu gdy dwa lata temu, dokonano eksterminacji w tych okolicach, bo rzekomo niszczyły uprawy, nie pokazywały się po północnej stronie obwodnicy miasta.
Widać skonstatowały, że dureń ze strzelbą jest nieobecny i znów sobie przychodzą.

Co ciekawe właściciel pola (zdaje się uspołeczniony, bo ono chyba należy do spadkobiercy PGRu, który powstał przy Szkole Rolniczej, którą komuna ulokowała w Pałacu Xiążąt Sanguszków) ubolewający z powodu "strat", czynionych przez sarny, jakoś nie żałuje kolb zalegających pole, po późno jesiennych żniwach. W każdym razie w ciągu pół minuty uzbierałem  cały plecak kolb, które potem zostały wykorzystane jako kama dla ptaków. Tyle w temacie "konieczności" odstrzału "szkodników" - choć faktycznie kilku szkodników przy biurkach warto by odstrzelić...

Wawrzynek wilczełyko (Daphne mezereum)

Poza tym, fajna obserwacja krogulca, który wparował, w sosenkę atakując najprawdopodobniej stadko drozdów kwiczołów, przy okazji wypłoszył stamtąd też parkę sierpówek i srok. Co ciekawsze coś chyba złapał, ale bardziej to było sikorkowate niż drozdowate, choć rzecz całą widziałem ze sporej odległości i trudno ocenić.
I to tyle na dzisiaj.

czwartek, 13 lutego 2014

Szepty Ziemi

Szepty Ziemi to tytuł książki autorstwa Carla Sagana, Frabka D. Drake'a, Ann Druyan, Timothy'ego Ferrisa, Jona lomberga, Lindy Salzman Sagan, grupy ludzi którzy na burtach sond kosmicznych Voyager'ów wysłali wiadomość do gwiazd... wiadomość dotrze w okolice gwiazd które posiadają systemy planetarne za kilka milionów lat. Najwcześniej za 60 tysięcy lat, zbliży się do gwiazdy AC +793888. Szmat czasu.

Książka opisuje projekt od samego pomysłu, poprzez wszystkie etapy, aż do momentu w którym Vojagery zostały wystrzelone i już nic od autorów przesłania nie zależało. Dostajemy rzetelny opis motywów które skłaniały osoby odpowiedzialne za dobór treści umieszczonych na płycie z przesłaniem i jej okładkach.  Otrzymamy też co nieco anegdotycznych wiadomości, ot chociażby o tym jak feministki miały za złe Lindzie Salzman Sagan że rysunek wykonany przez nią (pierwowzory powędrowały w kosmos na pokładach Pionierów) przedstawia "kobietę w pozycji zależnej od mężczyzny - bo to on ma uniesioną rękę a ona jest bierna" - zdziwienie autorki było spore. Znajdziemy tam opis nieruchawości ONZ (jak dla mnie byt całkowicie zbędny a kosztowny), oraz wazelinę wylaną na tyłki buców z administracji USA (niech się nasi buce nie cieszą - są jeszcze bardziej bucowaci niż ich jankescy odpowiednicy, bo tamci przynajmniej COŚ zrobili a nasi jedynie wygrzewają stołki).

Poza tym wszystkim, to cudowna intelektualna przygoda, która będzie trwać przez wieki, jeszcze długo po tym jak pokolenie Sagana przejdzie do prehistorii lub... mitologii.


Dla mnie, faceta który przeczytał "Czarną Chmurę" Hoyle'a chyba z dziesięć razy, podobnie zresztą jak "Kontakt" Sagana  to kolejna okazja śledzenia działań ludzi ze środowiska astronomów, opisywanych przez nich samych, ze swadą, czasem nutką złośliwości a przede wszystkim z wielkim zaangażowaniem i wiarą w sens tego co robią.

Przy okazji lektury przyszły mi do głowy pomysły na opowiadania SF.
Pierwsze będzie turystyczne - wyobraźcie sobie za kilkaset lat, może tysiąc - stację gdzieś w przestrzeni międzygwiezdnej. Ludzkość opanowała podróże kosmiczne na tyle dobrze iż mogła pozwolić sobie na uczynienie z Vojager'ów... atrakcji turystycznej. Stacja porusza się przy próbniku w sposób synchroniczny, oświetla go cały czas, eksponuje w przestrzeni - na stacji lądują wycieczki z Ziemi, wyświetlane są filmy, opowiadane historie, sprzedawane suweniry i oczywiście... robione pamiątkowe zdjęcia ;-).

Drugie to sen, dzisiejszej nocy (skończyłem czytać nad ranem, więc mogło się przyśnić) - Kiedyś Vojagery zostaną odnalezione przez inna cywilizację, cywilizacje znacznie bardziej zaawansowaną niż my obecnie, to zrozumiałe, bo za milion lat my też albo będziemy super zaawansowani, albo nie będzie nas wcale. I ta cywilizacja wysłała nam wiadomość, ale... poprzez czas. Odpowiedź nie dotarła do nas po kolejnych setkach lat podróży z prędkością światła, ale wcześniej - JUŻ TERAZ, już jest u nas, nawet wcześniej jeszcze nim posłaliśmy Vojager'y. Jest kosmiczna bryłą wbitą głęboko w ziemię, oplecioną korzeniami wielkiego starego drzewa. Drzewo to wywraca się, bryła zostaje wyrwana na powierzchnię, ktoś to bada. Zaciekawianie budzi fakt iż drzewo wcale nie wyrosło obok meteoryty, ono wyrosło z niego. Linie widmowe izotopów będących budulcem obiektu, są dalece odmienne od tego co znamy z natury, ktoś domyśla się że jest w nich zakodowana informacja, ktoś inny bada drzewo, jego geny też są inne niż u znanych nam gatunków. Ktoś wchodzi do wykrotu, to ciemnoskóry wysoki osobnik - Masaj z pochodzenia. Promieniowanie obiektu oddziaływa na jego układ nerwowy, staje się przekaźnikiem. To jednak dla niego za wiele, słaba białkowa tkanka nie wytrzymuje natłoku przekazywanych informacji. Prawie jak w "Czarnej Chmurze" (zresztą była chyba senną inspiracją)

Tyle konspektów, opowiadań które nigdy nie powstaną.
Póki co Vojager'y są już poza heliosferą i lecą do gwiazd, czy moje pierwsze opowiadanie się ziści, togo nigdy się nie dowiem, czy drugie? ... Kto wie? Może właśnie w tej chwili...  

Ps. pozdrowienie w języku polskim wygłosiła Maria Nowakowska - Stykos brzmi ono: "Witajcie, istoty zza światów" - mam nadzieję że to pomyłka w edycji książki, w przeciwnym wypadku narobiła nam obciachu na skalę galaktyczną!

Osadnik

Na początku ankieta skojarzeń.
Zaznacz pierwsze skojarzenie ze słowem "osadnik":
a - człowiek który kolonizuje nowe tereny.
b - basen przeznaczony do osadzania w nim zawiesin niesionych przez wodę.
c - gatunek motyla z rodziny rusałkowatych.

No niby fakt, blog jest przyrodniczy to punkt "a" można by spokojnie od razu odrzucić- no ale mówimy o tzw "pierwszej myśli" a nie o analizie.

Motyla tego "odkryłem" przeczesując przepastną liczbę moich zdjęć które jakoś od lat nie mogą doczekać się selekcji, klasyfikacji, nazwania, opisania, umieszczenia we właściwych folderach - słowem opracowania. Tymczasem rozpaczliwie potrzebowałem czegoś do wrzucenia na bloga, bo cokolwiek moja aktywność na nim przygasła. W sumie, to nic nowego, ciekawego, czegoś czego jeszcze bym nie opisywał nie zachodzi w moim pobliżu, a jak zachodzi, to akurat nie mam przy sobie aparatu - jak wtedy gdy krogulec przez ponad minutę latał mi nad głową (znaczy nie tyle mi, co w okolicy, ale zdjęcia miał bym przednie). Wzmiankowane kiedyś wrony siwe, widziałem tylko raz na początku tegorocznej pseudozimy. Więc logiczne że trzeba było przetrząsnąć "wrzutowisko" i... faktycznie - motyl którego brałem za opisywaną wcześniej megerę (której nota bene też nie opisywałem, choć mam zdjęcia i byłem pewien że już o niej pisałem... ale komedia pomyłek ;-) ), okazał się:

Osadnik egeria (Pararge aegeria)

Motyl dzienny z rodziny rusałkowatych a do tego... Satyrinae!!!
(czyli oczennicowaty - znaczy taki co ma "oczy" na skrzydełkach - ale mniejsza o oczy - ważne są te skojarzenia z Satyrem - który dziwnie bliska jest mi personą ;-) )    


Powtarzam zdjęcie bez lampy. Aczkolwiek i z lampą widać że mamy do czynienia z samiczką.
Samczyk miał by jeszcze jedno maleńkie "czwarte oczko" w dolnej parze skrzydeł (i inny kształt odwłoka, ale tego na tych zdjęciach i tak dobrze nie widać, więc nie ma co się rozwodzić nad tematem) 

O egeriach, nic wiele napisać nie potrafię - ot czasami pojawiają się pojedynczo lub w większym zgrupowaniu w okolicach "marcinki", tam też ją wypatrzyłem.
Więcej zdjęć i ciut więcej informacji na stronie lepidoptera.eu. 

niedziela, 2 lutego 2014

Odwilż

Niż, wieje ciepły wiatr, błoto, mokro, ponuro. w piecu i tak trzeba palić bo wilgoć męczy bardziej niż chłód.
Do bani takie ferie. 

piątek, 31 stycznia 2014

Samolubny gen

Samolubny gen - sztandarowa książka Richarda Dawkinsa, dzięki której wyewoluował on rewolucyjnie  ;-) z podrzędnego biologa, na guru "postępowej", ateistycznej lewicy.

 zdjęcie okładki linkuję ze stron Empiku. 

Książka powstała we wczesnych latach siedemdziesiątych, był to okres posthippisowskiej kontestacji "wszystkiego co ludzkie", literatura SF pełna była np. opisów jak to obrzydliwie ludzie jedzą, ba nawet tak niecodzienny umysł jak Stanisław Lem pisał docinki pod adresem człowieka jako : "... nieszczęsna nacjo, co łączysz się z jej kanalizacją...", pijąc oczywiście do stosunku seksualnego. Tylko że gdy opary LSD i trawki opadły wszyscy inni z tego wyrośli.... Dawkins nie.

Czytając tę książkę trudno oprzeć się wrażeniu iż powstała głównie po to by autor miał możliwość wygłoszenia swoich manifestów społeczno, religijno politycznych - miejscami zdumiewająco zresztą naiwnych - np. domaganie się od "ludzi pracy" by wykazali szlachetną powściągliwość i altruizm podczas "negocjacji" płacowych ale tylko gdy są to negocjacje prowadzone przez rząd czerwonych Wigów, gdy do władzy dochodzą Torysi z Margaret Thatcher na czele "ludzie pracy" już wcale nie powinni być "altruistyczni" lecz "samolubni"...

Pełna jest też zawoalowanych przekazów sugerujących wyjaśnienie świata i życia - na zasadzie - skoro wiemy że tęcza powstaje w wyniku załamania i rozszczepiana promieni świetlnych na kroplach wody, to znaczy że  tęcza nie jest dziełem Boga, co z kolei oznacza iż... Boga nie ma.

Sama zaś idea "samolubnego genu", przez Dawkinsa nazywana szumnie i dumnie "teorią" - każdy by chciał być autorem teorii - bazuje na mniemanologii i gdybaniu autora. te rozdziały które nie są np. opisem behawioru zwierząt bazującym na matematycznej teorii gier, to w znacznym stopniu mętniactwo.

Po pierwsze autor nie zna wielu kluczowych dla zagadnienia odkryć  naukowych i kierunków badawczych, rozumiem iż np. epigenetyki (w latach 70 pojecie na jej temat miało może trzy cztery osoby na świecie) mógł nie wziąć pod uwagę, ale już emergencja była doskonale w świecie naukowym znana, opisywana językiem filozofii, matematyki i ekologii, zatem powinna odgrywać kluczową role w tego typu wywodach jak "samolubny gen". w końcu czym innym jest prosta "machina przetrwania", a czym innym zespół złożonych mechanizmów i submechanizmów (osobnik, kierowany przez własny układ nerwowy i metabolizm składa się z komórek, które to komórki też są indywidualnymi mechanizmami sterowanymi własnym metabolizmem, kodami DNA oraz RNA tudzież sygnałami chemicznymi i elektrycznymi z zewnątrz, zmuszającymi je do działania niekiedy wbrew sobie.
Np. brak mi w tej książce wyjaśnienia jak powstało zjawisko apoptozy skoro jest ono de facto zmuszeniem komórki do zachowania altruistycznego, całkowicie wbrew jej własnym interesom, przy czym zgodnie z "teorią samolubnego genu" dobro całego organizmu musi jej być całkowicie obojętne.

Dawkins nie ma (w latach siedemdziesiątych mógł nie mieć - ale to powinno znaleźć swoje miejsce w przypisach) pojęcia także o czysto biologicznych aspektach pewnych zachowań - np. dość powszechne u ludzi i zwierząt długo żyjących tabu kanibalizmu próbuje tłumaczyć swoją teoria, podczas gdy w grę wchodzi selekcyjne oddziaływanie prionów, skutecznie, aż do zaniku likwidujących populację kanibali.

Osobną kwestią jest budowanie przykładów tak abstrakcyjnych, że praktycznie nie występujących w świecie przyrodniczym.

Czym zatem tłumaczyć sugestywność jego tez? Otóż bardzo prostą, znaną z chwytów propagandowo... marketingowych metodą. Stałe uparte i namolne nazywanie wszystkiego po swojemu, tak aż odbiorca przyjmie nasza narracje za swoja i ogłuszony epitetami przestanie myśleć samodzielnie i zacznie tak jak my go pokierujemy.
Trudno więc u Dawkinsa znaleźć pojęcia "osobnik", "istota", "byt" - czy im równoważne, mamy za to maniakalną ilość powtórzeń "machiny przetrwania". Nie znajdziemy też "kodu", "zapisu chemicznego", "sekwencji wytwarzania białek"- za to za każdym razem antropomorfizujący "samolubny gen" - zacznijcie myśleć w ten sposób nazywając karty "samolubnymi obrazkami" a graczy "machinami tasującymi" a otrzymacie dokładnie analogiczny do Dawkinsa tok rozumowania.

Książkę tę można by napisać z biegunowo odległej pozycji, traktując osobnika jako "samolubne mięso" a geny jako "kod produkcyjny" i brzmiała by praktycznie tak samo (poza oczywistymi zmianami wynikłymi z nazewnictwa), i wymuszoną przez powyższe założenie, koniecznością biegunowej zmiany akcentów i kierunków oddziaływań.

Co śmieszniejsze guru lewicy i ateistów dostarcza przedziwnych argumentów... "skrajnej prawicy"... np. pisząc o biologicznych aspektach rasizmu (zapłodnienie międzyrasowe, ma w/g niego powodować pojawienie się osobników ze zbyt zróżnicowaną pula genetyczną, co jest szkodliwe i prowadzi do ich szybkiej eliminacji), lub segregacji rasowej - dla naszych genów osobnik zbyt różniący się od nas, jest zawsze potencjalnie niebezpieczny i wymaga przeciwdziałania, gdyż jedynie osobnicy maksymalnie do nas podobni mogą być nosicielami jakiegoś fragmentu "samolubnego genu" którego i my jesteśmy nosicielami...
 

czwartek, 16 stycznia 2014

Mączniakówka zimową porą


Siedzę sobie spokojnie w samochodzie, psiocząc na słońce które blindzi (kolejny galicyzm - blindzi od  blinduje czyli z niemieckiego oślepia) mi w przednią szybę, przez co literki na czytniku stają się mniej kontrastowe, czyli gorzej widoczne.
Do tego w aucie robi się ciepło - oczywiście mógł by przeparkować w inne miejsce, ale jakoś tak mi się nie chciało.
Postanowiłem się przewietrzyć i poczekać na chmury aby w dalszym ciągu kontynuować lekturę.
Akurat czytałem ściągnięte z sieci teksty na temat hibernacji u zwierząt stałocieplnych - wiedzieliście że np. suseł  budzi się z hibernacji aby się ... wyspać? Ja też nie wiedziałem.
Odkładam czytnik i patrzę a tam za szybą owad - żywy zimową porą, nawet ruchliwy i prężny - do słońca się  grzał. Że biedrona to widać od razu, pytanie brzmi co za gatunek.
Ponieważ i tak miałem się przewietrzyć to chwytam plecak, wyjmuję zeń aparat i wychodzę.
A tam:


Biedronka mączniakówka, kroszela, biedronka dwudziestodwukropka (Psyllobora vigintiduopunctata, syn. Thea vigintiduopunctata)

uff.

A teraz pytania.
Co ona będzie jadła?
Czy zdąży przed nocnymi przymrozkami znaleźć sobie bezpieczne miejsce przetrwania?
Czy ładnie się komponuje z moim czarno żółtym plecakiem? 

wtorek, 14 stycznia 2014

Czy perliczki graja w piczki ?

Nie gra się w piczki lecz gra idzie w kiery
 tylko jak to zrymować do jasnej cholery?
co gorsza i to wcale nie żarty
nie umiem z perliczką zrymować też; "karty"


Cóż, będzie to historia ponura
gdym dostrzegł pośród krzaków pióra
wiedziałem - tu zdarzyło się "pierzastemu gadu"
być sednem czyjegoś obiadu


Tak więc za kocią lub lisią przyczyną
stało się moją dziedziną
opowiedzieć historię perliczki
co to przegrała życie w piczki

piątek, 3 stycznia 2014

Bazie i barwinki - anomalia, ale czy dowod?

Globalne ocieplenie - oto mamy kolejny dowód?



Pierwsza dekada stycznia a wierzby zaczynają kwitnąć i kwitną już barwinki. Fakt anomalia na całego ale czy dowód?

Globalne ocieplenie jest procesem klimatyczno geologicznym i tylko w takiej skali może być rozpatrywane a to skala setek lat. Żadne nawet najbardziej spektakularne zdarzenie jednostkowe - czy to zima stulecia, czy zima bez zimy - nie jest żadnym dowodem. Jednakowoż - i to mnie mierzi - wyznawcy ideologi Globcio (odróżnić od badaczy tematu), usiłują nam "sprzedać" każdą anomalię pogodową jako wynik "antropogenicznych zmian klimatycznych" co po pierwsze jest nadużyciem, a po drugie tanim chwytem demagogicznym (aczkolwiek takie są najskuteczniejsze).

Zdjęcia zrobiłem wczoraj podczas wydłużonego (18 km) spaceru przez Zawadę, Skrzyszów i Łękawicę. Bazie pojawiły się na wschodniej, dobrze nasłonecznionej grani góry Św Marcina. Barwinek już w Zawadzie, od południowej strony, w ciepłym,  osłoniętym miejscu.

Nie dajmy się jednak zwariować - wierzba potrafi umaić się baziami nawet przy sporych mrozach - wystarczy trochę słońca. Barwinek zaś podobnie jak przetacznik czy kurdybanek to chyba w ogóle kwitną "na okrągło", choć "encyklopedyści" podają od marca do maja, to ja widywałem pojedyncze kwiaty barwinka daleko po i przed tym sezonem.

No nic - skoro wiosnę już mamy, to byle do lata ;-)

poniedziałek, 30 grudnia 2013

Polowanie czy eksterminacja?

Myśliwi pełne gęby mają frazesów o "opiece" nad zwierzętami - no bo przecież"
- dokarmiają,
(akurat w okolicach terenów rolnych, tak aby przyzwyczajona do miejsca zwierzyna "wchodziła w szkodę", dając im tym samym asumpt do jej zabijania)
- odstrzeliwują osobniki chore
(jakim cudem dokonują obdukcji weterynaryjnej na odległość pozostaje dla mnie tajemnicą - ale ja myśliwym nie jestem, więc chylę łeb w pokorze, bom głupi i głupie pytania zadaję)
- prowadzą naturalna selekcję 
(hmmm w pismach Darwina nie spotkałem tezy by dwururka czy sztucer miały cokolwiek wspólnego z naturą... no ale Darwin niekoniecznie musi mieć rację. Pozostaje jeszcze kwestia czy zabicie dorodnego byka z potężnym porożem to selekcja naturalna czy też naturze przeciwna?)
- są ostoją kultury
(no fakt, jeśli pierdzenie w róg jest zjawiskiem kulturowym tej rangi co występ orkiestry kameralnej, to oni są ostoją)
- wypłacają odszkodowania za szkody spowodowane przez zwierzęta. 
(bo takie mamy bolszewickie prawo! - odszkodowania dla rolników, powinny być wypłacane ze środków przeznaczanych na ochronę przyrody w ramach UE, a kierowcy? - no cóż znak był? Masz gnoju jechać uważnie? A jak by to był człowiek? - nie dość że ZERO dla szmaciarza odszkodowania, to jeszcze mandat za prowadzenie pojazdu w stanie zidiocenia!!!)

A teraz wracamy do tytułu.
tak wyglądają tereny myśliwskie!


Zwierzaki zanęca się wykładaniem karmy, tuż przed strzelnicą na ambonie. w tym konkretnym przypadku mamy marchewkę i makaroniki, trochę chyba ziarna - ale nie chciało mi się kopać.


Dzielny myśliwy czeka na zdobycz. wystarczy wystawic rury i pociągnąc za spust - z tej odległości nawet niewidomy paralityk trafi!


Łowca ma też swoje atawistyczne potrzeby - piwko, wódeczka, krakersiki...
Łowca nie sprząta po sobie - własnym gnojem znacząc swoje terytorium łowieckie. 

 A to już inna ambona,ta jest platformą uwieszoną na drzewie - ale w okolicy leży już przygotowana do mocowania na betonowych kotwach nowa solidna, zamykana, zadaszona i komfortowa kabina egzekucyjna.

A tym razem zanęcamy ziemniaczkami.

Chwała Wam Dzielni Myśliwi
CHWDM


poniedziałek, 23 grudnia 2013

Życzenia świąteczne





Nie ulega wątpliwości że tak pięknie i mądrze składać życzeń z okazji Świąt Bożego Narodzenia jak czyni to Ksiądz Profesor Michał Heller ja nie umiem i najprawdopodobniej już się nie nauczę.  Ponieważ wrzucenie tu banalnej szopki, czy tandetnego stroika uważam za ujmę wobec Was, przeto podpisuję się całkowicie pod słowami Księdza Profesora. Od siebie akcentując tylko to co uważam za sedno człowieczeństwa, czyli tę dobrą książkę, przy kawie w wygodnym fotelu w otoczeniu rodziny.

Szczęść Boże
Maciej                                      

czwartek, 12 grudnia 2013

Czemu ubywa księżyca ?

90% ludzi (może więcej) odpowie bez zastanowienia iż, zjawisko to zachodzi gdyż nasz naturalny satelita znajduje się wówczas w "cieniu Ziemi"...
I jest to oczywiście... nieprawda.

W środowisku astronomicznym panuje inny mit - jakoby fazy Księżyca wynikały z  tego jaka część jego powierzchni jest z danego miejsca na Ziemi widoczna. Słońce zawsze całą jedną połowę Książęca (no chyba że mamy zaćmienie) tylko że my raz widzimy ją "z profilu" wtedy mamy kwadry, raz "en face" wtedy jest pełnia a potem znów "od d... strony" czyli od tyłu, czyli nic nie widzimy i mamy nów.

Mit ten posiada wszelkie pozory naukowości - jednakowoż uważam go za obalony w świetle ostatnich dowodów obserwacyjnych.


Powyższe zdjęcie dobitnie dowodzi iż:
Księżyc jest systematycznie wyjadany przez sroki (być może także inne krukowate)
Księżyc jest z sera (krukowate nie jedzą skał)
Księżyc posiada zadziwiające zdolności samoregeneracji (potrzeba zdobycia grantów na dalsze badania w tym zakresie - proponuję program dofinansowywany z UE: "procesy fizyko/chemiczno/biologiczne samoregeneracji serowej masy księżyca, w aspekcie pozyskania źródła energii odnawialnej, wykorzystywanej w procesie zmniejszania emisji CO2 i CH4, w ramach walki z globalnymi zmianami klimatu".


wtorek, 3 grudnia 2013

Ozdoba ścieku

Stróżka jakich wiele, ot zbierała wody podskórne i ich nadmiar odprowadzała do większej rzeki, w tym przypadku Białej.
Ale blisko sto lat temu przyszli na to miejsce inżynierowie, technicy, robotnicy z łopatami i...stróżka dalej płynie ale nosi już teraz nader techniczny kryptonim "Rów A Zero" (chodzi o to że jest on najniższym poziomem do którego odprowadzane są grawitacyjnie ścieki). Generalnie przez lata było to szambo technologiczne, pozbawione życia i cuchnące na dziesiątki metrów.

Dziś jest inaczej - od kilkunastu już zresztą lat - woda jest czysta (oleje i inne materiały są zbyt cenne aby spuszczać je "na oczyszczalnię"), wprawdzie ciepła i o silnie kwaśnym odczynie (taka jak w bagnach), ale mimo wszystko żyją tu rybki, są żaby, zaskrońce,zaobserwowałem nawet aktywność bobrów - więc nie jest źle.

Ostatniego lata dostrzegłem tam roślinki których nie było wcześniej.


Karbieniec pospolity (Lycopus europaeus L.)

W zasadzie nie dziwiłem się że tego pospolitego gatunku tam brakuje, dopiero gdy się pojawił, zmusił mnie do zastanowienie nad tym faktem.


Karbieniec to roślinka powszechnie występująca, byle moczarki, strużki i już rośnie sobie w najlepsze - tyle że nie w okolicy, gdyż ta została gruntownie zmieniona działalnością człowieka. Skoro jednak pojawił się i to od razu w środkowym biegu, to znaczy ze został tu przyniesiony. na wiatr bym nie stawiał, ale już ptactwo czy pomienione wyżej bobry... kto wie?